Relacja

CANNES 2019: Ostra amunicja

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2019%3A+Ostra+amunicja-133103
Na Lazurowym Wybrzeżu obejrzeliśmy wczoraj pierwsze konkursowe propozycje. Michał Walkiewicz wybrał się na "Les Miserables" (reż. Ladj Ly), czyli "Dzień próby" na paryskich przedmieściach. Zobaczył też nowy film twórcy wybitnego "Aquariusa" oraz "Sąsiedzkich dźwięków", Brazylijczyka Klebera Mendonca Fliho – współreżyserowany z Juliano Dornellesem "Bacurau". 

***

Ulice nędzy, rec. filmu "Les Miserables", reż. Ladj Ly

Paryż płonie. Nawet jeśli nie palą się samochody, a ogień nie trawi sklepowych witryn, bulgocze krew w ludzkich żyłach, a serca zajmuje nienawiść. Adaptując własną krótkometrażówkę sprzed dwóch lat, debiutujący za kamerą aktor Ladj Ly robi wystarczająco dużo, by oddać atmosferę miasta oraz społeczeństwa na krawędzi implozji. A także zbyt mało, by pogodzić napędzane testosteronem kino akcji z przekonującym, społecznym komentarzem. 


Pamiętacie "Dzień próby"? Ten film, w którym oscarowy Denzel Washington obwoził nieopierzonego Ethana Hawkea po Los Angeles i wbrew swoim niecnym intencjom hartował jego moralny kręgosłup? "Les Miserables" to trochę jego francuski remake, w którym "Nędznicy" Victora Hugo służą co najwyżej za Wielką Księgę Cytatów ("myli się ten, kto myśli, że zły los może się wyczerpać" – nawet, jeśli inny passus jest kodą opowieści, to ten również się nada). Jest więc nowy, idealistyczny policjant w wydziale, dwóch cynicznych wyjadaczy, a także feralny dzień, który sprawi, że wszyscy będą mogli się przejrzeć w sobie niczym w lustrze. W tle Paryż jak z horroru: betonowy labirynt podzielony na strefy wpływów, tereny rywalizacji, poligony rasistowskich ataków oraz azyle dla ofiar kolejnych starć. Ile potrzeba, by karuzela przemocy rozkręciła się na dobre? Uwaga, spoiler: niewiele. 

Ly ma oko do środowiskowego detalu i w efektowny sposób kreśli specyfikę kolejnych kręgów paryskiego piekła. "Pazur" kina społecznego ma u niego bezpośredni związek z formą: rozedrgana kamera trzyma się blisko bohaterów, operator wisi policjantom na plecach i zagląda im w oczy, zaś wszystkie sekwencje przepychanek, zamieszek i konfliktów rozegrane są przy eskalujących, niskich dźwiękach. Dramaturgicznie całość też jest bez zarzutu: podjazdowa wojenka żółtodzioba z agresywnym samcem alfa ma odpowiednią temperaturę, wątek wplątanych w policyjne sprawki dzieciaków sprawdza się jako kontrapunkt, z kolei momenty wyciszenia są zazwyczaj prologiem do scen chwytających za gardło. 

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ

***

Miejsce na Ziemi, rec. filmu "Bacurau", reż. Kleber Mendonca Fliho i Juliano Dornelles

Jak na byłego krytyka filmowego, Kleber Mendonca Fliho zaskakująco dobrze rozumie, że kino bywa czymś więcej niż sumą swoich składników. W jego "Sąsiedzkich dźwiękach" na gruncie dramatu społecznego pączkuje autentyczna, egzystencjalna groza – o ile tylko miejska kakofonia wywołuje w nas podobny rodzaj niepokoju. W doskonałym "Aquariusie" opowieść o tym, jak pracuje pamięć, odwołuje się z kolei do naszej ulotnej sensualności – wiele zależy od tego, w jakim nastroju wchodzimy na salę kinową. Współreżyserowany ze scenografem Juliano Dornellesem "Bacurau" też ma w sobie podobny rodzaj magii – poczujecie go zwłaszcza, jeśli kolektyw i wspólnota są dla Was najwyższymi wartościami. 


Akcja rozgrywa się w tytułowej, fikcyjnej wiosce, ograniczającej się do paru ulic i kilkuset mieszkańców, lecz stanowiącej na ekranie kwintesencję regionu Pernambuco. W głąb ojczystej ziemi reżyserów, odwiedzanej przez nich w każdym filmie, kamera spływa z okołoziemskiej orbity – pierwsze ujęcia filmu przydają wyjałowionym krajobrazom niezwykłości, sugerują, że być może mamy do czynienia z miejscem o magicznej proweniencji oraz wydarzeniami o kosmicznej wadze. Kiedy po długim, 94-letnim życiu ze światem żegna się duchowa przywódczyni lokalnej społeczności, we wsi rozpoczyna się festiwal cudów: telefony tracą zasięg, zwierzęta są niespokojne, satelity wariują, a Bacurau dosłownie znika z mapy świata. Boska interwencja? Kosmici? Duch troskliwej matrony? A może czysty przypadek?

Fliho i Dornelles celowo zwlekają z odpowiedzią na to pytanie. Chętnie za to zajmują się podglądaniem miejscowych zwyczajów oraz budowaniem atmosfery z pogranicza dokumentu oraz magicznego realizmu: znalazło się tu miejsce zarówno na podszytą metafizyką społeczną panoramę, jak i na kilka świetnie rozegranych, indywidualnych wątków (oglądanie w akcji weteranki brazylijskiego kina Soni Bragi to wciąż czysta przyjemność).

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ



Udostępnij: