Recenzja filmu

Szklana pułapka 4.0 (2007)
Len Wiseman
Bruce Willis
Timothy Olyphant

John McClane zamroczony przez producentów

"Szklana pułapka" to jedna z najsłynniejszych i zarazem najlepszych serii filmów akcji. Sukces zawdzięcza kilku czynnikom. Najważniejszym jest okres jej rozpoczęcia. Było to w czasach, gdy nie ...
"Szklana pułapka" to jedna z najsłynniejszych i zarazem najlepszych serii filmów akcji. Sukces zawdzięcza kilku czynnikom. Najważniejszym jest okres jej rozpoczęcia. Było to w czasach, gdy nie "rządziła" jeszcze kategoria PG-13, czyli w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Filmy akcji były wtedy z zasady twarde i bezkompromisowe (dotyczy to także lat 70-tych i połowy 90-tych). To zaowocowało powołaniem do życia największych herosów kina. Grało ich zazwyczaj na zmianę czterech aktorów: Clint Eastwood, Sylvester Stallone, Arnold Schwarzenegger oraz oczywiście Bruce Willis. Czasy jednak się zmieniły. Tych zmian nie przetrwało niestety mocne kino akcji. Filmy tego typu znikły niczym dinozaury przed milionami lat. Tym bardziej cieszyłem się na wieść, iż Bruce i Sly postanowili wskrzesić swoich niezapomnianych bohaterów. Pierwszy w kolejności był John McClane. Jako fan tego typu filmów nie mogłem doczekać się premiery czwartej już "Szklanej pułapki". Gdy tylko ona nastąpiła, z wielką przyjemnością zasiadłem na sali kinowej.


Fabuła, jak na serię przystało, koncentruje się na walce z terrorystami. Tym razem John McClane nie będzie jednak bronił jednego obiektu typu 'wieżowiec' lub 'lotnisko', lecz cały kraj. Stanie się tak, gdyż złoczyńcy poszli z duchem czasu i są znakomitymi hakerami. Co więcej bandyci uprowadzą córkę policjanta, gdy ten zacznie mieszać im szyki. W tym starciu John nie będzie jednak sam. Pomoże mu Matt Farell - także haker, którego koledzy po fachu nie zdążyli zabić...


Oprócz udanego czasu rozpoczęcia serii, "Szklana pułapka" odniosła sukces dzięki kreacji głównego bohatera. John McClane to bezkompromisowy glina, który każdemu złoczyńcy gotów był pogruchotać wszystkie kości bez zwracania uwagi na procedury. Ponadto jego trudny charakter i cięty język nie pozwalały, nie zapamiętać tej postaci. Taka ona przynajmniej była w trzech pierwszych częściach. Jaka jest w czwartej? Niestety zmieniona na gorsze. Nie chodzi mi o fryzurę Willisa (a raczej jej brak), w końcu każdy się starzeje. Chodzi mi o ugrzecznienie tej postaci. Bruce, będący świetnym aktorem, jednak sie nie poddał i starał się ją uratować. Udało się tylko częściowo, gdyż widać dawną charyzmę Johna. Brakowało mi jednak ciętego języka tej postaci. Skąd ten zawód? Przecież ostrych wymian zdań nie brakowało. Otóż najzwyczajniej w świecie brakowało mi przekleństw. Pragnę zaznaczyć, iż nie jestem prostakiem posługującym się wyłącznie łaciną, a co za tym idzie wymagającym jej od innych. Po prostu w tego typu filmach potrzebna jest spora, aczkolwiek wyważona ilość wulgaryzmów. Niestety w tej części było ich jak na lekarstwo. Chyba dałoby się je policzyć na palcach. To oczywiście o wiele za mało.


Przyjrzyjmy się pozostałym postaciom. Justin Long zagrał całkowicie bezpłciowego osobnika. Rozumiem, że Matt Farell miał być tylko pomocnikiem Johna i specem od komputerów (jak wiadomo McClane jest technofobem), ale na Boga ten facet nie ma za grosz ikry. Powtarzający co chwilę, że nie jest i nie chce być bohaterem, prawie robiący w gacie ze strachu. Czy Wy chcecie oglądać takie niemoty jako głównych bohaterów? Ja nie, ale jak widać chce tego amerykańska publiczność. Patrząc na tego chłoptasia, zatęskniłem za Zeusem z trzeciej części. Gość w wykonaniu Samuela L. Jacksona miał równie twardy charakter i cięty język jak McClane. Po prostu miał jaja. Właśnie taki powinien być partner Johna. Niestety tym razem zamiast otrzymania pomocy, John został piastunką. Dostał bowiem za partnera dzieciaka, którego aż strach zostawić choć na chwilę samego.
Idziemy dalej. Thomas Gabriel, czyli główny przeciwnik. Zagrany przez Timothy'ego Olyphanta jest równie bezbarwny jak nieszczęsny partner McClane'a. Przez cały film facet tylko udawał (i to dość nieudolnie) bezwzględnego osobnika. W ostatecznej rozgrywce trząsł się jak osika. Przykro patrzeć na głównego złoczyńcę ze świadomością, iż można go porównać najwyżej do rozkapryszonego dzieciaka.
Teraz żeńskie postaci. Maggie Q wcieliła się w Mai Lihn, czyli sympatię przywódcy terrorystów. Trzeba jasno powiedzieć, iż w tym związku to ona nosi spodnie. Jej wybranek przy każdej próbie postawienia się, skończyłby jak w podobnej sytuacji Tadeusz Norek z "Miodowych lat". Postać tę oceniam jak najbardziej pozytywnie, w końcu miała silną osobowość. Tak samo rzecz ma się z córką Johna. Miała język równie cięty jak tatuś i mimo że w filmie było jej mało zdołała utknąć mi w pamięci. Tak więc postaci żeńskie są o wiele lepsze od męskich (oczywiście poza kreacją Willisa).
Wyjaśniając powyższe narzekania: nie mam nic do zarzucenia grze aktorskiej. Członkowie obsady wywiązali się ze swego zadania. Oni nie doprowadzali mnie do szewskiej pasji. Doprowadzały mnie do niej odrywane przez nich postaci.


To nie koniec wad najnowszej "Pułapki". Zdecydowanie przesadzono z efektami specjalnymi. Dotyczy to głównie scen z samolotem. Zdaję sobie sprawę, że filmy akcji nie są realne, ale w tej sekwencji ujawnił się przerost formy nad treścią. Ten aspekt widoczny jest również w kreacji jednego z terrorystów. Mianowicie potrafił on skakać po dachach czy rusztowaniach lepiej niż Spider-Man i Doc Ock razem wzięci.


Dodatkowo w oczy rzucił mi się brak pomysłu na zakończenie. Wątek z porywaniem dzieci głównych bohaterów jest bowiem tak oklepany, iż oglądanie go kolejny raz po prostu nudzi.


Plusem jest natomiast tempo akcji. Jedna dynamiczna sekwencja pogania drugą, przez co ani na chwilę nie możemy się nudzić.  Kolejną mocną stroną są sceny humorystyczne. Naprawdę można się na nich porządnie pośmiać.


Do muzyki nie mam zastrzeżeń. Żaden kawałek nie zapadł mi jednak w pamięć. Ścieżkę dźwiękową uważam za dobrą. Nic ponadto.


Na seans udałem się z przekonaniem, iż "Szklana pułapka 4.0" będzie powrotem męskiego kina akcji. Oczekiwania te zostały jednak szybko rozwiane. Producenci nastawieni obecnie tylko na zyski, postanowili bowiem ugrzecznić ten film do granic możliwości i nafaszerować po brzegi efektami specjalnymi. Przyniosło to dwojaki efekt. Mianowicie zajadający popcorn nastolatki, oczekujący przerostu formy nad treścią, ruszyli do kin całymi tabunami i wychodzili z seansu zadowoleni. Uradowali tym samym producentów, którzy znów zarobili kupę kasy. Z kolei widzowie, będący znudzeni już oglądaniem wszędzie "panienek" pokroju Leosia DiCaprio, oczekujący powrotu starej konwencji, wyszli w najlepszym wypadku zawiedzeni. Niestety większość postaci "Live Free or Die Hard" jest pokroju wspomnianego przed chwilą aktorzyny (do jego fanów nic nie mam, ale gościa po prostu nie trawię). Film traci na tym zdecydowanie. Po seansie straciłem nadzieję na wyprodukowanie w dzisiejszych czasach filmu akcji w starym stylu. Na szczęście wiarę w ludzi przywrócił mi rok później Stallone czwartą częścią "Rambo".


Nowa "Pułapka" niby posiada wszystko, co powinien mieć dobry film akcji. Są pościgi, zwroty akcji i efekty specjalne. Jednak wyżej wymienione przywary zepsuły ten obraz. Ogólnie powrót Johna McClane'a oceniam jako niezły. Moją wysoką ocenę wystawiłem jednak tylko z sympatii do serii i Willisa (facet udowodnił, iż prawdziwi twardziele się nie starzeją) oraz mimo wszystko wartkiej akcji.
1 10
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
67% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (18 głosów).
Nowa "Szklana pułapka" rodziła się w prawdziwych bólach. Kiedy wreszcie Bruce Willis zgodził się na udział w przedsięwzięciu, zaczęły pojawiać się nowe i oczywiście ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 33%
Wrodzone malkontenctwo każe mi o tym wspomnieć już na samym początku tekstu - klimatu "jedynki" zostało w tej części tyle, co włosów na głowie głównego bohatera. ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 33%