Relacja

CANNES 2019: Flower Power

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2019%3A+Flower+Power-133163
Uczestnicy wyścigu o Złotą Palmę są już na półmetku. A Michał Walkiewicz recenzuje kolejne konkursowe propozycje – thriller "Little Joe" w reżyserii Jessiki Hausner ("Lourdes"), a także chińskiego kandydata do najważniejszej nagrody – "Wild Goose Lake" ("Nan Fang Che Zhan De Ju Hui") w reżyserii zwycięzcy Berlinale ("Czarny węgiel, kruchy lód") Yi'nan Diao

***
 
Kwiaty zła, rec. filmu "Little Joe", reż. Jessica Hausner

Przyjmuję zakłady: o czym jest najnowszy film Jessiki Hausner? Podpowiadam, że trzy poprzednie opowiadały kolejno o: niemożliwym uczuciu pomiędzy nastolatką a podstarzałym kierowcą autobusu, naturze katolickiej wiary symbolizowanej przez sanktuarium maryjne w Loudres, a także o weltschmerzu romantycznego poety i oficera armii pruskiej Henricha von Kleista. Jakieś pomysły? Tak myślałem. 


Skoro już się poddaliście, spieszę z odpowiedzią: "Little Joe", anglojęzyczny debiut Austriaczki, to arthouseowy remake "Dnia Tryfidów" o genetycznie zmutowanych roślinach zamieniających ludzi w bezwolne zombie. I nie ma się co śmiać, gdyż wszystko jest w nim na serio. Już w pierwszych ujęciach kamera skrada się pomiędzy grządkami w futurystycznym laboratorium – kwiatki wyglądają niczym mała żarłoczna armia gotowa na podbój świata. Odpowiednio pielęgnowane, przypominają trochę rosiczki z fluorescencyjnymi, karmazynowymi mackami, zaś w oczach ambitnej pani naukowiec (znana z "Ave, Cezar!" Emily Beecham) są lekiem na całe zło współczesności. Otóż dzięki precyzyjnej genetycznej modyfikacji, wydzielają odpowiednią ilość oksytocyny, by zmieniać zachowanie ludzi i w konsekwencji wprowadzić ich w stan obezwładniającego szczęścia. A jako że akcent w tym zdaniu pada na przymiotnik "obezwładniający", sytuacja błyskawicznie wymyka się spod kontroli.    

Nawet jeśli po wyjściu z kina zechcecie podlewać domową florę w gumofilcach i rękawicach ochronnych, Austriaczka pozostaje zbyt świadomą reżyserką, by zadowolić się ciarkami na naszych plecach. Jej film to po części przestroga przed zgubnymi skutkami zabawy w Boga, po części empatyczna diagnoza ludzkości cierpiącej na chroniczną depresję, momentami zaś – zamaszysta metafora cywilizacyjnego impasu. Dzięki aseptycznej fakturze obrazu, bijących chłodem zdjęciom Martina Gschlachta, dziwacznej arytmii dialogów oraz niepokojącej muzyce awangardowego japońskiego kompozytora Teijiego Ito (nieżyjący od paru dekad artysta współpracował m.in. z Mayą Deren, co sporo tłumaczy), całość ma swój unikalny klimat – raczej surrealistyczny, niż straszny, lecz na pewno zgodny z zasadą decorum. 

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ



***


Kraina cieni, rec. filmu "Wild Goose Lake", reż. Yi'nan Diao 

Opromieniony sławą laureata Złotego Niedźwiedzia za neo-noirowy kryminał "Czarny węgiel, kruchy lód" Chińczyk Yi'nan Diao powraca po pięciu latach z nowym filmem. To kolejna zwrotka smętnej pieśni o mężczyznach po przejściach, kobietach z przeszłością oraz o miejscu, do którego po śmierci trafiają duchy Chandlera, Melvillea i spółki. Węgiel jest tam coraz czarniejszy, a lód – jeszcze kruchszy.  


Parę głównych bohaterów poznajemy, jakżeby inaczej, w strugach ulewnego deszczu. Chwilę później, jakżeby inaczej, mrok nocnego miasta rozjaśnia żar papierosa. On (Hu Ge), herszt lokalnego gangu, zastrzelił omyłkowo policjanta i teraz musi brać nogi za pas. Ona (Gwei Lun-Mei), miejscowa dama do towarzystwa, ma zapewnić mu bezpieczny odwrót poza granicę patrolowanej strefy. Oczywiście, nic nie jest tym, czym się wydaje. A przynajmniej przestaje takim być, gdy na scenę wkraczają: była żona mężczyzny, łowcy nagród skuszeni pokaźną sumą oraz specjalna jednostka policyjna oddelegowana do schwytania bohatera. Demony przeszłości przybierają tu całkiem dosłowną formę cienia – Diao uwielbia filmować bohaterów tak, by ów cień zdawał się żyć własnym życiem. 

Stawka jest wysoka: miłość to tylko wierzchołek góry lodowej, chodzi też o żal za grzechy, zemstę, ocalenie godności, a także imperatyw bycia przyzwoitym człowiekiem w nieprzyzwoitym świecie. Diao zaczyna swój film nostalgiczną nutą, kojarzącą się trochę z gangstersko-miejskimi impresjami Wong-Kar Waia w rodzaju "Upadłych aniołów". Z biegiem czasu podbija jednak cenę, którą bohaterowie będą musieli zapłacić za brzemienne w skutkach decyzje i coraz mocniej krępuje ich ruchy. Bez względu na to, czy mówi językiem mrocznego kina akcji (jedna ze scen śmierci to "Oszukać przeznaczenie" w wersji arthouse, polecam), melodramatu czy czarnego kryminału, wplata elementy dramatyczne w doskonale nakreślony, społeczny kontekst. Rzecz dzieje się nad tytułowym Jeziorem Dzikiej Gęsi, w zamkniętej, rządzonej przez mafię enklawie biedoty. I choć Diao nie jest tak radykalnym krytykiem chińskiego establishmentu jak choćby jego rodak Jia Zhangke ("Nawet góry przeminą", "Dotyk zła"), społecznikowskie intencje pozostają transparentne: to film o ofiarach, a nie o sprawcach. 

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ



Udostępnij: