Relacja

WFF 2012: Tango z trupami z szafy

https://www.filmweb.pl/article/WFF+2012%3A+Tango+z+trupami+z+szafy-89989
W ostatniej relacji z Warszawskiego Festiwalu Filmowego recenzujemy dla Was zwycięzcę tegorocznej imprezy "Tango Libre", "Pokłosie" Władysława Pasikowskiego oraz "Gdzie jest Nemo" dla dorosłych, czyli "Padak".

Bo do tanga trzeba czworga

Jak wszyscy wiemy, tango to taniec namiętności, wyłącznie dla silnych osobowości, które w rytm muzyki walczą o dominację, testują się wzajemnie. Pewnie dlatego powstało o nim aż tyle filmów. Trudno sobie wyobrazić bardziej wdzięczny temat. Z drugiej strony, przy zatrzęsieniu filmów inspirowanych tangiem, trzeba wykazać się niezwykłą pewnością siebie, przekonaniem, że ma się do powiedzenia coś nowego. Takie ryzyko podjął reżyser Frédéric Fonteyne.

I przynajmniej jeśli chodzi o punkt wyjścia, ryzyko się opłaciło. Oto jest sobie strażnik więzienny, który ma hobby. Chodzi mianowicie na lekcje tanga. Tam poznaje kobietę. Może nie jest hollywoodzką pięknością, ale i tak wpada mu w oko. Problem w tym, że widuje ją również w więzieniu, gdzie przychodzi na widzenia nie do jednego mężczyzny, a do dwóch. Z oboma wiążą ją silne relacje emocjonalne. Sprawa zacznie się jeszcze bardziej komplikować, kiedy jeden z nich – jej nominalny mąż – z zazdrości o strażnika zacznie uczyć się tanga, korzystając z tego, że w więzieniu przebywa paru Argentyńczyków.

Kiedy Fonteyne opowiada o tańcu, jego film jest prawdziwie fascynującym widowiskiem. Uwagę przykuwają zwłaszcza sceny z więziennych lekcji tanga. Fakt, że tancerzami są tam wyłącznie mężczyźni sprawia, że dokonuje się transformacja tańca w spektakl opowiadający o walce i wolności. Wyraźnie widać, że reżyser czuje tango i wie, jak najlepiej je pokazać.

Szkoda więc, że kiedy przychodzi do opowiadania o relacjach bohaterów, gdzieś znika ta pewność. Niekonwencjonalny czworobok emocjonalny, do którego dodany jest jeszcze syn bohaterki, jest przez reżysera potraktowany z dystansem. Całość ubiera on w szaty komediowej bajki, jakby w ten sposób łatwiej mu było uzasadnić fakt, że jedna kobieta może być uczuciowo związana z trzema mężczyznami, a ci niekoniecznie muszą być rywalami. Owszem, poszczególne sceny wyglądają nieźle. Ale dzieje się tak raczej za sprawą aktorów niż reżysera. Odniosłem wręcz wrażenie, że aktorzy z chęcią zagraliby w poważniejszej wersji tej historii, gdzie emocjonalne relacje nie byłby tak banalnie spointowane.

Nie zmienia to jednak faktu, że nowy film autora "Związku pornograficznego", to obraz, który ogląda się lekko i przyjemnie. Banalność została zrównoważona scenami dramatycznymi robiącymi wrażenie za sprawą nagich emocji znakomicie ukazanych przez aktorów. "Tango libre" to tylko i aż kino rozrywkowe. I tak właśnie należy je oceniać.

Sprawa kontra Sztuka

Bycie sumieniem polskiego narodu to kiepska fucha. Władysław Pasikowski przekona się o tym na własnej skórze, kiedy "Pokłosie" w aurze skandalu wejdzie do kin. Nie daruje mu ani ruch świętojebliwych, ani intelektualiści oczekujący "przełamania dyskursu". Wszystko przez kostium – twórca "Psów", nieodmiennie zakochany w amerykańskim języku narracyjnym, postawił na kino gatunków, na kino rytuału. A rytuału nie kala się Sprawą, zwłaszcza jeśli sprawą jest pogrom w Jedwabnem.
 
 "Pokłosie" to kryminał – gęsty, klimatyczny, prowadzony bliskimi planami i posępną muzyką. Znalazło się w nim miejsce zarówno dla prywatnego śledztwa, jak i dla starcia ostatnich sprawiedliwych z "nieprawością i tyranią złych ludzi". Na tym jednak nie kończą się gatunkowe inspiracje reżysera – Pasikowski czerpie ponadto z estetyki i ikonografii thrillera, a nawet horroru. Wszystkie te porządki stylistyczne zbijają się w gęstą magmę wytartych klisz i zdekodowanych znaków, które w kontekście piętnującej nasz antysemityzm fabuły nabierają jednak nowych barw.

Najpierw ląduje samolot, którym z Chicago wraca do Polski Franek Kalina (Ireneusz Czop). Potem widzimy jego podróż do pozostawionego na prowincji brata Józka (Maciej Stuhr), którego właśnie opuściła rodzina, a ziomkowie zaczęli nagle obrzucać kamieniami. Wsi spokojna, wsi wesoła: wszyscy mają czerwone mordy, wyłupiaste oczy, zarosty ze stali, w łapskach dzierżą widły i siekiery. Podjudza ich zawistny ksiądz, czekający na śmierć proboszcza i jego ciepłą posadkę, a okoliczne drogi patroluje cwaniaczkujący komendant policji. Ślepca w worze pokutniczym zastępuje Danuta Szaflarska w roli zielarki-pustelniczki, nie zabrakło natomiast mokradeł, zamglonych lasów i zakurzonych archiwów. Trup wypada z każdej szafy, mroczna tajemnica czai się pod każdym kamieniem. Wreszcie, jest i prawda, o którą warto walczyć. Ta jednak, jak to w smoliście czarnym kryminale, nikogo nie wyzwoli.  

Rzeczone schematy sprawdzają się zarówno w makro- jak i mikroskali: jako próba rozliczenia się z bolesną historią w "rozrywkowej" konwencji (cudzysłów dla świętego spokoju) i jako elementy budujące narracyjną tkankę filmu. O tym, że są największą wartością "Pokłosia", przekonujemy się bardzo szybko. Kiedy bowiem Pasikowski próbuje zrzucić ów gatunkowy kostium, z jego filmu przeziera kicz. Reżyser przestaje wtedy opowiadać historię i wchodzi w buty moralisty. Stąd wszystkie sceny "większe niż kino", np. te, w których autor buduje paralelę między śledztwem bohaterów a chrystusową ofiarą. Stąd chóralna muzyka i niefortunne zbitki montażowe, wynoszące Sprawę ponad Sztukę.  

"Pokłosie" wydaje się dość zachowawcze, jeśli chodzi o rozdzielanie racji w kwestii Jedwabnego. Na każdego diabła z koloratką przypada tu niezbrukany sługa boży, a na każdego Franciszka ("poznałem dobrze Żydków w Chicago") – Józek ("Mówi się Żydzi, nie Żydki"). Po co więc wyciągać trupa z szafy i podnosić omszałe kamienie? To kwestia zasad – przekonuje Pasikowski. Jego credo, wywiedzione z kina noir, nie zmieniło się od lat, wciąż brzmi czysto i szczerze. "Na świecie jest dużo kurestwa. Nic z tym nie zrobimy, ale nie musimy przekładać do tego ręki". Amen.

Jak ryba na talerzu

Koreański film "Padak" to ponury rewers amerykańskiego "Gdzie jest Nemo?". Tam też mieliśmy wątek ryb uwięzionych w akwarium i snujących plany ucieczki z niewoli. Ale produkcja Pixara była mimo wszystko kolorową animacją dla całej rodziny, natomiast "Padak" to brutalna opowieść o krwawym losie morskich zwierząt skazanych na ludzką łaskę.

W którymś momencie twórcy "Padak" nawiązują nawet do "Gdzie jest Nemo?". Ale grupa błazenków (do tego gatunku należał Nemo) nie jest tak sympatyczna, jak bohater Pixara. Gdy główna bohaterka, makrela o imieniu Padak, trafia na moment do ich akwarium, małe rybki zachowują się dość agresywnie i przezywają ją "jadalną". Film stara się bowiem pokazać rybi los w tonacji serio – stąd motyw obraźliwych, wręcz rasistowskich komentarzy błazenków. Jak widać, ryba rybie nierówna, a granica tolerancji przebiega wzdłuż linii ludzkich upodobań kulinarnych.  

Nasza tytułowa makrela to świeżo złowiona zdobycz, która trafia do zbiornika wodnego w sklepie rybnym. Zza szyby swojego więzienia widzi wciąż morze, ale ucieczka wydaje się niemożliwością – nawet tak mały dystans to za dużo dla ryby. Ze swojego miejsca niewoli Padak może również zaglądać do wnętrza restauracji, gdzie rozgrywają się sceny kuchennego gore. Odcięte głowy, zdrapane łuski, wypatroszone korpusy – tym bardziej drastyczne, że ofiary tych zabiegów obdarzone są w filmie głosem. Makrela nie ma jednak zamiaru się poddać. Jej wola walki i niezgoda na śmierć na talerzu spotyka się jednak z oporem ze strony współwięźniów. Rządząca w akwarium płastuga narzuciła pozostałym rybom defensywną postawę. Nie chcą oni zobaczyć tego, co jest jasne dla Padak: w ten sposób jedynie odwlekają nieunikniony koniec.

"Padak" jest zatem historią o konflikcie postaw, opowieścią o bezwzględnej potrzebie wolności i o wartości poświęcenia. Przesłanie to nabiera wręcz chrześcijańskiego kształtu – w jednej z sekwencji pojawia się zresztą obraz kościoła i krzyża. Film obfituje zresztą w ofiarną ikonografię; nie sposób też zlekceważyć symboliki samej ryby. Dlatego nie dajcie się zwieść animowanej, baśniowej formie. Komputerowa animacja, choć odrobinę przerysowuje i indywidualizuje zwierzęcych bohaterów, jest aż nadto realistyczna w obrazowaniu okrucieństw kuchennego noża. W filmie pojawia się kilka tradycyjnych, rysunkowych sekwencji z piosenkami, ale nie są to musicalowe numery jak u Disneya, a raczej wizualno-dźwiękowe impresje na ponury temat. Tak, to film o gadających zwierzątkach - ale raczej nie dla dzieci. Ani dla fanów sushi.
Udostępnij: