Recenzja filmu

Małe rzeczy (2021)
John Lee Hancock
Denzel Washington
Rami Malek

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

Choć "Małe rzeczy" kojarzą się z kultowym "Siedem" Finchera, to sam Hancock próbuje opowiedzieć jednak swoją historię. 
Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
W dobie takich seriali jak "Detektyw", "Prawo ulicy", "Mindhunter" czy "Mare z Easttown", oraz na tle tak bogatej tradycji filmowej z "Siedem", "Milczeniem owiec" i "Zodiakiem" na czele, tworzenie opowieści o seryjnych mordercach i ścigających ich stróżach prawa to zadanie podwyższonego ryzyka. John Lee Hancock napisał zresztą scenariusz do "Małych rzeczy" jeszcze na początku lat 90. Jednak żaden reżyser – włącznie ze Stevenem Spielbergiem – nie chciał podjąć się nakręcenia projektu. Prawie trzy dekady później, po wzmocnieniu swojej pozycji "solidnego, hollywoodzkiego rzemieślnika", któremu często nie brakuje autorskiej inwencji i budżetowego rozmachu (vide: "Wielki Mike. Blind Side" czy "McImperium"), Hancock sam zdecydował się na reżyserię. Dziś czuć jednak w tej opowieści – prócz czasu inscenizacji – wyraźny posmak retro, ale nie jest to podróż w przeszłość zalatująca pokładami nostalgii. "Małe rzeczy" jawią się – na złe bardziej niż dobre –  jako "thriller z przeszłości", w którym mężczyźni zmagają się z demonami niewłaściwych decyzji, a kobiety istnieją właściwie tylko po to, żeby je zabijać.


Tę historię już znamy. Na scenie zbrodni zderza się dwóch detektywów. Old School vs. New School. Cyniczny, na pierwszy rzut oka wypalony zawodowy Joe Deacon (Denzel Washington) i energetyczny, obowiązkowy Jim Baxter (Rami Malek). W tle tajemnicze i niezwykle krwawe morderstwa młodych kobiet. Kto stoi za tą śmiertelną wyliczanką? – oto jest pytanie. Podejrzenia padają na zeschizowanego Alberta Sparmę (Jared Leto). Osobnik o aparycji "Mesjasza na kwasie" sam podkłada się detektywom. Między całą trójką zaczyna się – jakże tradycyjna dla gatunku – zabawa w kotka i myszkę. Kto okaże się w niej sprytniejszy? Kogo będziemy mogli w tej układance nazwać prawdziwym zwycięzcą?

Najjaśniejszym punktem mrocznego świata "Małych rzeczy" jest bezapelacyjnie Denzel Washington. Aktor zbudował zresztą na tego typu opowieściach sporą część aktorskiej renomy. Gwiazda "Dnia próby" panuje nad swoją rolą w najmniejszym detalach – od wnikliwych spojrzeń, ogólnego wyciszenia bohatera, po drobne sardoniczne uśmieszki, aż do bardziej dynamicznych sekwencji. Deacon jest zresztą najlepiej (i najgłębiej) napisaną postacią w scenariuszu Hancocka – to właśnie jego backstory jest katalizatorem wielu działań i zachowań. Nie da się tego powiedzieć o pozostałych aktorach popadających w drażniącą przesadę i manieryczność. Po oscarowej roli w "Bohemian Rhapsody" trudno – wsłuchując się w Maleka – nie mieć przed oczami Mercury'ego. O jego bohaterze, mimo wglądu w jego życie prywatne, wiemy też niewiele. Jared Leto z kolei mocno wzorował swoją postać na psychopatycznym mordercy z "Siedem", kultowym Joe Doe granym przez Kevina Spacey’ego. W pewnych momentach Leto  powtarza wręcz jego kwestie, ale brakuje mu w tym "diabelnej charyzmy", sadystycznego wyrachowania. Leto nie wprowadza tu niczego nowego. Dziwi zatem, że to właśnie on, a nie Washington, zdobył za swoją rolę nominację do Złotych Globów. 

Reżyserowi "Małych rzeczy" nie można jednak odmówić sprawności warsztatowej. Mimo słabości scenariuszowych Hancock i jego ekipa stworzyli – dzięki dobrze skalibrowanemu sposobowi opowiadania – odpowiedni nastrój, napięcie, szatę wizualną. Sekwencja otwierająca film rzeczywiście staje się małym "trzęsieniem ziemi" – od początku jesteśmy wciągnięci w brutalny świat, w którym bezbronne, samotne kobiety mogą w każdej chwili paść ofiarą bezlitosnego mordercy. Na wstępie też interesujemy się tajemniczą postacią Deacona, podskórnie czujemy wręcz, że skrywa on w sobie jakiś mroczny sekret. To samo tyczy się podejrzewanego o zbrodnię Sparmy i to od momentu, w którym pojawia się po raz pierwszy w kadrze. Zgodnie z tytułem mocno eksponowane są różne detale – począwszy od scenografii i charakteryzacji, aż do wypowiadanych przez postacie kwestii – które w hollywoodzkim trybie opowiadania zawsze są "po coś" i powracają znacząco. Co ma wybrzmieć (mniej lub bardziej łopatologicznie), trafia ostatecznie pod nos zainteresowanego intrygą widza. Hancock-reżyser jest zdecydowanie lepszy od Hancocka-scenarzysty.


Choć "Małe rzeczy" kojarzą się z kultowym "Siedem" Finchera, to sam Hancock próbuje opowiedzieć jednak swoją historię. W trzecim akcie filmu dochodzi do intrygującego (i rzeczywiście zaskakującego) przetasowania wątków. Od tego momentu spoglądamy na Deacona jako na "bohatera tragicznego". Z opowieści o maniakalnej wręcz chęci schwytania seryjnego mordercy, przenosimy się w stronę wiwisekcji wymiaru sprawiedliwości jako instytucji chroniącej za wszelką cenę swoich interesów i swoich ludzi. Jak powtarza postać grana przez Washingtona – "Przeszłość powtarza się w przyszłości". O ile początkowo zakładamy, że chodzi o odkupienie win za nieudane śledztwo, to z czasem odrywamy głębsze motywacje bohatera, który widzi w Baxterze swoje młodsze wcielenie. Jego życiem (a właściwe błędami) pragnie naprawić własne losy. Tą symboliczną klamrą, przejściem od thrillera do egzystencjalnego koszmaru rodem z filmowego noir, Hancock zyskuje cenny punkt.
1 10
Moja ocena:
5
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
38% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (29 głosów).
Udostępnij: