Artykuł

Brzezińska o zepsutym Dorianie Grayu

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Brzezi%C5%84ska+o+zepsutym+Dorianie+Grayu-65548
Współczesny narcyz w wiktoriańskich dekoracjach

Oliver Parker, angielski reżyser i aktor, na swój reżyserski debiut przed piętnastoma laty wybrał Szekspirowskiego "Otella". Debiutancka adaptacja dramatu okazała się oryginalna i ciekawa. Po raz pierwszy w historii kina rolę tragicznego Maura kreował czarnoskóry aktor. Otello w wykonaniu Laurence’a Fishburne’a był zmysłowym kochankiem, jego fizyczność dodawała filmowi intensywnego realizmu. Otello Parkera i Fishburne’a to człowiek z krwi i kości, a nie manieryczny tragik z pomalowaną twarzą. Inne niż zwykle oblicze zaprezentował też filmowy Jagon, którego zagrał obdarzony sympatyczną powierzchownością Kenneth Branagh. Zamiast prostackiego, zawistnego cwaniaczka oglądaliśmy na ekranie człowieka statecznego, wzbudzającego zaufanie, choć przecież pozbawionego skrupułów… Parker rozegrał swego "Otella" w renesansowych dekoracjach, nieco teatralnego ale w żadnym razie papierowego. Debiut ten pokazał, że mamy do czynienia z filmowcem z potencjałem – ambitnym i odważnym. Lwie serce to jednak za mało. W zmaganiach z kinem warto mieć również wiele szczęścia, a Parkerowi tego szczęścia trochę brakuje... 


Rozpoczęty Szekspirem romans z dobrą literaturą nie okazał się przelotną miłostką, Parker zwrócił się wkrótce w kierunku innego klasyka literatury angielskiej – Oscara Wilde’a. "Idealny mąż" (1999) na podstawie sztuki Wilde’a okazał się filmem czarującym, ze świetnymi dialogami i humorem. Wilde, grany zresztą współcześnie bardzo często na deskach angielskich teatrów, przeniesienie na ekran zniósł nad wyraz dobrze. Błyskotliwe dialogi, świat podwójnej moralności pasujący również do współczesnych salonów politycznych i towarzyskich to łakomy kąsek dla realizatora. Do świetnego tekstu Parker dorzucił doborową obsadę, piękne kostiumy i dzieło gotowe, zrobione z niewymuszoną lekkością, jak spod ręki dobrego rzemieślnika. Nieco gorzej powiodło się reżyserowi z uważaną za najważniejszą sztukę Wilde’a "Bądźmy poważni na serio" (2002), choć i tu aktorzy dają z siebie wiele, Rupert Everett i Colin Firth są znakomici, i to dla nich w dużej mierze filmową adaptację się ogląda…


Ostatnie lata dla Parkera nie były udane, właściwie trudno wskazać godne uwagi przedsięwzięcia filmowe. Stąd, powrót reżysera do Wilde’a można było oczekiwać z dużymi nadziejami i interpretować jako próbę złapania realizatorskiej równowagi. Praca na sprawdzonym materiale minimalizuje przecież ryzyko porażki… Wybór "Portretu Doriana Graya" jako materiału na film było znów krokiem odważnym, może nawet nieco szaleńczym. Historia młodego człowieka, który zatraca się w smakowaniu mrocznej strony życia, opowieść o portrecie, na którym niczym za sprawą diabelskiej sztuczki odbijają się wszystkie złe uczynki i moralne występki młodzieńca, podczas gdy on sam wciąż jest piękny i młody – to wbrew pozorom nie są proste do filmowego adaptowania historie. Sztuka i moralność, piękno i brzydota, śmierć, głód życia, fascynacja i wstręt… Jak o tym wszystkim opowiedzieć, nie popadając w banał? Może najlepiej nie zaglądać za bardzo pod powierzchnię dzieła Wilde’a i zadowolić się wybranymi wątkami?


Cóż powiedzieć, Oliver Parker na motywach powieści nakręcił po prostu melodramatyczny horror. Lektura jego "Doriana Graya" przypomina trochę przejażdżkę tunelem strachów w lunaparku – jesteśmy trochę przestraszeni, lecz przecież wszystko mamy pod kontrolą, nic nas nie zaskakuje i czasem czujemy się zażenowani…  Reżyser proponuje co prawda, kilka interesujących tropów, próbuje uczynić swój film bogatszym w znaczenia, lecz te ciekawe elementy zostają przygniecione rekwizytami, nikną gdzieś w akcji… Warto jednak może wytężyć wzrok i wyłapać z tej antykwarycznej graciarni interesujące filmowe wątki, a jest ich co najmniej kilka. Na początek bohaterowie…

Trzej przyjaciele

W czarno-białym świecie Londynu wykreowanym przez Parkera, między światem eleganckich salonów a spelunami East Endu zdaje się dominować jeden wielki drapieżca, lew salonowy jakich mało – lord Henryk Wotton w kreacji Colina Firtha. Aktor właściwie kradnie całą uwagę widza, buduje postać znacznie bardziej złożoną niż tytułowy Dorian w kreacji Bena Barnesa. Jego kreacja to bodaj największa zaleta filmu. Wotton na przemian jest melancholijny i radośnie pewny siebie, bywa żałosnym pozerem, ale i prawdziwym filozofem, smakoszem życia i padlinożercą. Proponuje Dorianowi skosztowanie wszelkich zakazanych owoców, egzystencji bez zasad podporządkowanej przyjemnościom i z początku nie zdaje sobie sprawy, że budzi potwora. Gdy zaczyna być świadom powagi sytuacji, jego postać zyskuje, staje się coraz bardziej interesująca… Dorian Gray jest z kolei dziecinny i bezradny. Mimo upływu lat jest dzieckiem, które na domiar złego stało się rozkapryszone, złośliwe i podłe. Interesująca, delikatna męska uroda Barnesa starcza za całą charakterystykę postaci. Czar, który roztacza Dorian Gray, jest czysto fizyczny, być może dlatego młody aktor nawet nie próbuje pokazać przemiany swego bohatera, prezentując go schematycznie, zaledwie w kilku odcieniach emocji. Uwielbienie dla własnej powierzchowności, zadowolenie płynące z odporności ciała na działanie czasu i zasobność portfela uwalniająca od odpowiedzialności uczyniły z młodego człowieka kogoś podobnego pustej lalce. Dorian Barnesa jest niepoprawnym, rozbrykanym hedonistą, potwornym dzieckiem w skorupie męskiego ciała.


Trzeci w tym trójkącie to malarz, autor nieszczęsnego portretu – Bazyli Hallward, ten "biedny Bazyli!". W filmie kreuje go Ben Chaplin z rezerwą i tłumioną erotyczną fascynacją młodym, przystojnym Dorianem. Ta słabość niemal obezwładnia go fizycznie, lecz jest zbyt rozsądny i zakłopotany, by cokolwiek zdziałać w delikatnej uczuciowej materii. Ponadto, wciąż ustępuje Henrykowi w potyczkach o względy młodego przyjaciela… Wzrok chłopaka coraz częściej pada na Henryka niż na Bazylego. Ach, biedny Bazyli… Pomiędzy tymi trzema, ciekawymi mimo skrótowej charakterystyki, bohaterami rozgrywa Parker swoją opowieść podwójną – o zepsutym młodzieńcu i portrecie z duszą. Dwoistości jest tu zresztą więcej. Londyn z czasów wiktoriańskich jest miastem o dwóch twarzach – bandyckiej, podziemnej (East End w kostiumowej, ostentacyjnie konwencjonalnej – przez co drażniącej – wiktoriańskiej inscenizacji) oraz eleganckiej, tożsamej z salonami towarzyskimi, rezydencjami i reprezentacyjnymi ulicami. Główny bohater również prowadzi podwójne życie w stylu doktora Jekylla i pana Hyde’a, w nocy oddaje się wszelkim uciechom i wybrykom, za dnia bryluje na salonach i w gronie przyjaciół…


Spojrzenie, lustro i pozory

Na swój sposób podwójne okazują się również spojrzenia, u Parkera rzadko patrzy się ot tak, przed siebie. Spojrzenie zawsze zostaje odwzajemnione, odbite. Dorian patrzy na siebie samego i równie często oglądany jest przez innych. Spojrzenie tak blisko związane z lustrem i obrazem wydaje się tu najciekawszą filmową ścieżką. Obserwując Bazylego podczas pracy nad portretem, widzimy jasno realizatorską sugestię – malowane oko prowadzi w stronę licznych spojrzeń. Bazyli patrzy na Doriana, Henryk spogląda na ich obu, w końcu młodzieniec patrzy na siebie samego na malarskim płótnie. "Tak wyglądam?" – dziwi się filmowy Dorian (ten literacki w tym momencie milczy) i przygląda się sobie z przyjemnością – tak jakby przeglądał się w lustrze. Luster jest zresztą u Parkera całe mnóstwo, warto na to też zwrócić uwagę. Jest jedno w garderobie pierwszej miłości Doriana, aktorki Sybil i co najmniej kilka w jego własnym domostwie, papierośnica pełni nie raz rolę lustra, stłuczone zwierciadło kurzy się na poddaszu… Lustro jest jak medium i prezentuje szczególne obrazy. Rzeczy, ciała oglądane w lustrze są niematerialne, choć przecież mają swój konkretny, cielesny kształt. Postać Doriana jest metaforą pewnego paradoksu – jego portret wydaje się symbolizować ucieczkę od ciała i jednoczesne uzależnienie od cielesności. Stąd już tylko krok do kolejnego elementu bardzo mocno w filmie akcentowanego – ciała i cielesnych przyjemności. Filmowy Dorian Gray wydaje się smakować przede wszystkim rozkosze ciała i jakby dla podtrzymania podniety i większej satysfakcji, niejako post factum sprawdza stan swego "fantomatycznego ciała" na portrecie. Obserwacja postępującego rozkładu jest równie fascynująca co doświadczenie jego przyczyn.


Mężczyzna przypomina trochę współczesnego celebrytę skoncentrowanego na nieustannej kontroli własnego wyglądu i zachowania. Dorian w interpretacji Olivera Parkera jest modny, rozchwytywany i uwielbiany za to, że po prostu "jest" i "wygląda". Uzależnienie od spojrzenia, pogoń za niematerialnymi ciałami budzącymi podziw, zmysłowe, wstydliwe przyjemności, pragnienie poczucia doświadczania świata bez granic – to w końcu nie tylko słabości bohatera powieści Wilde’a. Można pokusić się o stwierdzenie, że wynalazek kinematografu nieco te przyjemności upowszechnił. Tym bardziej, że nowe kino "po kinie" coraz częściej bywa czymś "bardziej" niż kino. Portret namalowany przez Bazylego jest również lepszy, intensywniejszy niż oryginał...

"Dorian Gray" Parkera nawet, jeśli nie sprawdza się specjalnie jako film gatunkowy ani jako bardzo dobra adaptacja dzieła literackiego, to trochę prowokuje do zabaw interpretacyjnych. Jak można jeszcze próbować rozumieć postawę młodzieńca wpatrzonego w swój malarski wizerunek, niczym w lustrzane odbicie? Może ten filmowy bohater jest metaforyczną figurą dziecka, które dostrzega po raz pierwszy w lustrzanej tafli swoją postać i to ona kształtuje jego wyobrażenie o sobie samym raz na zawsze? W końcu być może nie bez przyczyny portret Doriana, lustrzane odwzorowanie młodego mężczyzny, zawisł naprzeciwko portretu dziadka, który zastępował młodzieńcowi ojca. Czy nie jest tak, że Parker nieustannie naprowadza widzów na ten "dziecięcy" i psychoanalityczny trop? Czy nie za dużo w filmie retrospektywnych scen przywołujących traumatyczne dzieciństwo bohatera? W jakim celu? Może zatem angielski reżyser ma większe poczucie humoru, niż by się wydawało, i bawi się "Dorianem Grayem" oraz całą swoją wiktoriańską rupieciarnią. I może nieco szelmowsku puszcza oko do widza – "uważaj, to tylko żonglerka znanymi motywami, zabawa, pozór pozoru, zmysły cię mylą i sztuka cię zwodzi". Nawet, jeśli film oferuje tylko pozory intelektualnej gry, to przyjemności zerkania i szukania sensów odmówić sobie trudno, mimo wszystko...
Udostępnij: