Relacja

28. WFF: Gry, komunizm i prostytucja nieletnich w drugim dniu festiwalu

Filmweb / autor: , , /
https://www.filmweb.pl/article/28.+WFF%3A+Gry%2C+komunizm+i+prostytucja+nieletnich+w+drugim+dniu+festiwalu-89798
W Warszawie trwa 28. Warszawski Festiwal Filmowy. Nasze serce podbił Takashi Miike filmem "Ace Attorney". Pozytywne wrażenie zrobił też "Konfident" z polskimi akcentami. Za to niedosyt pozostał po pokazie "Lilet, której nie było".

Sprzeciw oddalony

Adwokat Pheonix Wright to odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu, ostoja moralności w niemoralnym świecie. Chodzący paradoks: pierdołowaty, ale skuteczny, roztrzepany, ale zdyscyplinowany, głupi i mądry, szalony i genialny. W świecie przyszłości z filmu Takashiego Miikego, gdzie z powodu rosnącej fali przestępczości procesy sądowe zostały zredukowane do błyskawicznych starć obrońców i prokuratorów, ostatni sprawiedliwy otoczony przez bandę skorumpowanych showmanów. Trochę w jego przygodach estetyki anime, nieco parodii prawniczej retoryki, szczypta satyry na władzę sądowniczą. Wszystko spojone poetyką wydawanej przez Capcom serii gier przygodowych "Ace Attorney", których film Miikego jest ekranizacją. To bardzo dobra ekranizacja.

Entuzjaści elektronicznego cyklu będą uśmiechać się od ucha do ucha niemal przez cały seans. Począwszy od charakterystycznego designu bohaterów, przez licencjonowaną ścieżkę dźwiękową, po kapitalnie zwizualizowane pojedynki na sali sądowej, utwór jest jak relacja ze świadomości wieloletniego fana serii. Scenarzyści przykroili całość do kinowych ram, poprzesuwali wątki, pożonglowali fabularnymi akcentami, pozwolili sobie na niezbędne skróty. Efekt ich pracy naładowany jest taką wizualną energią i wydaje się wyrazem takiej frajdy ze snucia operowej historii, że ponad 130 minut, rozpisanych na dosłownie kilkanaście dużych scen, zleci jak z bicza strzelił.

 

W swoich parodystycznych zapędach twórcy sięgają do tradycji dramatu prawniczego i efektownie roztrzaskują kolejne narracyjne skamieliny. Pal licho odpustowe efekty specjalne i szalone pomysły inscenizacyjne, które nadają całości aurę narkotycznej jazdy (kapitalne są zwłaszcza sceny z wykorzystaniem "materiałów dowodowych" przeglądanych na wielkich holograficznych wyświetlaczach) - największym atutem filmu Miikego jest to, że autentycznie wciąga i do samego końca trzyma w napięciu (za pomocą kilku sprytnych wybiegów, autorzy scenariusza znaleźli sposób na utrzymanie w fotelu nawet tych, którzy znają gry na wylot). Fabularną intrygę zapleciono precyzyjnie i nie psują jej nawet rozmaici "bogowie z maszyny", którzy często i gęsto pomagają bohaterom. Są oni zresztą najbardziej absurdalnym elementem obrazu, w którym bezwzględny racjonalizm oraz spirytualizm w wersji "pop" idą ramię w ramię.

Etykietka "japońskiego dziwactwa", która zapewne przylgnęłaby do "Ace Attorney", gdyby tylko ktoś odważył się w Polsce kupić film do dystrybucji, nie oddaje ani skali szaleństwa Miikego, ani granic pomysłowości developerów gry. Po seansie można zacząć wierzyć w niepopularną teorię, iż nie ma gier, które nie nadają się do adaptacji – są tylko kiepscy adaptatorzy. Sprzeciw oddalony.

Trudna rzeczywistość

Od upadku komunizmu minęło ponad 20 lat. W tym czasie zdążyło dorosnąć całe pokolenie, które o tamtych czasach wie tylko z opowieści rodziców i lekcji historii. A jednak wciąż emocje wzbudzają oskarżenia tych i owych o bycie współpracownikami bezpieki. Czas, jaki minął, sprawia, że ci, którzy ulegli przed laty, teraz żyją we wstydzie, a ci, którzy nie pamiętają, wydają na nich surowe wyroki. Z naszych bezpiecznych pozycji łatwo jest oceniać. Juraj Nvota przypomina, że w czasach komunizmu życie nie było łatwe, a wyborów dokonywali za nas inni.

Bohaterem filmu jest Adam, którego poznajemy w roku 1966 jako młodego poborowego odbywającego służbę w oddziałach łączności. Wtedy też po raz pierwszy zetknie się "ucho w ucho" z brutalną rzeczywistością komunistycznego reżimu. Będąc świadkiem morderstwa dokonanego w imię państwa, raz na zawsze wyzbędzie się złudzeń, co do znaczenia jednostki w trybach maszynerii kontrolowanej przez bezpiekę. A jednak sympatyczny, z natury szczery Adam spróbuje żyć normalnie. Przed złem tego świata chronić go mają dwie pasje: radio i Ewa, jego dziewczyna. Obie go zdradzą. Obie sprawią, że stanie przed wyborem, który nie jest żadnym wyborem. Pasja radiowca uczyni z niego specjalistę, co z kolei zwróci na niego uwagę speców od inwigilacji. Miłość do Ewy sprawi, że dla utrzymania jej bezpieczeństwa i szczęścia, gotowy będzie popełnić każdy grzech.

"Konfident" to sugestywny obraz świata pozostającego w permanentnym stanie schizofrenicznego rozdwojenia. Z jednej strony mamy codzienne życie, radości, smutki, miłość. To piękno i dobro zwyczajności Nvota podkreśla wspaniałymi zdjęciami Jana Malířa: intymne, utrzymane w ciepłych barwach, którym bliżej do konwencji romansu niż dramatu o brutalnych czasach. Z drugiej strony jest permanentna inwigilacja, nieufność i zdrada. Nvota jest bezwzględny w ukazywaniu powszechnego systemu spowiedzi: zwyczajny obywatel nie ma z nim żadnych szans. Jedyny wybór polega na tym, jak wiele przecierpi zanim zgodzi się współpracować z aparatem bezpieki. Przejmujący charakter wydarzeń podkreśla znakomita muzyka stworzona przez polskich artystów.

 

Po obejrzeniu "Konfidenta" znacznie trudniej będzie wam ferować surowe wyroki. Nvota skreślił świat, w którym nie ma dobra i zła, są tylko mniej lub bardziej szkodzące innym wybory. To okrutny świat, a żyjący w nim ludzie mają przed sobą trzy wybory: uciec, współpracować lub być nikim, nie mieć żadnej pasji, żadnej umiejętności, żadnych bliski.

"Konfident" okazał się tak udanym filmem, że pozostaje mi mieć nadzieję, iż kinowa przyjaźń polsko-czesko-słowacka trwać będzie dalej.

Filipinka

Pokazywany w Konkursie Międzynarodowym 28. Warszawskiego Festiwalu Filmowego "Lilet, której nie było" to film "problemowy" - w dwojakim sensie. Raz, bo porusza istotny problem społeczny – w tym przypadku jest to dziecięca prostytucja na ulicach Manili. Dwa, bo gnębią go problemy, jakie pojawiają się zazwyczaj przy okazji tego typu przedsięwzięć.

W Polsce temat prostytucji nieletnich został już przerobiony w "Galeriankach" Katarzyny Rosłaniec i "Świnkach" Roberta Glińskiego. "Lilet, której nie było" podąża w zasadzie identycznym do nich fabularnym tropem, portretując powolny upadek bohaterki zwieńczony drastycznym finałem. Ewentualne różnice wynikają przede wszystkim z lokalnej specyfiki: 13-letnia Lilet, w przeciwieństwie do swoich polskich odpowiedników, nie startuje bowiem z punktu zero. W momencie, gdy ją poznajemy, jest już uwikłana w sieć seksualnych zależności i nadużyć, co zrzucić trzeba na karb tego, że Filipiny to jedna ze światowych oaz seksturystyki.

Filmy biorące się za tego typu kontrowersyjne wątki zawsze rodzą pytania odnośnie swojej genezy. Czy ich twórcy chcą zabrać głos w dyskusji, czy po prostu cynicznie podpinają się pod sensacyjny temat? Niezależnie od szczytności autorskich intencji, kwestię tę należy rozstrzygać na podstawie ekranowego efektu. W tej perspektywie "Lilet, której nie było" wypada mało korzystnie. Rozedrgany, dokumentalny styl ujęć z ręki nijak ma się do melodramatycznej fabuły. Pełno tu klisz typu obleśny staruszek czy burdelmama-wyzyskiwaczka. Okazjonalne momenty celnej obserwacji skutecznie zabija nachalnie sugerująca emocje muzyka. Gdy jest wesoło, brzdęka gitara, gdy smutno – łkają smyki. Żeby nie było wątpliwości, w momentach kryzysu zaczyna jeszcze padać deszcz. Postępująca degrengolada bohaterki przedstawiona jest z kolei w teledyskowej sekwencji montażowej rozegranej przy dźwiękach piosenki Moby'ego (muzyka wyjątkowo w kontraście). Kulminacyjnym momentem jest tu obraz dziewczynki wpatrującej się pustym wzrokiem w lustro. "Czymże się stałam?", zapewne myśli sobie, śladem setek poprzednich kontemplujących swoje odbicie filmowych cierpiętników.

 

Szkoda, bo film mógł faktycznie stać się czymś innym. Ciekawy jest wątek postkolonialnej relacji Lilet z lokalną "siłaczką", Holenderką z ośrodka pomocy społecznej. Jej naiwne próby dotarcia do dziewczynki obnażają fakt, że w istocie chce ona zaspokoić własne potrzeby. Niestety, tropy dotyczące jej motywacji (zmarła córka) podrzucane są niezbyt subtelnie i niemiłosiernie spłycają tę postać. Interesujący jest też motyw konfabulacji rozsiewanych przez bohaterkę, usiłującą zaciemnić prawdę o swoim życiu. Jeśli warto obejrzeć ten film, to głównie dla roli młodziutkiej Sandy Talag, kreującej postać Lilet. Całej reszty - nie było.