Recenzja filmu

Pewnego razu... w Hollywood (2019)
Quentin Tarantino
Leonardo DiCaprio
Brad Pitt

Chłopcy z tamtych lat

Pod względem nastroju oraz rysunku bohaterów nowemu filmowi najbliżej właśnie do "Jackie Brown" – obrazu niedocenionego, zepchniętego na margines przez samego autora. To opowieść o ludziach, ...
Pamiętacie kaskadera Mike'a, psychopatycznego mordercę kobiet oraz czarującego aforystę z innego filmu Quentina Tarantino? Otóż kaskader Mike siedział w jednej z teksańskich knajp nad miską tacos i wspominał złote lata, kiedy to ryzykował życiem w imię cudzej sławy. Dla lgnących do niego dziewcząt pytanie o szlagiery kina akcji z lat 70. było jednak retoryczne ("Czy wy w ogóle macie pojęcie, o czym mówię?" – pytał). Ulepiony z tej samej gliny kaskader Cliff (Brad Pitt) jeszcze nie drży przed podobnym losem, lecz starość już puka do jego przyczepy. Na autostradzie lubi wcisnąć gaz do dechy, lecz w życiu wozi się na jałowym biegu – z dala od reflektorów Hollywood, pod rękę z przebrzmiałą gwiazdą telewizyjnych westernów, Rickiem Daltonem (Leonardo DiCaprio). Ten ostatni, choć zapracował na willę z basenem i zajął nie najgorsze miejsce w masowej wyobraźni, przekracza właśnie smugę cienia. Obaj muszą ratować swoją karierę. Obaj potrzebują spektakularnego sukcesu. I obaj wyglądają, jakby dawno temu pogrzebali na to szanse.

Nie bez przyczyny Tarantino rozpoczyna swój film montażem równoległym – podczas gdy Rick i Cliff ruszają cadillakiem w swoją odyseję, do Ameryki przylatuje Roman Polański (Rafał Zawierucha) wraz ze swoją młodziutką żoną, Sharon Tate (Margot Robbie). I choć Tate nie odgrywa w intrydze kluczowej roli, jej losy pozostają interesującym kontrapunktem dla perypetii głównych bohaterów. Nie tylko z powodu ponurej kody, którą dopisało życie, lecz przede wszystkim z powodu ekranowego blasku Robbie, w którym reżyser zaklina całą prawdę o Hollywood. Niepozorna scena, w której Tate wybiera się do kina i ogląda samą siebie w "The Wrecking Crew" z Deanem Martinem, wydaje się kluczowa. To zwieńczenie długiej sekwencji jej spaceru po hollywoodzkim bulwarze, a następnie gagu, w którym wschodząca gwiazdeczka nie zostaje rozpoznana przez obsługę kina. Kiedy jednak gasną światła, a projektor zaczyna terkotać, sprawy przybierają poważny obrót: na twarzy Robbie zostaje odmalowana cała emocjonalna trajektoria wyświetlanego filmu. Czy to jest właśnie sekret Fabryki Snów? – pyta reżyser. Nawet jeśli czasem produkuje ona koszmary, być może nieśmiertelność jest warta każdej ceny?
 
No właśnie: jest, czy nie jest? Dla niektórych autorów byłoby za wcześnie na odpowiedź. Ale nie dla Tarantino, który miłość do kina zamienił w mit założycielski swojej twórczości i zbudował na jego bazie prywatne, filmowe uniwersum. Dotąd tylko raz adaptował cudzy tekst: powieść "Rum Punch" Elmore'a Leonarda stała się filmową "Jackie Brown". A ja zawsze miałem mu za złe, że nie szukając wsparcia w literaturze, odbija się od luster, błądzi w repozytorium popkultury, że metatekstowe igraszki są dla niego punktem dojścia, zaś miraże wydają się ważniejsze niż bohaterowie z krwi i kości. Ale cóż mogę powiedzieć, skoro pod względem nastroju oraz rysunku bohaterów nowemu filmowi najbliżej właśnie do "Jackie Brown" – obrazu niedocenionego, nawet przez samego autora. To opowieść o ludziach, którzy zawsze robią krok do przodu i dwa kroki wstecz, furiatach oraz melancholikach powoli spychanych na margines. Zaś im wyraźniej Tarantino rysuje satyryczny obraz epoki – pyszne epizody dostają tu m.in. Bruce Lee, Steve McQueen oraz grany z fenomenalną lekkością przez Ala Pacino producent Marvin Schwartz – tym łatwiej dostrzegamy w Cliffie i Ricku zapomnianych bohaterów swojego czasu. Jasne, reżyser traktuje ich z firmową ironią i dystansem. Lecz podobnie jak kaskader Mike, pozostaje czułym strażnikiem pamięci o nich.

Biorąc pod uwagę, jak mocno ikonografia kina przełomu lat 60. i 70. wpłynęła na dotychczasową twórczość Tarantino, dziwi mnie, że dopiero teraz wysiadł z wehikułu czasu w erze Wodnika. Buszowanie po fonotekach w poszukiwaniu muzyki oraz cytowanie klasyków kina eksploatacji to jednak inna para kaloszy niż hołd poprzez drobiazgową rekonstrukcję zapomnianego świata. I cóż to jest za świat! Polityczno-społeczne niepokoje zostają wyrażone niemal mimochodem, słychać je w kapitalnie dobranych piosenkach, pojawiają się pomiędzy wierszami dialogów, dostrzeżecie je na plakatach, szyldach i transparentach, wyczytacie je z frustracji malującej się na twarzach Brada Pitta i Leonardo DiCaprio (są świetni, jeśli jeszcze macie wątpliwości). Zaś moment, w którym na scenę wkracza formująca się dopiero sekta Mansona, to jeden z najpiękniejszych popisów stylizacji oraz dramaturgii w całej karierze reżysera.

Skoro już jesteśmy przy Mansonie - pytanie o to, czy podejmując wątek masowego mordu w domu Polańskiego, Tarantino zachowuje się jak słoń w składzie porcelany, jest bardziej kłopotliwe niż myślicie. Powiedzmy tajemniczo, że wpisuje tę tragiczną historię w odwieczny dyskurs o przemocy na kinowym ekranie. Powiedzmy, że robi to inteligentnie i że nie po raz pierwszy w tak bezpośredni sposób tematyzuje naszą fascynację ekranową jatką. Więcej mówić nie wypada. "Pewnego razu... w Hollywood" może być traktowane jako opowieść o końcu niewinności, świadectwo wiary w nieśmiertelność kina, albo oznaka strachu przed stępiającą reżyserski pazur starością. Ale to przede wszystkim film Quentina Tarantino – sami wiecie, że jest czymś o wiele lepszym.
1 10
Moja ocena:
9
Michał Walkiewicz
Dziennikarz filmowy, redaktor naczelny portalu Filmweb.pl. Absolwent filmoznawstwa UAM, zwycięzca Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2008), laureat dwóch nagród Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
79% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (861 głosów).
Udostępnij:
"Pewnego razu..." to rzecz w filmografii Tarantino wyjątkowa; zatopiona w sentymentalnym sosie filmowa pocztówka i spełniona próba ostatecznego rozliczenia się ze ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 70%
Do najjaśniejszych punktów filmów Quentina Tarantino zawsze można było zaliczyć dialogi. Już jego poprzednie dzieło - "Nienawistna ósemka" - można uznać za film ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 59%