Relacja

28. WFF: Chińskie nastolatki i wykład z chirurgii miłości

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/28.+WFF%3A+Chi%C5%84skie+nastolatki+i+wyk%C5%82ad+z+chirurgii+mi%C5%82o%C5%9Bci-89814
Niedziela była kolejnym dniem pełnym filmowych wrażeń za sprawą 28. Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Naszą uwagę zwrócił portret chińskich nastolatków "W pogoni za idolem" i dramat z gwiazdami w obsadzie "Otwarte serce".

***

Rock and roll made in China ("W pogoni za idolem")

"W pogoni za idolem", prezentowane w ramach Konkursu Międzynarodowego 28. Warszawskiego Festiwalu Filmowego, to rzut oka na chińską młodzież i jej muzyczne fascynacje. Okazuje się, że pozbawione dostępu do Google'a czy Facebooka nastolatki z Państwa Środka i tak modlą się do tych samych popkulturowych bogów, co ich rówieśnicy na innych kontynentach.

Modlą nie tylko w przenośni. Główna bohaterka ma ścianę obklejoną zdjęciami Kurta Cobaina, przed którą pali kadzidło i bije pokłony zgodnie z chińską tradycją upamiętniania zmarłych. Po szkole zamienia biało-czerwony mundurek na trampki, rurki, skórzaną kurtkę oraz koszulkę Ramones i brzdąka na swojej różowej gitarze elektrycznej. Lekarstwem na bóle dojrzewania są dla niej rockandrollowe marzenia podsycane tandetą rodzimej kultury popularnej.

Film Peng Leia dokumentuje pierwsze męsko-damskie perypetie dziewczyny oraz jej próby założenia zespołu i pisania własnych piosenek. Rytm opowiadania jest niespieszny, eteryczny; od czasu do czasu pojawiają się momenty suchego humoru (duch Kurta Cobaina przylatujący w UFO i zamieszkujący z protagonistką). Sprawdza się to, kiedy trzeba oddać nastrój chwili, pokazać zawisającą w powietrzu młodocianą nieporadność postaci. Cierpi na tym jednak nić fabularna. Pośród chwil zadumy pojawiają się tu bowiem strzępy historii – jakby znikąd i bez dalszych konsekwencji.

Zespół głównej bohaterki zostaje zauważony przez producenta, który podpisuje z nimi kontrakt. Parę scen później jednak mężczyzna wyrzuca młodym, że nie brzmią jak standardowy chiński pop. Być może ma to być próba komentarza na temat konserwatyzmu tamtejszej kultury, krytyka trafia jednak kulą w płot, zawieszona jest bowiem w próżni nastoletniego spleenu. Mimo kilku wstawek dokumentujących występy prawdziwych wykonawców z alternatywnej sceny muzycznej Pekinu mamy wrażenie ślizgania się po powierzchni tematu. Nie otrzymujemy portretu specyficznie chińskiego doświadczenia, bo kontekst jest zarysowany zbyt niewyraźnie.

W zamian czeka nas jedynie świadectwo całkowitego zglobalizowania sposobu na przeżywanie okresu dojrzewania. Niezależnie od szerokości geograficznej hymnem nieszczęśliwych nastolatków pozostaje "Love Will Tear Us Apart" Joy Division.


Nałogowa miłość
("Otwarte serce")

W ramach pokazów specjalnych 28. Warszawskiego Festiwalu Filmowego zaprezentowany został film "Otwarte serce" Marion Laine. W głównych rolach wystąpiły gwiazdy międzynarodowego kina Juliette Binoche i Édgar Ramírez. Można więc było spodziewać się obrazu co najmniej na przyzwoitym poziomie. Nadzieje te zostały spełnione tylko częściowo.

Nie zawodzą aktorzy. Binoche i Ramírez grają małżeństwo chirurgów, Milę i Javiera. Są nierozłączni w pracy i w domu. Spina ich intensywna więź. Kiedy kochają się, to bezgranicznie, kiedy kłócą, to na całego. Jednak ich związek właśnie znalazł się na rozdrożu. Javier ma bowiem oprócz żony jeszcze jedną słabość – alkohol. Mila ignoruje problem, wierząc, że nic nie zakłóci harmonii. Kiedy jednak Javier traci pracę, wszystko zaczyna się psuć. Ratunkiem może być ciąża. Mila chciałaby usunąć dziecko, ale dla męża gotowa jest się poświęcić. Ciąża zamiast ich zbliżyć, tylko uwidacznia chorobliwość relacji, wprowadzając dodatkowe napięcia. Bohaterowie znajdują się więc między młotem i kowadłem: nie mogą bez siebie żyć, ale kiedy są razem, zadają sobie już tylko ból.

Binoche i Ramírez grają na granicy histerii. Ich kreacje są pełne pasji, ekspresji, dramatyzmu. Póki film trzyma konwencję surowej wiwisekcji związku, póty ich wyczyny na ekranie ogląda się znakomicie. Jednak reżyserka ma zupełnie inny pomysł na film. Sterylność narracji jest blagą. Szpitalna scenografia okazuje się zaś aż nazbyt oczywistą metaforą. Marion Laine dokonuje z premedytacją operacji na otwartym sercu fabuły i w finale zaskakuje gwałtownym zwrotem ku onirycznej przypowieści o miłości ponad wszystko. Ta niespodziewana zmiana konwencji nie wydaje się odpowiednio uzasadniona, więc uderza widza niczym końska dawka anestetyków.

Oglądając ostatnie kilkanaście minut "Otwartego serca", ma się wrażenie, jakby do scenariusza dorwała się zupełnie inna osoba i przepisała film pod dyktando naiwnego romantyzmu. Obraz jest bowiem historią zbawienia przez poświęcenie. Jednak idylliczna sceneria, nawet jeśli okazałaby się tylko iluzją, jest próbą ucieczki od podstawowego aksjomatu poświęcenia, którym jest konieczność ofiary. Paradoks sytuacji polega zaś na tym, że zamiast uczynić film bardziej romantycznym, reżyserka zdemaskowała miłość jako uczucie samolubne i autodestrukcyjne. Morał "Otwartego serca" jest więc gorzki: należy zrobić wszystko, by nie odnaleźć drugiej połówki. A chyba nie o to tu miało chodzić.