Macki, młoty, pistolety

Riot Games w ostatnich latach coraz mocniej dociska promocję "League of Legends". Triumfy święci ich własna karcianka, koreańskie idolki wcielają się w wirtualne awatary ulubionych bohaterek z ...
"Ruined King: A League of Legends Story" - recenzja
Riot Games w ostatnich latach coraz mocniej dociska promocję "League of Legends". Triumfy święci ich własna karcianka, koreańskie idolki wcielają się w wirtualne awatary ulubionych bohaterek z gry, a animowane "Arcane" zostało przyjęte z ogromnym entuzjazmem praktycznie przez wszystkich, niezależnie od tego, czy byli wcześniej zaznajomieni z marką. Zupełnie znienacka na rynku ukazały się też dwie gry odbiegające gatunkowo od tego, do czego przyzwyczaili nas Rioci. O rytmicznej "Hextech Mayhem: A League of Legends Story" napomykam jedynie informacyjnie. Skupię się na drugiej premierze, czyli "Ruined King: A League of Legends Story".



Wydarzenia w grze rozgrywają się wokół postaci Viego, Zniszczonego Króla, napędzanego szaleństwem po śmierci ukochanej małżonki. Obsesja związana z przywróceniem jej do życia już raz sprowadziła na Runeterrę katastrofę, którą w kronikach określano mianem Zrujnowania. Minęło tysiąc lat i tęsknota Viego znów sprowadza Czarną Mgłę na Bilgewater i okoliczne wyspy. Do walki ze zbliżającą się katastrofą staną nie tylko tak popularne postacie, jak Ahri czy Miss Fortune, ale też te, które pozostają o wiele niżej w rankingach popularności. Illaoi i Braum jednoczą siły z innymi czempionami Runeterry, by raz na zawsze zdusić w zarodku zagrożenie ze strony Zniszczonego Króla. 



Rozpoczynając przygodę z "Ruined King: A League of Legends Story", nie sposób uniknąć porównań do innej gry Airship Syndicate, "Battle Chasers: Nightwar". Wszystko przez to, że opowieść ze świata LoLa można na upartego określić reskinem wcześniejszej produkcji tego studia. Znów mamy do czynienia z turowym erpegiem, w którym kluczem do osiągnięcia sukcesu będzie opanowanie do perfekcji wyjątkowo rozbudowanego systemu walki. Bezmyślne wydawanie komend nie zaprowadzi nas zbyt daleko, a dorzucenie do rozgrywki tzw. Alei dodatkowo skomplikuje potyczki. Wspomniane Aleje to trzy ścieżki, w których zarówno bohaterom, jak i przeciwnikom przyjdzie wykonywać swoje akcje. Szybsza ścieżka pozwoli na sprawniejsze uderzenie, ale osłabi moc naszego ataku. Z kolei Aleja Mocy pozwala na mocniejsze łupnięcie, kosztem odsunięcia akcji w czasie. Ma to sens w kontekście dodatkowego zawirowania wprowadzonego do bitwy. Na planszy pojawiają się specjalne strefy. W znakomitej większości przypadków ich właściwości losowane są na początku bitwy. Znalezienie się w nich oznaczać może zarówno bonusy, jak i kary nakładane na wszystkie postacie, niezależnie od tego, czy są naszymi sprzymierzeńcami.



Pomimo tego że bohaterowie wpisują się w tradycyjne erpegowe role, pokroju tanka, healera, czy też ofensywnego maga, nic nie stoi na przeszkodzie, by lekko odwrócić te schematy. "Ruined King" daje olbrzymie możliwości modyfikacji nie tylko ekwipunku, ale i umiejętności postaci. Każda z nich posiada trzy poziomy z dwoma ścieżkami rozwoju. Zależnie od preferencji możemy na przykład zdecydować się, by bohater zadawał więcej obrażeń albo nałożyć dodatkowy status na wroga. Wszystkie mechaniki przeplatane są wyczerpującymi samouczkami, więc pomimo początkowego natłoku informacji odnalezienie się w meandrach rządzących tym magicznym światem nie powinno sprawiać większych trudności. 



"Battle Chasers" wciągnęło mnie na tyle mocno, że z ogromną radością spędziłam przy grze długie godziny, doprowadzając do perfekcji ekwipunek, zdolności i taktyki. Niestety, pomimo początkowego entuzjazmu, szybko zaczęłam nudzić się "Ruined King". Postacie snują się przez kolejne lokacje wyjątkowo ślamazarnie, nawet gdy przemieszczają się w trybie biegu. Duże lokacje można policzyć na jednej ręce. Owszem, są one dość rozległe, ale biorąc pod uwagę fakt, że system szybkiej podróży kuleje, a wskazywanie następnego celu jest mocno nieczytelne, spędziłam masę czasu na włóczeniu się bez większego sensu w poszukiwaniu ścieżki prowadzącej mnie do kolejnego etapu wędrówki. Pełno tu też zagrywek pokroju "główne drzwi są zamknięte, musisz iść naokoło". Raz czy drugi mogło to bawić, ale permanentne poleganie na takich rozwiązaniach zaczęło mnie najzwyczajniej w świecie irytować.



Im dalej w las, tym więcej błędów. Gra regularnie zawieszała się w trakcie przerywników filmowych, do tego wielokrotnie przestawała reagować na komendy związane z podnoszeniem przedmiotów i wybieraniem ataków. Co dziwne, pierwsza połowa gry minęła mi bez jakichkolwiek problemów.

Jeżeli przypadła Wam do gustu mocna i wyrazista kreska obecna w "Battle Chasers", mam dobrą wiadomość. Za sterami artystycznymi wciąż stoi Joe Madureira. Oglądanie przerywników filmowych (gdy wreszcie działały prawidłowo) za każdym razem było ucztą dla oczu. Mocny plus za spójne i oryginalne projekty postaci. 



"Ruined King: A League of Legends Story" ma kilka dobrych momentów, jednak przez niemalże całą grę czułam, że Airship Syndicate poszło najbezpieczniejszą, wypróbowaną przy "Battle Chasers" Nightwar" ścieżką. Fani League of Legends z pewnością będą zachwyceni, podobnie jak gracze, dla których będzie to pierwsze zetknięcie z grami studia Madureiry. Dla mnie było to jedzenie ulubionej potrawy, ale w innym kolorze. Niby smaczne, ale w ostatecznym rozrachunku coś nie zagrało.
1 10
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Nikt jeszcze nie ocenił tej recenzji $percent% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną ($review.rating.count głosy).