Recenzja filmu

Gwiezdne wojny: Część II - Atak klonów (2002)
Jacek Rozenek
George Lucas
Ewan McGregor
Natalie Portman

Lucas kontratakuje

"Gwiezdne wojny" to tytuł, który już od ponad 25 lat rozpala serca i umysły fanów na całym świecie. Zapoczątkowana w 1977 roku filmem "Nowa Nadzieja" seria uważana jest obecnie nie tylko za jedną ...
"Gwiezdne wojny" to tytuł, który już od ponad 25 lat rozpala serca i umysły fanów na całym świecie. Zapoczątkowana w 1977 roku filmem "Nowa Nadzieja" seria uważana jest obecnie nie tylko za jedną z najbardziej dochodowych w historii światowej kinematografii, ale traktowana jest jak fenomen zdobywający popularność u coraz to nowych pokoleń widzów.
W 1999 roku, po 17 latach przerwy swoją premierę miało "Mroczne widmo", pierwszy epizod gwiezdnej sagi. Film, mimo iż okazał się olbrzymim sukcesem komercyjnym, nie zebrał jednak pochlebnych recenzji, ani wśród krytyków, ani wśród fanów. Lucasowi zarzucano, że zrobił obraz dla dzieci, pozbawiony magii i klimatu oryginalnej trylogii, co bardziej krewcy recenzenci pisali wręcz, że nakręcił go tylko dla pieniędzy.
Reżyser wziął sobie te cierpkie uwagi do serca, bowiem wchodzący niebawem na nasze ekrany "Atak klonów" pozbawiony jest błędów "Mrocznego widma". Film jest bardziej mroczny, brutalny i choć nie dorównuje mojemu ulubionemu "Imperium kontratakuje", to z całą pewnością będzie cieszył się większą popularnością niż epizod pierwszy.

Akcja "Ataku klonów" rozgrywa się dziesięć lat po wydarzeniach opisanych w "Mrocznym widmie". Republika nieuchronnie chyli się ku upadkowi. Wewnątrz systemu rozwija się ruch separatystyczny, do którego przystępują coraz to nowe układy planetarne, a wobec którego bezradni są zarówno rycerze Jedi, jak i senat. Szerzy się chaos.
Anakin Skywalker ma już 20 lat. Jest utalentowanym padawanem, choć nieco zarozumiałym i niesubordynowanym. Często otwarcie przeciwstawia się poleceniom swojego mistrza Obi-Wana Kenobiego. Z kolei Padme Amidala nie jest już królową Naboo, ale wpływową i poważaną członkinią galaktycznego senatu. Tych dwoje z czasem połączy gorące uczucie, którego owocem będą znani z oryginalnej trylogii Luke i Leia. Zanim jednak do tego dojdzie, nasi bohaterowie będą musieli stawić czoła złowrogiemu hrabiemu Dooku, byłemu rycerzowi Jedi, który przeszedł na ciemną stronę mocy i wspólnie z Darthem Sidiousem chce przejąć władzę nad Republiką.

Fabuła jest jedną z mocniejszych stron "Ataku klonów". Jest ciekawa, dobrze poprowadzona, a przede wszystkim wyjaśnia wiele niewiadomych na temat młodości bohaterów gwiezdnej sagi. Z "Ataku klonów" dowiemy się m.in., jak doszło do tego, że Anakin stracił rękę, poznamy wuja Owena i ciotkę Beru, przybranych rodziców Luke'a oraz nastoletniego jeszcze Bobę Fetta, najlepszego łowcę nagród w galaktyce, który kilkadziesiąt lat później schwyta Hana Solo.
W tym względzie Lucas doskonale wykorzystał możliwości jakie niesie ze sobą realizacja prequela. Nie tylko opisał wydarzenia, ale też w krótkich niekiedy ujęciach przedstawił nam wcześniejsze losy bohaterów i postaci znanych z oryginalnej trylogii.
"Atak klonów" jest również pełen aluzji i odniesień do późniejszych części cyklu. Kiedy Anakin mówi - kiedyś stanę się najpotężniejszym Jedi, potężniejszym niż mistrz Yoda - brzmi to naprawdę złowieszczo. W barze na Coruscant jesteśmy natomiast świadkami jak Obi-Wan niejako powtarza sytuację z "Nowej nadziei" używając mocy by wpłynąć na postępowanie siedzącego obok niego handlarza narkotyków.
Takich przykładów jest oczywiście więcej i sądzę, że obejrzenie "Ataku klonów" większą frajdę sprawi osobom dobre znającym "Gwiezdne wojny" niż przypadkowym widzom, którzy kiedyś widzieli jedną część cyklu, a na drugą wybiorą się z braku lepszych zajęć.
Jedyna rzecz, do której mógłbym się przyczepić w scenariuszu to dialogi. Niestety, często kwestie filmowych bohaterów są tak sztuczne i nadęte, że aż śmieszne. Twórcy obrazu twierdzą, że prace nad scenariuszem trwały bardzo długo i były kontynuowane nawet po rozpoczęciu zdjęć. Niestety w tym czasie nikt nie poprawił takich kwiatków jak "od kiedy wróciłeś do mojego życia umieram po trochu każdego dnia", przez co publiczność od czasu do czasu wybucha gromkim śmiechem w sytuacjach, w których na pewno nie życzyłby sobie tego reżyser.
W tym miejscu warto zauważyć, że "Atak klonów", mimo iż poważniejszy od "Mrocznego widma", obfituje w mnóstwo scen komediowych. Lucas wreszcie zdobył się na ironię, która wydawało się zniknęła z sagi bezpowrotnie wraz z Hanem Solo. Obraz pełen jest więc żartów słownych oraz trudnych niekiedy do zauważenia, acz niezwykle zabawnych, odwołań do innych filmów, czy wręcz do naszej codzienności. W barze na Coruscant na jednym z monitorów przez moment widać fragment gry komputerowej inspirowanej "Mrocznym widmem", ojciec Boby Fetta zachowuje się jak bohater spaghetti westernów, a przygotowania Yody i Dooku do finałowego pojedynku przywodzą na myśl azjatyckie filmy karate.

W "Ataku klonów" pojawiają się bohaterowie znani z "Mrocznego widma", ale nie wszyscy odtwarzani są przez tych samych aktorów. Mam tu na myśli oczywiście Anakina Skywalkera, w którego postać w drugiej części wcielił się 21-letni Kanadyjczyk Hayden Christensen. Zadanie, jakie przed nim postawiono, nie należało do najłatwiejszych. W "Mrocznym widmie" Anakin był słodkim 9-letnim chłopcem, uosobieniem dobroci i nic nie wskazywało na to, że kiedyś stanie się złowrogim Lordem Vaderem. W "Ataku klonów" Christensen musiał więc tak przedstawić swoją postać, aby widz nie miał wątpliwości, że jego bohater jest zdolny do wszystkiego, że kiedyś opowie się po ciemnej stronie mocy. Moim zdaniem udało mu się to znakomicie. W scenach, kiedy Anakin traci nad sobą panowanie, kiedy daje się porwać ciemności, nie mamy wątpliwości, że oto mamy do czynienia z człowiekiem, który w przyszłości przyczyni się do wyniszczenia zakonu Jedi i upadku Republiki.
Pozostali aktorzy również dobrze wywiązują się z powierzonych ról, choć trzeba przyznać, że w "Ataku klonów" nie ma oscarowych kreacji.
Na uwagę zasługują natomiast aktorzy wirtualni, w całości powołani do życia dzięki zastosowaniu animacji komputerowej. W "Ataku klonów" spotykamy więc znanego z "Mrocznego widma" Jar Jar Binksa, na szczęście nie pojawia się on już tak często, czy podejrzanego handlarza żywym i martwym towarem z Tatooine Watto, ale największą gwiazdą filmu jest zdecydowanie mistrz Yoda. Po raz pierwszy Yoda nie bierze tylko udziału w obradach, czy treningu młodych adeptów Jedi, ale możemy go również zobaczyć w akcji i podziwiać jego umiejętności walki mieczem świetlnym. Finałową sceną "Ataku klonów" jest pojedynek pomiędzy mistrzem a hrabią Dooku, który moim zdaniem jest jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym w cyklu.
Animację komputerową specjaliści z Industrial Light and Magic wykorzystali nie tylko do stworzenia wiarygodnych postaci, ale również do przedstawienia stworzonego przez Lucasa świata. Dzięki ich pracy na ekranie możemy znowu podziwiać 'miasto-świat' Coruscant - stolicę republiki, a także nie pokazywane wcześniej kamienistą Geonosis i oceaniczną Kamino. Każdy z tych światów zamieszkały jest przez inne rasy, ma inną architekturę i klimat. Aby jeszcze bardziej uwiarygodnić rzeczywistość, w której rozgrywają się opisywane wydarzenia, Lucas nie ograniczył się jedynie do przedstawienia panoramy poszczególnych planet, ale zabrał nas w konkretne miejsca. Wspólnie z Obi-Wanem odwiedzamy zatem olbrzymią bibliotekę zakonu Jedi, podejrzane spelunki na Coruscant oraz galaktyczny senat. Dzięki temu zabiegowi świat "Gwiezdnych wojen" jest niezwykle wiarygodny, rzeczywisty, co pozwala widzowi lepiej zaangażować się w opowiadaną historię.

Pisząc o "Ataku klonów" nie sposób nie wspomnieć o efektach specjalnych, które od zawsze były domeną sagi. Już "Mroczne widmo", gdzie 95% zdjęć zawierało elementy grafiki komputerowej, zachwyciło pod tym względem wszystkich, ale "Atak klonów" jest zrobiony jeszcze lepiej. Nad filmem pracowało aż 4 z 16 zatrudnianych przez Industrial Light and Magic koordynatorów efektów specjalnych. Każdy z nich odpowiedzialny był za realizację konkretnej sekwencji, czy ujęcia. Dzięki ich pracy widzowie mogą podziwiać zapierający dech w piersiach pościg ulicami Coruscant (300 ujęć z efektami specjalnymi), walkę Obi-Wana i Fetta w pasie asteroidów, czy bitwę, w której 200 uzbrojonych w miecze świetlne rycerzy Jedi i tysiące sklonowanych szturmowców walczą z armią robotów bojowych i olbrzymimi maszynami kroczącymi typu AT-TE. Tych scen nie da się opisać. Po prostu trzeba je zobaczyć na własne oczy i do tego koniecznie w dobrym kinie z dobrym nagłośnieniem.
Lucas wielokrotnie podkreślał, że dźwięk w filmie jest dla niego tak samo ważny jak obraz, a "Atak klonów" jest tego kolejnym dowodem. Nad stroną dźwiękową obrazu pracowali laureaci Oscarów - Ben Burtt (montaż i koncepcja dźwięku) oraz John Williams autor muzyki, do wszystkich części "Gwiezdnych wojen".
Pierwszy z nich poświęcił mnóstwo czasu nagrywając naturalne odgłosy, które mógłby potem wykorzystać w trakcie pracy nad filmem. I tak dźwięki wydawane przez miotacze na statku Fetta to modulowane skrzeczenie ptaka, przenikliwy ryk geonosiańskiego reeka to przetworzony odgłos wypływającej z przystani łodzi podwodnej, a żeby uzyskać odpowiedni dźwięk eksplozji bomby w pasie asteroidów Burtt wykorzystał odgłos pracy silników.
Muzyka "Ataku klonów" również stoi na najwyższym poziomie. Obraz ilustrują znane z poprzednich części motywy, ale pojawia się w nim również nowy temat miłosny inspirowany filmowymi kompozycjami z lat 30. i 40.

"Atak klonów" to przede wszystkim wspaniałe filmowe widowisko. Lucas po raz kolejny udowodnił, że na ekranie jest w stanie pokazać wszystko, nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Moim zdaniem nie udało mu się jednak stworzyć filmu równie dobrego, jak "Imperium kontratakuje", czy "Nowa Nadzieja". Może już jestem po prostu za stary, ale oglądaniu "Ataku klonów" nie towarzyszyły mi takie emocje, jak projekcjom poszczególnych części oryginalnej trylogii. Były nawet takie momenty, co prawda niezbyt częste, że się najzwyczajniej w świecie nudziłem.
Z całą jednak pewnością jest to film, który trzeba zobaczyć. Fani sagi na pewno będą zachwyceni, a pozostali obejrzą porywające, wypełnione efektami specjalnymi widowisko, którego nie można zapomnieć.
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
79% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (159 głosów).
Powiedzmy to sobie prosto w oczy - "Gwiezdne wojny" nie są jakimś szczególnie wybitnym obrazem. Papierowe postacie, które możemy rozpoznać po strojach, banalna fabuła, ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 41%
Trzy lata po premierze "Mrocznego widma", George Lucas powraca z kolejną częścią gwiezdnej sagi. Minęło dziesięć lat od wydarzeń z pierwszego epizodu, a Republiką ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 40%