Artykuł

Krecia robota

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Krecia+robota-76410
Kryptonimy, agenci, donosy. Temat teczek, peerelowskich esbeków czy konfidentów pojawia się w polskim kinie stosunkowo często. Chodzi o nierozliczone sprawy, nieczyste sumienia albo obronę tak zwanej "grubej kreski" proklamowanej przez pierwszy niekomunistyczny rząd pod wodzą Tadeusza Mazowieckiego. Ile filmów, tyle rozwiązań. 

PRZESZŁOŚĆ JEST BRZYDKA

Jednym z wielu zarzutów powtarzanych często pod adresem polskiego kina było przeświadczenie, że rodzimi filmowcy nie potrafią sensownie opowiadać o peerelowskiej przeszłości. Ostatnie lata w żaden sposób nie potwierdzają tej reguły. Wchodzący na ekrany "Kret" Rafaela Lewandowskiego wpisuje się w zestaw tytułów, które z mniejszym lub większym powodzeniem rozliczają się z tematem lustracji. To, z jednej strony, "Rysa" Michała Rosy, "Korowód" Jerzego Stuhra czy "Zwerbowana miłość" Tadeusza Króla, z drugiej "Enen" Feliksa Falka, "Uwikłanie" Jacka Bromskiego, "Różyczka" Jana Kidawy-Błońskiego czy "Gry uliczne" Krzysztofa Krauzego. Temat jest szeroki, aktualny również w innych wschodnioeuropejskich kinematografiach – warto w tym kontekście wspomnieć chociażby niemieckie "Życie na podsłuchu" i "Czeski błąd".

    

W filmach o "teczkach" oskarżani są prawie wszyscy i nikt nie jest do końca oskarżony. Podobnie jak w polityce, problem najczęściej rozmywa się w różnej klasy metaforach i rozwiązaniach formalnych. W "Uwikłaniu" były to folderowe widokówki na Kościół Mariacki, w "Rysie" kompletnie zgrany muzyczny temat "Gonossienne" Erica Satiego, a w "Krecie" niemądre zakończenie rodem z trzeciorzędnego thrillera. Jednak upraszczając, zasadniczo chodzi o dwie przeciwstawne opcje w postrzeganiu problemu lustracji. Dla zorientowanej prawicowo elity politycznej temat dostępu do teczek przez wiele lat był dyżurnym instrumentem walki z pozostałą częścią współrządzących. W ten sposób uosabiana z PiS i organizacjami katolickimi prawica polemizowała – chociaż to zbyt łagodne określenie – z lewicą oraz partiami o profilu centrowym i liberalnym.

Temat wracał jednak również niezależnie od polityki. Timothy Garton Ash, wybitny politolog, profesor studiów europejskich na Uniwersytecie Oksfordzkim, autor wstrząsającej pracy "Teczka. Historia osobista" o lustracji w byłej NRD, zwraca uwagę na podział generacyjny: wielu najgorliwszych orędowników ustawy lustracyjnej to trzydziestolatkowie i ludzie tuż po czterdziestce: pokolenie '89.

Po 1989 roku większość przywódców lewicowo-liberalnego skrzydła "Solidarności" wysuwała argumenty przeciwko lustracji. Adam Michnik pisał w "Gazecie Wyborczej" o "hiszpańskiej drodze zapominania krzywd". Ale PRL nie przypominał Hiszpanii pod rządami Franco. Cudu niepamięci nie udało się powtórzyć. Timothy Garton Ash konkluduje: "W każdym kraju, który musi się uporać z brzydką przeszłością, przeszłość nadal straszy w codziennej polityce". Odbicie tych strachów znajdziemy również w kinie.

OTO JEST GŁOWA ZDRAJCY

Podstawowym tematem nurtującym reżyserów podejmujących temat lustracji jest kwestia konsekwencji za dawno popełnione czyny. Bohater / bohaterka podpisali niegdyś lojalkę. Być może kolaborowali z władzami. Ale jak osądzać ich dzisiaj – po trzydziestu, czterdziestu latach? Czy to w ogóle ma sens. Są przecież innymi ludźmi. Zmienili się. Być może w ogóle nikogo nie skrzywdzili.

Innym motywem przewijającym się często w okołolustracyjnych tytułach jest pytanie, czy wiedza o konformistycznej przeszłości bohaterów flirtujących z władzą może kogokolwiek zbawić. Czy ofiary donosów sprzed lat naprawdę poczują się lepiej, wiedząc, że "wtykami" byli ich najbliżsi przyjaciele albo członkowie rodziny?


Rafael Lewandowski, twórca "Kreta", zarówno w eksplikacji reżyserskiej, jak i w większości wywiadów, podkreśla, że najważniejszym celem było dla niego sportretowanie niewidocznych współbohaterów dramatu oskarżonych o kolaborację z UB. To rodziny TW. Kiedy po raz pierwszy publicznie pada nazwisko domniemanego agenta, mimowolnie wydajemy wyrok skazujący. Upłynęło wiele lat, zanim niektórym postaciom z polskiej elity politycznej udało się oczyścić z zarzutów. Małgorzata Niezabitowska, rzecznik prasowy rządu Tadeusza Mazowieckiego, wspominała, że trzy lata, które spędziła na permanentnym procesowaniu się z państwem, zmierzającym do uniewinnienia jej w sprawie o kolaborację z bezpieką, były najgorszym okresem w jej życiu. Cierpiała nie tylko urażona duma dawnej działaczki opozycyjnej, ale także rodzina. Dopiero w styczniu 2007 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał, że "Małgorzata Niezabitowska została zarejestrowana bez swojej wiedzy jako tajny współpracownik i odmawiała spotkań z SB".

W "Krecie", na równi z oskarżonym Zygmuntem Kowalem (Marian Dziędziel), poszkodowany jest syn grany przez Borysa Szyca. Skaza na sumieniu ojca, który dla Pawła był zawsze autorytetem, kładzie się cieniem na psychice dziecka.

W filmie Lewandowskiego ważne jest także pokazanie konsekwencji odkrywania przeszłości. Chlubna działalność opozycyjna Zygmunta, długa lista zasług oraz nazwiska osób, którym bezinteresownie pomagał podczas pracy w "Solidarności", nie mają żadnego znaczenia. Wystarczy, że w "Fakcie" albo innym tabloidzie ukaże się zdjęcie wczorajszego bohatera strajków z adnotacją: "To jest kapuś", albo: "Oto jest głowa zdrajcy". I wszystko stracone.

Ironia losu – w kraju walczącym z demonami przeszłości jedynymi sprawiedliwymi są ubecy, którzy werbowali i przesłuchiwali pracowników. To od ich opinii zależy, czy oskarżony zostanie uniewinniony czy stanie przed sądem. A co wtedy, gdy oficjalny pracownik służb specjalnych PRL ma ochotę skłamać albo poświadczyć nieprawdę? Kto może sprawdzić jego zeznania?

 
"Kret"

Lewandowski połowę życia spędził we Francji. Dzięki temu udało mu się w "Krecie" pokazać różnice mentalne dzielące nasze kraje. Na gigantycznym zebraniu Polonii z Lille, oskarżony o współpracę z bezpieką Zygmunt, nadal uznawany  jest za bohatera, zdrajcami są natomiast polskie media, które bez procesu wydały skazujący wyrok na opozycjoniście. Przyzwyczajona do wszelkiej maści politycznych i obyczajowych skandali Francja wydaje się dużo bardziej liberalna dla ludzkich słabości. Przypomniała mi się historia Arletty, wybitnej aktorki kina francuskiego, niezapomnianej Garance z "Komediantów" Marcela Carné, która oskarżona o romans z niemieckim oficerem podczas drugiej wojny światowej, z podniesioną głową powiedziała przed sądem: "Ależ drodzy państwo, moja dusza jest wprawdzie francuska, ale dupa zawsze była międzynarodowa". Voila.

RYSA MA RYSY

Milan Kundera, oskarżony w 2008 roku o to, że w latach 50. XX wieku wydał czechosłowackiej służbie bezpieczeństwa przyjaciela, pilota Miroslava Dvorzaczka, wiele lat wcześniej w powieści "Życie jest gdzie indziej" pisał o komunistycznej rzeczywistości: "My, którzy pamiętamy, musimy dać jednak świadectwo".

Jak wygląda owo "świadectwo" w polskim kinie? Artystycznie wypada to różnie, ale konstrukcja większości filmów poruszających temat teczek i agentów jest w gruncie rzeczy podobna. Z reguły mamy dwustronnie ukazane losy jednostkowe – donosiciela oraz jego (jej) ofiary, kłamcę i bohatera. Dalej pojawiają się pytania, jakie profity czerpał agent, oglądamy także reakcje najbliższych osób – przyjaciół, rodziny, kolegów z partii lub organizacji opozycyjnej.


Taki mniej więcej mechanizm obowiązywał również w głośnej "Rysie" Michała Rosy. Pamiętam, że pierwsze minuty tego filmu zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. To było to, na co czekałem. Film polityczny z wyraźnym, społecznym unerwieniem. Joanna (Jadwiga Jankowska-Cieślak) nie wierzy domniemanym faktom o agenturalnej działalności męża (Krzysztof Stroiński). Przecież ich małżeństwo było wzorcowe. Ziarenko zwątpienia zostało jednak zasiane. Dlatego, najpierw jakby od niechcenia, potem coraz intensywniej, kobieta szuka prawdy na własną rękę. Zbiera dowody winy albo niewinności męża. Ale znajduje tylko… obłęd. Własny!

W tym momencie film, który w pierwszych minutach wydawał się mocną i przy tym niegłupią historią na ciekawy temat, w części drugiej dryfuje w stronę mega-uogólnienia. Rosie nie wystarczyły rysy w charakterze bohaterów zderzone z trefną historią PRL-u. Reżyser musiał koniecznie poszukać głębiej, a łącząc funkcje psychologa, psychiatry i filmowego omnibusa, na przykładzie Joanny podarował nam popisową lekcję filmowego szaleństwa w kobiecym wydaniu.


"Rysa"

Niepostrzeżenie agenturalna (domniemana) przeszłość Jana schodzi na dalszy plan, na pierwszym Joanna staje się agentką własnych oraz cudzych demonów. Realizm pierwszej części zostaje zatem ujęty w poetycki cudzysłów. Wymuskana pod względem estetycznym "Rysa" przestaje być filmem o polskiej współczesności i zaczyna dryfować w stronę niezbyt oryginalnego, psychologicznego uogólnienia w rodzaju: jedna iskra wystarczy, żeby spłonął  cały dom, a jeden (być może nieprawdziwy) donos może zburzyć wszystkie dobre chwile z przeszłości. Za łatwe to – trochę cyniczne i efekciarskie.

PYTANIA BEZ ODPOWIEDZI

"Kto pierwszy w nas rozpoznał: kto wrogów, kto przyjaciół?" – śpiewał w "Korowodzie" Marek Grechuta. W analogicznie zatytułowanym filmie Jerzego Stuhra wrogowie są przyjaciółmi, a ich rozpoznanie polega na równoczesnym zapominaniu win.

Film Stuhra, wchodzący na ekrany jako pierwszy ważny polski film teczkowo-rozliczeniowy, okazał się przykrym blamażem. Teczki, owszem, w "Korowodzie" istnieją, ale z tych teczek nieustannie wyskakują różowe teczuszki rodem z telenoweli. "Chciałem zrobić film współczesny, skonfrontować dylematy moralne mojego pokolenia z dylematami pokolenia młodych" – mówił Stuhr. Efektem jest film pozbawiony kręgosłupa. Kulminacja: czyli porażająca spowiedź byłego współpracownika SB, profesora Dąbrowskiego (znakomity Jan Frycz), rozsadza całą dramaturgię, a obraz, który prawdopodobnie miał ambicje stać się czymś w rodzaju moralitetu, zamienia się w minoderyjną romantyczną komedyjkę o powrotach i rozstaniach jednego chłopca i dwóch panienek.


O wiele bardziej interesującą pozycją była "Różyczka" Jana Kidawy-Błońskiego. Reżyser miał jednak dwa podstawowe atuty: znakomitą, opartą na faktach historię opozycyjnego pisarza, którego kochanka była agentką SB, oraz wyraziste tło Marca ’68. A w tle także autentyczny życiorys Pawła Jasienicy, autora najznakomitszej (chociaż kontrowersyjnej) syntezy dziejów Polski przed rozbiorami. Jasienica, jeden z autorów listu 34 intelektualistów, który w 1964 roku sprzeciwił się zaostrzeniu cenzury prasowej, w drugiej połowie lat 60. znalazł się na celowniku Służby Bezpieczeństwa. Brał udział w protestach przeciwko zdjęciu z afisza "Dziadów" w reżyserii Dejmka, popierał protest studentów w 1968 roku, a publicznie pomówiony przez Gomułkę o współpracę z władzą (w lipcu 1948 roku Jasienica wyszedł z więzienia dzięki wstawiennictwu Bolesława Piaseckiego) ciężko zachorował. Umarł w 1970 roku. Wszystkie te wydarzenia są w filmie Kidawy-Błońskiego obecne, ale trzon stanowi związek pisarza z tajną współpracowniczką UB. Nena Darowska-Beynar sumiennie donosiła na Jasienicę. Była najpierw kochanką, następnie żoną autora "Rozważań o wojnie domowej". Sprawa została ujawniona dopiero w 2002 roku.


Podobny punkt wyjścia towarzyszy poniekąd "Zwerbowanej miłości" Tadeusza Króla. Przełom lat 80. i 90. ubiegłego wieku: Wałęsa z Kiszczakiem debatują nad "Okrągłym Stołem", w tym czasie Andrzej i Siejka, czyli Robert Więckiewicz i Krzysztof Stroiński, kończą przygodę wzorowych agentów SB. Na ostatniej prostej chcą jednak jeszcze raz zarobić. Zdefraudować pieniądze i uciec do Ameryki. W tym celu Andrzej ideologicznie przepracowuje luksusową prostytutkę (Joanna Orleańska), wmawiając jej wszystko, z romansem włącznie. Niestety, ciekawy pomysł na rozliczeniowe kino z wątkami sensacyjnymi i melodramatycznymi zupełnie nie wypalił. Król nie wiedział, co chce nakręcić. Farsę czy moralitet. W każdym razie nie udało się ani jedno, ani drugie.

W niedawnym "Uwikłaniu" Jacka Bromskiego temat teczek i TW stanowi z kolei drugi plan dla kryminalnej, przynajmniej w zamierzeniu, intrygi. Konkluzja jest jednak wymowna. Oficerowie związani z UB są bajecznie bogatymi krezusami nadal mocno związanymi z polityką. Zmieniły się jedynie zasady gry. Dzisiaj rządzą incognito. "Oni mogą wszystko" – lamentuje  prokurator Agata Szacka (Maja Ostaszewska).

 

"Enen" Feliksa Falka nawiązuje do okresu, który przyniósł reżyserowi największe profity artystyczne. To kino moralnego niepokoju – trzydzieści pięć lat później. Grany przez Borysa Szyca młody psychiatra, w scenerii pamiętnej powodzi we Wrocławiu z 1997 roku, samotnie przeciwstawia się systemowi. Podczas ewakuacji szpitala okazuje się, że karta jednego z pacjentów została zgubiona. Konstanty, na własną rękę, często na granicy prawa, szuka tożsamości "Enena" (N.N. – tak w języku urzędowym określa się ludzi, których personalia nie są znane). Jego trop, jak łatwo się domyślić, prowadzi do czasów ciemnego PRL-u.

Gdybym jednak, na potrzeby tego artykułu, musiał wskazać najważniejszy polski film mówiący o odpowiedzialności człowieka za czyny, wskazałbym na zapomniane "Echo" Stanisława Różewicza z 1964 roku, według scenariusza Stanisława i Tadeusza Różewiczów.
Znakomite "Echo" nie dotyczy oczywiście kwestii lustracji, ale porusza dylematy obecne zarówno w "Krecie", jak i w "Rysie" czy w "Czeskim błędzie". Henryk – życiowa kreacja Wieńczysława Glińskiego, nagrodzonego za tę rolę na festiwalu w Karlovych Varach, jest cenionym adwokatem. Ludzie darzą go powszechnym szacunkiem, założył szczęśliwą rodzinę. Dwadzieścia lat po zakończeniu wojny dowiaduje się, że jego nazwisko znalazło się na odnalezionej właśnie liście konfidentów współpracujących z gestapo. Przyznaje się do kolaboracji, ale uparcie podkreśla, że człowiek, którego zadenuncjował, został przezeń ostrzeżony i uciekł. Niestety, ofiara nie żyje. Henryka opuszczają wszyscy – rodzina, przyjaciele, członkowie palestry. Jedynym wyjściem z sytuacji wydaje się samobójstwo...


Różewicz pytał w tym filmie: jaka jest cena za błędy z przeszłości popełniane często w strachu lub w afekcie, jak to wszystko rozliczyć? Nie każdy jest przeczcież herosem, nie wszystkich stać na bohaterstwo. Ale być może długie, uczciwe życie to także forma pokuty, odpracowanie win sprzed lat. Pytania bez odpowiedzi...

***

Wiemy już, że w naszych warunkach gruba kreska nie jest możliwa. Ani w sztuce, ani w polityce. Zbyt wiele zacietrzewienia – z każdej strony. Zbiorowa amnezja to marzenie naiwnych. Ale również vendetta nie jest dobrym rozwiązaniem. Nie zabliźni ran, nie oczyści atmosfery. Błędy polityczne przypominają zresztą grzechy życiowe. Bo co tak naprawdę boli bardziej – zdrada ukochanego czy donos napisany przez przyjaciela? Jak to zmierzyć, jak zważyć? Może odpowiedź znajdziemy w kinie?

Udo Kier, grający Edgara Gasta w "Trzeciej generacji" Rainera Wernera Fassbindera, mówił: "Każdy film pokazuje dobitnie, że prawda jest kłamstwem. Rzecz w tym, że w filmie pojęcia tuszują kłamstwo i objaśniają je jako prawdę". "Krecia" robota…
Udostępnij: