Artykuł

CANNES 2015: Kontrakt na miłość

Filmweb / autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2015%3A+Kontrakt+na+mi%C5%82o%C5%9B%C4%87-111494
Festiwal jest już na półmetku, a my nadrabiamy konkursowe zaległości. Michał Walkiewicz pisze o "The Lobster" z Colinem Farrellem, Leą Seydoux i Rachel Weisz – anglojęzycznym debiucie twórcy "Kła" oraz "Alp", Giorgosa Lanthimosa. Marcin Stachowicz z kolei chwali "Syna Szawła" w reżyserii László Nemesa – największą niespodziankę tegorocznego wyścigu o Złotą Palmę.

Homar na gorzko (rec. filmu "The Lobster" w reż. Giorgosa Lanthimosa)

Pierwszy film Giorgosa Lanthimosa, "Kieł", opowiadał o rozpadzie języka prowadzącym do rozpadu świata; o tym, że odrywając słowa od ich znaczenia, tworzymy nową, niebezpieczną rzeczywistość. W "The Lobster" – anglojęzycznym debiucie Greka – ten trop powraca w zaskakującej wariacji. Spoza kadru płynie niepotrzebna, łopatologiczna narracja – krąży legenda, że została wymuszona przez zatroskanych o potencjał intelektualny widowni producentów. Ale nawet jeśli w tych plotkach jest ziarno prawdy, tym donośniej wybrzmiewa credo filmu: miłość, samotność i okrucieństwo to tylko językowe konstrukty, którym sami nadajemy znaczenie.


Podobnie jak w "Kle" oraz "Alpach", Lanthimos przygląda się niemal laboratoryjnej sytuacji. Jest odcięta od cywilizacji grupa ludzi, są precyzyjnie skodyfikowane zasady i surowe kary, wreszcie – nieprzenikniony, przynoszący cierpienie świat na zewnątrz. Akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, w której samotnicy wyrzucani są na margines życia społecznego. Kto traci swoją połówkę, musi zameldować się w hotelu prowadzonym przez ekscentryczne małżeństwo. Na miejscu wybiera, w jakie zwierzę chciałby zostać zamieniony na koniec pobytu i jeśli w ciągu pięciu tygodni nie znajdzie partnera, ulega transformacji. Mieszkańcy hotelu polują na buntowników, ukrywających się w okolicznych lasach, spędzają czas na dziwacznych ćwiczeniach fizyczno-duchowych i trenują się w sztuce godowego tańca. Oczywiście jest alternatywa: życie w lesie, w którym komuna samotników-partyzantów pozwala czytać książki i spokojnie się masturbować, lecz kastruje za seks, a za flirt obcina usta. Zamienił stryjek siekierkę na kijek.

Główny bohater, David (Colin Farrell), próbuje nadążyć za hotelową etykietą, ale na przeszkodzie stają mu emocje. Pozostawiony przez żonę, chciałby pokochać naprawdę. Jego odyseja w poszukiwaniu miłości utrzymana jest w tonacji absurdalnej tragifarsy. Ta konwencja ustanowiona zostaje już w prologu, gdy spytany przy meldunku o orientację seksualną bohater nie może "poszerzyć" swoich szans na przetrwanie i wybrać biseksualizmu.


Całą recenzję Michała Walkiewicza znajdziecie TUTAJ.


Piekło naturalizmu (rec. filmu "Syn Szawła" w reż. László Nemesa)

Wąski, ciemny kadr – na pierwszym planie kontury drzwi formują drugą ramę. W oddali majaczą niewyraźne postaci, zaś abstrakcyjną kompozycję dopełnia unosząca się nad sceną chmura białego dymu. Jeśli przyjrzymy się zdjęciu uważniej, szybko dostrzeżemy, że drobne ludzkie figurki kluczą między stosami zwłok – to członkowie Sonderkommando z obozu Auschwitz-Birkenau palą ciała zamordowanych Żydów. Fotografia jest jednym z niewielu zachowanych wizualnych dokumentów Zagłady.


Fabularny debiut László Nemesa – pokazywany w canneńskim Konkursie Głównym "Syn Szawła" – świadomie odnosi się do przywołanej wyżej minimalistycznej estetyki zdjęć obozowych – ciasne kadry, kamera za plecami bohatera, operowanie światłocieniem, dynamiczny ruch. Powiedzmy to otwarcie – Węgier zdecydował się na zbudowanie realistycznego obrazu tego, co przez lata uchodziło za nieprzedstawialne. Nakręcił film bezkompromisowy i kontrowersyjny, który na pewno ożywi debatę dotyczącą sposobów (i słuszności) przedstawiania Zagłady w kinie. Nie dostajemy w "Synu Szawła" prostej pophistorii jak w "Liście Schindlera" czy serialu "Holocaust". Nie ma tutaj także łatwo rozpoznawalnych klisz "dobrego Niemca" czy "bezwzględnego kapo". Węgier wybrał drastyczny naturalizm, pierwszoosobową perspektywę i strategię bolesnego "wrzucenia" widza w piekielną rzeczywistość obozu. Innymi słowy – nie poszedł na żaden kompromis, w efekcie czego jego debiut to wyjątkowo czyste, mocne kino. Jedyna wątpliwość, która pozostaje po seansie, to ta dotycząca wymiaru etycznego – czy w kontekście Holocaustu można sobie pozwolić na tak daleko idącą dosłowność?  

W kinematograficznej "czystości" "Syna Szawła" widać wpływy Beli Tarra, u którego Nemes w swoim czasie terminował – nie tyle w kontekście oszczędność inscenizacyjnej, bo film ma prawdziwy rozmach i wiele "epickich" momentów, co raczej wiary w obraz jako autonomiczny środek wyrazu. Obok redukcji dialogów Nemes posłużył się podobną techniką, co Inarritu"Birdmanie" – ułudą kręcenia na jednym ujęciu, bez cięć, w niesamowicie dynamicznej poetyce gry FPP. W kontraście do emocjonującego prowadzenia narracji dostajemy za to mocno minimalistyczny szkielet fabularny. Główny bohater, węgierski Żyd Szaweł, członek komanda obsługującego komory gazowe w Auschwitz-Birkenau, w trakcie pracy jest świadkiem śmierci małoletniego chłopca. W nie do końca jasnym odruchu miłosierdzia (Szaweł twierdzi, że chłopak jest jego synem) mężczyzna kradnie zwłoki i zamierza je pochować z zachowaniem wszystkich zasad obrządku żydowskiego. Do tego potrzebny jest mu jednak rabin – żeby go odnaleźć, bohater narazi życie swoje i swoich współtowarzyszy, złamie każdą możliwą obozową zasadę i przemierzy wszystkie kręgi piekła. Krótko i na temat.

Fabuła ma tu zresztą charakter pretekstu – Nemesowi bardziej chodzi o zaprezentowanie nowej, eksperymentalnej formy filmu obozowego, bardziej otwartej i dosłownej rekonstrukcji.

Całą recenzję Marcina Stachowicza znajdziecie TUTAJ.