Relacja

30. WFF: Między gwiazdami a rynsztokiem

https://www.filmweb.pl/article/30.+WFF%3A+Mi%C4%99dzy+gwiazdami+a+rynsztokiem-107774
30. Warszawski Festiwal Filmowy rozpoczął pokaz najnowszego filmu Davida Cronenberga, "Mapy gwiazd", ze świetnymi rolami Julianne Moore, Mii Wasikowskiej i Roberta Pattinsona. Na imprezie zobaczyliśmy też "Brud" z Jamesem McAvoyem na podstawie powieści Irvine'a Welsha oraz "Szefa, anatomię przestępstwa" w reżyserii Sebastiána Schindela.



Spadające gwiazdy ("Mapy gwiazd", reż. David Cronenberg)
 
Nowy film Davida Cronenberga jest jak "Gracz" Roberta Altmana oglądany po grzybkach halucynogennych. Albo odwrotnie – jak remake "Mulholland Drive" Davida Lyncha nakręcony przez dokumentalistę. To jedna z najbardziej bezlitosnych satyr na Hollywood w historii kina i zarazem przejaskrawiony, kiczowaty portret rozpadu świata, w którym najważniejszą walutą jest kłamstwo. Rozgrywa się w znanej i lubianej cronenbergowskiej rzeczywistości – gdzieś pomiędzy koszmarnym snem a zaludnioną przez żyjących, myślących i krwawiących ludzi jawą. Zderzenie tych porządków widzimy już w czołówce, gdy nazwy kalifornijskich ulic zostają nałożone na fikcyjny gwiazdozbiór.  

Do Fabryki Snów przyjeżdżamy autokarem. Jedną z pasażerek jest skrywająca pod kapturem poparzoną twarz Agatha Weiss (Mia Wasikowska). Cel jej wizyty jest początkowo nieznany, może być dziewczyną z prowincji liczącą na szybką karierę, albo turystką wędrującą "gwiezdnym" szlakiem. Skutki jej obecności w Hollywood szybko będą jednak widoczne. Okaże się bowiem spoiwem łączącym odpychających, gnijących od środka bohaterów: małoletniego, uzależnionego od narkotyków gwiazdora Benjiego (Evan Bird), starzejącą się i ogrzewającą w blasku kariery tragicznie zmarłej matki diwę Havanę Segrand (Julianne Moore), marzącego o scenariopisarskiej karierze szofera Jeromiego (Robert Pattinson), a także rodziców Benjiego, żyjące w kazirodczym związku rodzeństwo (John Cusack i Olivia Williams). Moralna degeneracja postaci szybko otwiera drzwi do świata pozazmysłowego. Wzgórza Hollywood nawiedzają u Cronenberga duchy szczęściarzy, którzy szybciej przenieśli się na tamten świat. Żywych torturują dla zabawy, ale biorąc pod uwagę, jak cyniczne i zepsute są ich ofiary, kara wydaje się adekwatna do winy.  



Cronenberg rezygnuje w filmie z wielu swoich ukochanych motywów, ale z dwóch zrezygnować po prostu nie może, choćby artystyczne poszukiwania zabrały go w rejony tematycznie i stylistycznie odległe. To oczywiście satyryczne zacięcie oraz wątek rozpadu ciała, symbolizowany tu przez poparzoną, zabliźnioną skórę Agathy. Jako satyryk reżyser dociska pedał gazu i ani myśli zwalniać. Rozdaje ciosy na całej długości łańcucha pokarmowego. Drwi z języka bohaterów i z ich fałszywych póz, z całego systemu i z tworzących go jednostek, z libertyńskiego stylu życia i filmowego modelu produkcyjnego, podyktowanych marketingowymi względami aktów filantropii i kursów odnowy duchowej. Kiedy trzeba, sięga po prawdziwe nazwiska – dostaje się choćby szarej eminencji Harveyowi Weinsteinowi, a fabularną machinę w ruch puszcza Carrie Fisher. I choć z reguły idzie w barokową przesadę, to nigdy nie odgradza nas od ekranu niewidzialną szybą – do naszych emocji apeluje równie skutecznie co do popkulturowej erudycji (genialna jest scena, w której celebrująca śmierć dziecka rywalki z planu Julianne Moore odstawia obłędny taniec w rytm przeboju "Na, Na, Hey, Hey, Kiss Him, Goodbye" zespołu Steam). Jeszcze lepszy jest jako wnikliwy obserwator definiującej nas cielesności. Hollywoodzkie intrygi to u niego tylko część wielkiego festiwalu masek i póz. Każdy ma tu coś do ukrycia i każdy stara się ocalić swoją tajemnicę poprzez język ciała. Widać to zwłaszcza w wybitnych kreacjach Moore, Wasikowskiej i Birda, ale też w kolejnej po Reyu z "The Rover" Davida Michoda świetnej roli Roberta Pattinsona.

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ.

Tasiemce

Gotowi na "Nagi lunch" ze "Złym porucznikiem"? W karcie dań czekają kopce kokainy, półmiski psychotropów i cysterna whisky. Na liście gości znajdziecie bandziorów, rasistów, homofobów i amatorów brudnego seksu. Na czele wesołej gromady stoi sierżant Bruce Robertson – as edynburskiej policji, król nałogowców i cesarz wśród intrygantów zmierzający z prędkością światła ku samozagładzie. 



Choć fabularną oś "Brudu" wyznacza śledztwo w sprawie zabójstwa imigranta, reżyser Jon S. Baird ani myśli trzymać się gatunkowych ram kryminału. Nie pozwala mu na to główny bohater, który w przeciwieństwie do twardzieli z kina noir nie szuka odkupienia w walce ze złem. Bruce to nieprzejednany grzesznik. Policyjna odznaka stawia go ponad prawem, zaś nabyty z upływem lat cynizm dopinguje, by podburzać przeciwko sobie kolegów z pracy i bez oporów wykorzystywać jedynego przyjaciela. Każda wyciągnięta w stronę Bruce'a pomocna dłoń musi zostać zmiażdżona, a dobre słowo zbluzgane. Myślicie, że da się jeszcze wywabić brud z serca policjanta?

Film Bairda to przede wszystkim wszystkim wnikliwe studium uzależnienia. Reżyser do spółki z autorem literackiego pierwowzoru Irvine'em Welshem portretuje nałóg niczym tasiemca, który wykorzystuje ofiarę tak długo, aż wreszcie ją pożera. Bohater – jak każdy uzależniony – buduje wokół siebie mur iluzji dający złudne poczucie kontroli nad otoczeniem. Kiedy jednak kolejne cegły zaczynają pękać, rozpada się także osobowość Bruce'a. Sceny, w których zaglądamy w paszczę szaleństwa, to wizualna jazda bez trzymanki: makabrycznie zniekształcone głowy zwierząt, wizje orgii rodem z teledysków Freddiego Mercury'ego, wreszcie demoniczny Jim Broadbent z cyfrowo zmodulowanym głosem. Największym skarbem Bairda jest jednak James McAvoy, który kolejny raz po "Transie" udowadnia, że do twarzy mu z obłędem. Wilczy uśmiech i rozgorączkowane spojrzenie mówią o jego bohaterze więcej niż wszystkie jadowite (i skądinąd świetnie napisane) wewnętrzne monologi. Gdyby ktoś wpadł kiedyś na pomysł remake'u "Lokatora" Polańskiego, McAvoy byłby wymarzonym Trelkovskym.

Całą recenzję Łukasza Muszyńskiego przeczytacie TUTAJ.


Ćwiartowanie sprawiedliwości ("Szef, anatomia przestępstwa", reż. Sebastián Schindel)

"Szef, anatomia przestępstwa" wydaje się filmem dość niepozornym. Ot, kolejna opowieść o słabym człowieczku, którego niemal zniszczył cyniczny świat i ślepy wymiar osobowości. Za prostotą, wręcz surowością, obrazu kryje się jednak przerażająca wizja świata, która u niejednego widza wzbudzi paniczny lęk przed sklepami mięsnymi.



Wydarzenia opowiedziane w filmie miały miejsce w Argentynie naprawdę. Na potrzeby kina zmieniono jedynie imiona i niektóre sceny. Bohaterem opowieści jest Hermogenes. Wraz z żoną przyjeżdża do miasta z prowincji. Szuka lepiej płatnej pracy, by zadbać o swoją rodzinę. Jest człowiekiem cichym, uległym, ledwie potrafiącym się podpisać. Może więc wykonywać proste, fizyczne zadania (choć nie wszystkie). Jego naiwność i skłonność do przyjmowania submisywnej postawy sprawiły, że jest łatwym kąskiem dla bezwzględnego przedsiębiorcy. Tak zostaje mu powierzony sklep mięsny. Hermogenes początkowo pełen jest radości i nadziei na lepszą przyszłość. Nie widzi, że jest oszukiwany i wykorzystywany. Jego tak zwany szef, stosując taktykę "gotowania żaby", stopniowo wkręca go w coraz mroczniejsze praktyki polegające głównie na preparowaniu zepsutego mięsa tak, by sprawiało pozory świeżego, nadającego się do sprzedaży. Cierpliwość Hermogenesa ma jednak swoje granice i pewnego dnia po prostu pęka, doprowadzając do mordu. Obezwładniony poczuciem winy bohater nie próbuje się nawet bronić, stając się łakomym kąskiem dla wymiaru sprawiedliwości. Proces byłby szybki i zakończyłby się maksymalnie surowym wyrokiem. Byłby, gdyby nie pewien prawnik, któremu zostaje wciśnięta sprawa. Widząc, jaką ofiarą losu (i państwa, które powinno go było chronić) jest Hermogenes, adwokat nie może pozostać obojętnym...

Akcja "Szefa, anatomii przestępstwa" rozgrywa się dwutorowo. Z jednej strony mamy prezentację działań adwokata Hermogenesa, próby zrozumienia, kim jest jego klient, co mu się naprawdę przytrafiło i jak mu pomóc, skoro sam nie potrafi i nie chce tego zrobić. Z drugiej strony są retrospekcje, dzięki którym odkrywamy kulisy sprawy, bezwzględność szefa Hermogenesa i bierną akceptację sytuacji przez głównego bohatera. Rozbicie narracji na dwa plany czasowe miało zapewne sprawić, że "Szef, anatomia przestępstwa" w mniejszym stopniu będzie przypominać telewizyjne produkcje z cyklu "Dlaczego ja?". Jednak Sebastiánowi Schindelowi ten zabieg nie do końca się udał. Wątek prawnika, poza podkreśleniem obojętność systemu sądowego wobec stawiających się przed nim ludzi, nie wnosi nic istotnego do fabuły. Sceny te można w gruncie rzeczy uznać za kinowy odpowiednik przerwy na reklamę. Istotna i ciekawa jest jedynie ta część, w której oglądamy drogę Hermogenesa ku zbrodni.

Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, winny jest grający Hermogenesa Joaquín Furriel. Oszpecanie się, by wydobyć prawdziwy talent, nie jest tylko chwytem stosowanym przez aktorki. Furriel kompletnie odciął się od wizerunku przystojniaka, jaki zyskał występami w serialach telewizyjnych. Ale jego przemiana nie ograniczyła się do dobrze zastosowanej charakteryzacji. Dzięki dyscyplinie i pełnemu skupieniu, stał się Hermogenesem. Są w filmie sceny, w których wyłącznie oczami potrafi przekazać bezgraniczną wręcz bezradność jego bohatera wobec świata. Hermogenes należy do tego typu ludzi, którzy nie potrafią żyć w pełni samodzielnie, którzy potrzebują szefa, kogoś, kto nimi pokieruje, kto się nimi zaopiekuje. Jest ufny i wierzy, że jego lojalność zostanie nagrodzona. Choć jest bezradny, nie oznacza to, że jest bezbronny. Agresja, złość i urazy skrywa za pokorną postawą, ale tylko do czasu. O tym, że istnieją, możemy przekonać się obserwując jego zachowanie – perfekcyjnie odegrane przez Furriela. Przy tak doskonałym aktorze, który potrafi na swoim bohaterze skupić pełną uwagę widza, wszystkie próby przesunięcia go na drugi plan muszą zawieść. Z tego też powodu wątek prawnika wydaje się tak słaby, że wręcz niepotrzebny.

Całą recenzję Marcina Pietrzyka można przeczytać TUTAJ.
Udostępnij: