Recenzja filmu

Zbrodnie przyszłości (2022)
David Cronenberg
Viggo Mortensen

Triumf boli

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jeśli mielibyście zobaczyć w życiu jeden film Davida Cronenberga, "Zbrodnie przyszłości" będą właściwym wyborem. Nie jest to najlepsza rzecz, jaką nakręcił; ...
"Niech żyje nowe ciało" – szeptał w finale "Videodromu" facet z odtwarzaczem VHS-ów w brzuchu i pistoletem z mięsa przystawionym do skroni. Niektórzy twierdzą, że zapowiadał, i to z imponującym wyprzedzeniem, cyfrowo-wirtualną rewolucję. A ja się zgadzam – jako że od czasu jego samobójstwa minęło czterdzieści lat, odmawianie mu profetycznej skuteczności byłoby nietaktem. Reżysera tego filmu rzucało ostatnimi laty od ściany do ściany, podglądał Freuda na parostatku, rosyjską mafię w Londynie i gwiazdy Hollywood na kozetce u psychoanalityka. Dziś wraca do kina, które uczyniło z niego żywego klasyka, i czerpie z najstarszego źródła swojej artystycznej potencji. W scenie otwierającej "Zbrodnie przyszłości" mały chłopiec siedzi na plaży i dłubie patykiem w piasku, podczas gdy stojąca na werandzie matka ostrzega go, by nie jadł niczego podejrzanego. Chłopiec kiwa głową ze zrozumieniem, po czym wraca do domku i zjada plastikowe wiadro. Panie, Panowie – David Cronenberg.   

Zanim dzieciak zdąży spałaszować armaturę łazienkową, matka dusi go poduszką i mamrocze coś przez telefon o "nieludzkiej istocie". Spokojnie, nie taki diabeł straszny – malec był, ni mniej, ni więcej, człowiekiem przyszłości. W toku przyspieszonej ewolucji wykształcił nowe organy, a co za tym idzie – nowe zwyczaje żywieniowe. Ciało głównego bohatera, Saula Tensera (Viggo Mortensen), również lubi zaskoczyć go świeżą płuco-wątrobą o poranku. Ale ponieważ Saul jest artystą przez wielkie, postmodernistyczne A, czyni z procesu wycinania zbędnych tkanek osobliwy performance. Jego partnerka Caprice (Lea Seydoux) dokonuje operacji na oczach tłumu zachwyconych kabotynów, smyra upstrzoną kolorowymi przyciskami narośl na brzuchu, a bohater puka do bram nieba i piekła jednocześnie; jego orgazm ma swój orgazm. Dobra robota! Teraz można, w ramach wyciszenia, pooglądać utalentowanego adepta tańca współczesnego, któremu zadrutowano usta i oczy, a następnie wszyto w skórę dwa tuziny pulsujących uszu. "Dość już tych spoilerów" – krzykniecie oburzeni! Odłóżcie widły, minęło dopiero dwadzieścia minut filmu. 

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jeśli mielibyście zobaczyć w życiu jeden film Davida Cronenberga, "Zbrodnie przyszłości" będą właściwym wyborem. Nie jest to najlepsza rzecz, jaką nakręcił; plasuje się raczej w tzw. wyższych lokatach niższych. Na pewno jednak jest pięknie oświetlonym, sfotografowanym i zmontowanym katalogiem jego lęków, obsesji oraz namiętności. Rozpad tkanek jako skutek uboczny gwałtownego, cywilizacyjnego rozwoju? Jest. Chirurgia jako sublimacja erotycznego aktu? Prosta sprawa. Rebelia ciała przeciw binarnym biologiczno-metafizycznym opozycjom? Właściwy adres. Zatęchła klitka, w której Saul i Caprice spotykają się z pracownikami szemranego Biura Rejestracji Organów, przywodzi na myśl kanciapę Williama Lee z "Nagiego lunchu"; oleisty sok trawienny zamieniający ciała stałe w płynną papkę wywołuje oczywiste skojarzenia z "Muchą"; autoagresja jako miły sposób spędzania czasu kojarzy się natomiast  z "Nierozłącznymi", z kolei biomechaniczny dizajn wszelkich erotyczno-chirurgicznych rekwizytów – z "eXistenZ". Pytanie, czy unosi się nad tym kociołkiem jakiś nowy zapach, jest raczej bezzasadne. "Zbrodnie przyszłości" powstały w świecie po "Titane" Julii Ducournau (inspirowanym wczesnymi filmami Kanadyjczyka) oraz "Possessorze" w reżyserii syna Davida Cronenberga, Brandona. Dość powiedzieć, że nestor gatunku wyważa otwarte drzwi.

Grające w komediowym kluczu Lea Seydoux i Kristen Stewart są niezrównane w rolach pretensjonalnych ewangelistek nowego porządku. Z kolei ciało charczącego i przygarbionego niczym Nosferatu Viggo Mortensena ponownie jest płótnem, na którym reżyser maluje opowieść o cieniutkiej granicy pomiędzy bólem a rozkoszą. "Zbrodnie przyszłości" są filmem odrobinę przegadanym, na szczęście Cronenberg wciąż ma doskonałe ucho do dialogów – na ekranie nie brakuje satyrycznego mięcha i humoru z najczarniejszej otchłani. Wątkiem, który wydaje się najciekawszy, jest oczywiście ciało – zmutowane, poddane ciągłej transformacji, płynne i ewoluujące – jako przedmiot i podmiot sztuki. Teza, że wkraczamy w wiek postseksualny, nie jest żadną miarą prowokacyjna, choć sam Cronenberg sprawia wrażenie podekscytowanego. Być może nie przyszłością, którą nam wróży, ale na pewno dialogiem z własną twórczością, gdyż całość jest luźną wariacją na temat jego filmu pod tym samym tytułem z 1970 roku. W tamtych "Zbrodniach przyszłości" reżyser opowiadał historię świata po zagładzie, w którym pewien kosmetyk zdziesiątkował populację dorosłych kobiet (a następnie, po mutacji, mężczyzn). W finale Cronenberg ukarał mężczyznę, który próbował zawrócić ludzkość znad otchłani – cel szczytny, ale  nie kosztem ciała pięcioletniej dziewczynki. Od tamtej pory minęło pół wieku, lecz w jego kinie, pełnym scen okrutnej i niewolicjonalnej transgresji, niewiele się zmieniło. Każde przekroczenie – cielesne czy nie – musi być aktem wolności. Inaczej jest pospolitą zbrodnią.
1 10
Moja ocena:
7
Michał Walkiewicz
Dziennikarz filmowy, redaktor naczelny portalu Filmweb.pl. Absolwent filmoznawstwa UAM, zwycięzca Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2008), laureat dwóch nagród Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
80% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (25 głosów).