Relacja

CANNES 2014: Księżna klasy B

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2014%3A+Ksi%C4%99%C5%BCna+klasy+B-104892
Canneńska publiczność nie była łaskawa dla filmu otwarcia – długo oczekiwanej "Grace księżnej Monako". Film Oliviera Dahana wygwizdano, ale czy na pewno był aż tak zły? Sprawdźcie w naszej recenzji.



Miała być ekspresowa winda po Oscary, a są schody. Zaczęło się od scenariusza z prestiżowej Czarnej Listy – zestawienia najlepszych, niezrealizowanych dotąd w Hollywood tekstów. Potem było już tylko gorzej. Najpierw nad filmem o Grace Kelly zawisły nożyce Harveya Weinsteina, co zaowocowało klinczem między producentem a francuskim reżyserem Olivierem Dahanem ("Niczego nie żałuję - Edith Piaf"), później swoje trzy grosze wtrąciła niezadowolona rodzina królewska z Monako. Wreszcie, Nicole Kidman zrobiła dobrą minę do złej gry na łamach francuskiej prasy, a konflikt twórców zaczął przypominać publiczną chłostę. Efekt jest dokładnie taki, jakiego można było się spodziewać: "Grace księżna Monaco" to film banalny i kiepsko sfastrygowany, który może nadawałby się do telewizji, gdyby telewizja dawno temu nie rzuciła kinu rękawicy.



Filmową Kelly poznajemy w momencie, gdy już bez mapy porusza się po książęcych włościach, a media wciąż zamieniają jej małżeństwo z Rainierem III w urzeczywistnioną baśń. Oczywiście, bajka szybko się kończy: służba konspiruje i patrzy spode łba, lud jest niezadowolony, zaś na horyzoncie pojawia się widmo konfliktu Rainiera z prezydentem De Gaulle'em, któremu nie podoba się emigracja Francuzów do podatkowego raju. Rozdarta między politycznymi interesami a potrzebą osobistego spełnienia Kelly musi podjąć trudną decyzję: zagrać kolejną, najważniejszą w życiu rolę żony księżnej i matki następców tronu czy odpuścić i, licząc się z konsekwencjami, wrócić do Hollywood na plan "Marnie" Hitchcocka? Fakty mieszają się tu z autorską, podkoloryzowaną wizją, zwieńczoną płomienną przemową Kelly – już reedukowanej, wyćwiczonej w języku francuskim, etykiecie i szykownym chodzie – w trakcie balu na cześć Czerwonego Krzyża.



Brzmi to wszystko bardzo ciekawie, tyle że temat, który powinien mieć na ekranie odpowiednią wagę, rozpływa się błyskawicznie w mdłej konwencji. Starty na proch przez hollywoodzką machinę reżyser ma poważne problemy ze znalezieniem odpowiedniego tonu dla swojej produkcji. Przeskakuje bez ładu i składu pomiędzy kolejnymi gatunkami, łącząc wątek szpiegowsko-kryminalny z politycznym teatrzykiem, splatając klasyczny melodramat z kiczowatą fantazją na temat fasadowego życia wyższych sfer (tak, tak, wypatrujcie w filmie metaforycznej sceny ścierania makijażu). Niestety, Dahanowi brakuje narracyjnej biegłości, by te odległe punkty połączyć – poszczególne sceny sprawiają wrażenie oderwanych od siebie, a nagłe zmiany nastroju niczemu nie służą. Nachalna, wyręczająca emocje widza muzyka tylko podkreśla tę stylistyczną impotencję. Dość powiedzieć, że popisowym numerem twórcy jest frontalne filmowanie kroczącej z dumą, rozdającej uśmiechy Kidman.

Całą recenzję Michała Walkiewicza przeczytacie TUTAJ.
Udostępnij: