Relacja

30. WFF: Gangsterzy i cuda

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/30.+WFF%3A+Gangsterzy+i+cuda-107868
30. Warszawski Festiwal Filmowy zbliża się ku końcowi. Nam udało się obejrzeć jeszcze dwa warte uwagi filmy: "Chłód w lipcu" dla fanów dobrego kina klasy B z główną rolą Dextera - Michaela C. Halla i "Cud" jednego z ulubionych kanadyjskich reżyserów naszego redakcyjnego kolegi Marcina Pietrzyka - Daniela Grou. Poniżej znajdziecie nasze recenzje.

***

Z zimną krwią
(rec. filmu "Chłód w lipcu")

Śmietnik popkultury to naturalne środowisko Jima Mickle'a. Reżyser bez poczucia wyższości sięga po najbardziej zużyte gatunkowe klisze i na ich bazie próbuje stworzyć coś nowego. Po kilkuletnim flircie z horrorem, w trakcie którego reżyserowi udało się odświeżyć ekranowy wizerunek zombie ("Mulberry Street"), wampirów ("Plaga wampirów") i kanibali ("We Are What We Are"), przyszła pora na kryminał spod znaku hard-boiled. "Chłód w lipcu" według pulpowej powieści Joe Lansdale'a zmrozi krew i rozgrzeje serca wszystkich fanów rasowego kina klasy B. 



Jak przystało na rodowitego Teksańczyka, Richard najpierw strzela, potem pyta. Dlatego, gdy pewnej lipcowej nocy do jego domu wtargnie włamywacz, bohater na przywitanie wpakuje mu kulę w oko. Denat okaże się, niestety, synem bandziora Bena Russella, który właśnie opuścił więzienie i planuje zgotować Richardowi i jego bliskim mały Sajgon. Wydaje się Wam, że wiecie już, w jakim kierunku zmierza ta historia? W dziewięciu na dziesięć przypadków mielibyście pewnie rację. "Chłód w lipcu" idzie jednak pod prąd oczekiwaniom publiczności i co krok zmienia fabularny wektor. Pewne jest tylko jedno: rozmiłowani w przemocy potomkowie kowbojów nie zasłużą w trakcie seansu na pokojową nagrodę Nobla.

Mickle imponuje zwartą, ekonomiczną narracją. By uzasadnić skomplikowane, dwuznaczne moralnie wybory postaci, wystarczy mu strzęp dialogu albo jedno spojrzenie. Reżyserowi wydatnie pomaga w tym aktorski tercet Hall/Johnson/Shepard. Pierwszy wciela się w szaraka w prowincji z fryzurą na czeskiego piłkarza (z przodu krótko, z tyłu długo), gotowego wpakować się w krwawą kabałę dla zabicia dojmującej egzystencjalnej nudy. Ekspolicjant z Miami bawi się rolą złotoustego prywatnego detektywa, który dzieli czas między śledztwa i wypas trzody chlewnej. Shepherd jest twardzielem w starym, dobrym stylu – mało mówi, celnie strzela i nigdy nie uchyla się przed konsekwencjami swoich czynów. Chcesz go mieć przy boku, gdy powietrze gęstnieje od krwi i prochu strzelniczego.

Całą recenzję Łukasza Muszyńskiego przeczytacie TUTAJ.


Przypadki w pustce (rec. filmu "Cud")

Gdyby zadać pytanie, kto jest najważniejszym obecnie kanadyjskim reżyserem, w odpowiedzi usłyszelibyśmy zapewne nazwiska Davida Cronenberga, Atoma Egoyana, Xaviera Dolana i Denisa Villeneuve'a. Lista ta nie będzie jednak kompletna bez dodanie jeszcze jednej osoby: Daniela Grou. Oglądając "Cud", można uznać powyższe stwierdzenia za przesadzone. Jednak "Cud", choć jest sam w sobie filmem dobrym i interesującym, to w dorobku Grou zajmuje zdecydowanie ostatnią pozycję.



"Cud" to historia człowieka i jego miejsca w świecie. Swój obraz reżyser buduje z kilku żywotów. Jest Étienne, młody Świadek Jehowy, który umiera na białaczkę ponieważ jego wiara uniemożliwia mu zgodzenie się na wymagane procedury ratowania życia. Jest jego młoda narzeczona, pracująca w szpitalu jako pielęgniarka. Widzimy wypalone małżeństwo i dwójkę starszych osób zachowujących się jak zakochane podlotki. Jest też mężczyzna, który przeganiany jest przez świat poczuciem winy i niemożnością zaakceptowania tego, co uczynił trzy lata wcześniej.

Ich drogi życiowe skrzyżują się w dramatycznym wydarzeniu. Ale nie ma to większego znaczenia. Bowiem nawet gdyby nigdy się nie spotkali, są ze sobą połączeni. Wszyscy są więźniami tego samego świata. A jest to miejsce okrutne. Każda radość, każdy moment szczęścia jest niczym więcej jak narkotyczną ucieczką w zapomnienie. Jednak prawdy nie da się na długo zagłuszyć: wszyscy ludzie są śmiertelni, wszyscy zginiemy. Różnica polega na tym jak. Część z nas zeżre cierpienie spowodowane wyczerpującą chorobą. Inni zginął z własnej ręki przegrywając walkę z codziennością. Jeszcze inni zginął w tragicznych okolicznościach, rażeni ciosem ślepego na wszystko losu. Wszyscy oni marzą o lepszym jutrze, czekają na cud, który wyniesie ich ponad okrucieństwo życia. Ale ten nie nadejdzie, bowiem jedynym cudem jest to, że znajdując się w szambie zwanym pieszczotliwie rzeczywistością, ludzie trwają w nim, walczą, czepiają się nadziei, a przede wszystkim wierzą, że ich decyzje mają znaczenie. Grou pokazuje, jak naiwne i śmieszne są ludzkie oczekiwania. Koniec został już dawno określony. I jest on dla wszystkich identyczny.



Tym, którzy nie znają wcześniejszej twórczości Grou, "Cud" może wydać się obrazem potwornym. Jest ziejącą czarną dziurą rozpaczy, odbiera nadzieję, pokazując, jak cieniutka jest warstewka iluzji, które pozwalają nam przetrwać kolejny dzień. Ten pesymistyczny absolut reżyser osiąga nie tylko tematem poruszanym w filmie, ale też formą. Całość składa się z bardzo statycznych ujęć i powolnych najazdów kamery. Niezależnie od tego, jak dramatyczne wydarzenia mają miejsce na ekranie, Grou ani razu nie zmienia tempa opowieści i nie przyspiesza. Ten pozorny spokój może budzić w widzach desperację poprzez narzucanie nihilistycznego poczucia, że nic nie można zrobić. Oglądając "Cud", chce się krzyknąć na bohaterów, na reżysera, by przerwali ten szalony krąg fatum. Ale decyzje filmowych postaci nic nie znaczą, a Grou pozostaje równie obojętny na pragnienia widzów, co Bóg na modlitwy bohaterów.

Całą recenzję Marcina Pietrzyka przeczytacie TUTAJ.
Udostępnij: