Relacja

BERLINALE 2015: Kobiety w różnym wieku

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2015%3A+Kobiety+w+r%C3%B3%C5%BCnym+wieku-109638
Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie otworzył "Nobody Wants the Night", najnowszy film Isabel Coixet, z Juliette Binoche i Rinko Kikuchi w rolach głównych. Niestety, zamiast eksplozji, po której napięcie powinno już tylko narastać, impreza rozpoczęła się falstartem. Na szczęście obejrzeliśmy też najnowszy film Polaka Marcina Malaszczaka, "Dni uciekają jak dzikie konie za wzgórza".

***

Jej życie bez niego (recenzja filmu "Nobody Wants the Night", reż. Isabel Coixet)

"Wiesz, jak nienawidzę czekać na ciebie ze stygnącym obiadem" mówi Juliette Binoche do otaczających ją zasp śnieżnych, do hulającego wiatru, do skrzypiącego i mrożącego białego bezmiaru. Oto niejaka Josephine Peary, kobieta, która zawędrowała na podbiegunowe tereny Kanady, prosto – jak to mówią Amerykanie – w "sam środek niczego", robiąca właśnie wyrzut mężowi. Mąż jednak raczej owych pretensji nie usłyszy; dookoła nie ma nie tylko ludzi, ale nawet zimnolubnych misiów polarnych. No ale jesteśmy jeszcze my, widzowie: ewidentnie niegodni zaufania ze strony reżyserki. Spokojnie. Isabel Coixet zadba, by żadna oczywistość się nie zmarnowała. Przy okazji zaprzepaści potencjał swojego projektu.


"Nobody Wants the Night" to przykład "her-story". Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, mówi nam Coixet; gdzie stawiają pomniki facetom, cierpią kobiety. Reżyserka przepisuje męską historię na kobiecą modłę, odsłania żeńskie zaplecze narracji o sukcesie kolejnego Wielkiego Człowieka, czytaj: Wielkiego Mężczyzny. Owym herosem jest Robert Edwin Peary, postać autentyczna, jeden ze zdobywców geograficznego bieguna północnego. Peary mimo swoich zasług jest wielkim nieobecnym filmu Coixet. Wiekopomne czyny podróżnika dokonują się gdzieś poza okiem kamery; w centrum jest natomiast jego żona. A Josephine nie widzi się w roli wiernej strażniczki domowego ogniska, nie ma zamiaru bezczynnie czekać na powrót ukochanego. I rusza w ślad za nim.

"Nobody Wants The Night" nie jest jednak prostą historią o feministycznym odzyskaniu pola walki. Tak, Peary to emancypantka, która czystą siłą woli realizuje swój cel, zwalczając wszelkie przeciwności. Ale przecież goni po prostu za facetem, co gorsza – nie bacząc na konsekwencje. W męskim świecie może i teoretycznie jest pariasem, ale nie znaczy to, że znajduje się na końcu łańcucha pokarmowego. Jest wyniosła i arogancka, przyzwyczajona do spełniania swoich zachcianek. Dla frajdy zabija niedźwiedzia, ekscytując się "niezwykłością" tego doświadczenia, zmusza kolejnych ludzi do ryzykowania życiem w wyprawie na kraniec świata i tak dalej. Kiedy wreszcie – po trupach – dociera do ostatniego przyczółka ludzkości, smutnej chatki pośrodku morza bieli, opowieść snuta przez Coixet staje się nagle alegorią starcia Zachodu ze Wschodem. Uprzywilejowana Josephine, w swoich sukniach, futrach, ciemnych okularach, z patefonem i laseczką stanie bowiem naprzeciw Innuitki imieniem Allaka (Rinko Kikuchi). Kontakt z dziecięco szczerą i naiwną dziewczyną będzie wyzwaniem dla punktu widzenia bohaterki, wyzwaniem dla kolonializmu, patriarchatu, Zachodu: są inne sposoby myślenia, mówienia, rozumienia.

Całą recenzję Jakuba Popieleckiego można przeczytać TUTAJ.


Z kobietą w roli głównej (recenzja filmu "Dni uciekają jak dzikie konie za wzgórza", reż. Marcin Malaszczak)
 
Drugi film Marcina Malaszczaka ("Sieniawka") zaczyna się jak typowa amerykańska niezależna produkcja. Na przemian wygłupiające się i dyskutujące o życiu dziewczyny są jak powidoki przyjaciółek z "Frances Ha" Noaha Baumbacha; czarno-białe, lekko ziarniste zdjęcia przypominają kręcone w latach osiemdziesiątych filmy Jima Jarmuscha. Malaszczak nie poprzestaje jednak na tym, co wydaje się nam oczywiste, dziś może trochę banalne. W kolejnych sekwencjach idzie kilka kroków dalej, ociera się o sztuki wizualne i dokument. Eksperymentuje z barwą. To artysta przesiąknięty obrazami, gatunkami i stylami. W filmie "Dni uciekają jak dzikie konie za wzgórza" tworzy z nich skromny kolaż z kobietami w roli głównej.


Malaszczak trzyma się chronologii – portretuje kolejno młodość, dojrzałość i jesień życia – tę pierwszą czyni domeną przeszłości, drugą traktuje jako etap przemiany (wtedy też czarno-białe obrazy nasiąkają barwami), nad trzecią pochyla się najdłużej. Echem odbijają się w niej wspomnienia "Sieniawki", w której debiutujący reżyser wszedł z kamerą do ośrodka dla nerwowo chorych starszych ludzi i cierpliwie przysłuchiwał się toczącym się rozmowom, podpatrywał reakcje. W "Dni uciekają jak dzikie konie…" przygląda się gestom kobiet znajdujących się na różnych życiowych etapach, przyłapanych w różnych miejscach i w odmiennych nastrojach. Stara się pokazać codzienność i intymność. Sprawia, że w pewnym momencie możemy się czuć nieco zagubieni. Albo na powrót zainteresowani – czujni, bo nagle niepewni, czy widzimy dojrzewanie jednej bohaterki granej przez kilka aktorek w różnym wieku, czy kilka postaci przeżywających osobne dramaty.

Film składa się z epizodów, zazębiających się fragmentów, rytuałów codzienności. Malaszczak zamyka je w ramach swoich kadrów, ale nie opisuje. Tworzenie narracji, której celem byłoby zespolenie obrazów, oddaje w ręce widzów. Wierzy, że publiczność dostrzeże subtelności, odkryje znaczenia, zrozumie nienachalną symbolikę. Dzięki paradokumentalnej poetyce udaje się Malaszczakowi zachować prostotę, zbliżyć do bohaterów i jednocześnie utrzymać dystans; przekonać nas, że nie patrzymy na fikcję, ale obserwujemy życie, które toczy się przed kamerą w sposób zupełnie niezaaranżowany. Tańczącej z przyjaciółkami Natalie (Natalie Warlow) zdarza się wychodzić poza ramy kadrów, Maria (Maria Christine Brehmer) woli, kiedy w ich centrum znajdują się dzieci. Tylko Stefania (Stefania Malec) dumnie siedzi za stołem i staje się bohaterką długich, nieruchomych ujęć.

Całą recenzję Anny Bielak można przeczytać TUTAJ.
Udostępnij: