Artykuł

Jak przygoda, to tylko w Warszawie

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Jak+przygoda%2C+to+tylko+w+Warszawie-75668
Nie wiem, czy istnieją jakiekolwiek badania dotyczące związku między preferencjami urlopowymi a kinem. Myślę jednak, że jest ono potężną siłą kształtującą wizerunki miast, krajów i regionów.

Lato, podróże, romanse... Wakacje – dla uczniów i studentów długie, kilkumiesięczne, dla innych najczęściej streszczające się do dwutygodniowego urlopu wyrwanego z paszczy korporacyjnego potwora – są tym czasem, gdy bardzo pragniemy przejść na drugą stronę lustra. Zostawiamy więc łóżko, biurko, szafę, starych znajomych i jedziemy w jakieś tzw. cudowne miejsce z gorącą nadzieją doznania czegoś, czego nie doznaliśmy przez pozostałe jedenaście miesięcy roku. A niechże to będzie chociaż zabójcza opalenizna! Zapominamy przy tym, że mieszkańcy owych "cudownych miejsc" znużeni rutyną życia codziennego, także opuszczają swoje domostwa i ruszają w inne miejsce, by zaznać innego życia. Być może tym miejscem jest miasto, od którego właśnie wzięliśmy urlop.

I tak się przewalają w tę i z powrotem hordy turystów. Depczą pomniki historii, wchodzą sobie wzajemnie w drogę, blokują arterie komunikacyjne, a co gorsza dostrzegają jedynie to, co równie dobrze można zobaczyć w telewizji albo w folderach biur podróży. Ze zjawiska masowego turyzmu zaczęto się podśmiewać już w latach 60., choćby w komedii Mela Stuarta"Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii". Jeszcze wcześniej, bo pod koniec lat 40.,  różnicę między turystą a podróżnikiem wyłożył Paul Bowles w powieści "Pod osłoną nieba", przeniesionej kilka dekad później na ekran przez Bernarda Bertolucciego: "Turysta już od chwili przyjazdu myśli o powrocie do domu, a podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci".

Nie łudźmy się – większość z nas bywa raczej turystami niż podróżnikami. Decydujemy się opuścić gniazdo i wystawić na nowe doświadczenia tylko z gwarancją bezpiecznego i zawczasu opłaconego powrotu w domowe pielesze. A i owe rzekome Nieznane, w które wyruszamy, jest de facto doskonale znane. Bo czym się kierujemy w swoich wakacyjnych wyborach? Często konformizmem – jedziemy tam, gdzie jadą wszyscy, gdzie w cenę wycieczki wliczone są: słońce, morze, piasek, a niekiedy i drinki. Do Grecji, Chorwacji, Egiptu, na Kanary...

Nie wiem natomiast, czy istnieją jakiekolwiek badania dotyczące związku między preferencjami urlopowymi a kinem. Myślę jednak, że jest ono potężną siłą kształtującą wizerunki miast, krajów, regionów. Tym samym stymuluje nasze pragnienia znalezienia się w takim czy innym miejscu. Kusi nas – jedź tam i tam, a poczujesz niezwykłą atmosferę, zrelaksujesz się, poszerzysz horyzonty, poznasz przystojnego bruneta etc. To kino określa, gdzie jest raj, a gdzie piekło na Ziemi. Kino wylansowało Indie i potępiło Kolumbię. Po odnowę duchową polecimy więc do New Dehli albo Bombaju, a po pewną śmierć do Medellin.

Odwołam się tu do własnego przykładu, by wykazać, że filmy mieszają ludziom w głowach. Lata temu zauroczony "Lisbon Story" Wendersa zapragnąłem natychmiast odwiedzić stolicę Portugalii. Wyobrażałem sobie czarodziejski gród, pełen krętych, pnących się górę uliczek, po których snują się melancholicy wyśpiewujący fado z twarzą zwróconą ku oceanowi. Wszystko to okazało się propagandową ściemą. Zastałem bowiem ponure, senne miasto z przeważnie nieżyczliwymi, niekiedy wręcz agresywnymi ludźmi. W dodatku zostałem w Lizbonie okradziony. Prawdziwe kresy Europy.

 
"Berlin - symfonia wielkiego miasta"

Proponuję więc teraz krótką podróż po filmowych obrazach kilku wybranych metropolii (bo to one są na ekranie głównym obiektem mitologizacji). Zdemaskujmy stereotypy, które kino wbija nam do łbów, dostrzeżmy fałsz kryjący się w pięknych dekoracjach. Bądźmy czujni, a może skutecznie zniszczymy sobie wakacyjne iluzje i zatrujemy radość wypoczynku.
Zacznijmy wędrówkę od położonego najbliżej polskiej granicy Berlina. Stolica Niemiec ponoć przoduje teraz w rankingach turystycznych. Odwiedza ją więcej osób niż Rzym czy Paryż. Bardzo wcześnie, bo jeszcze w czasach kina niemego zaczęła dbać o swój filmowy wizerunek. Wystarczy przywołać chociażby klasyczne dzieło "Berlin – symfonia wielkiego miasta" Waltera Ruttmana. Prezentowała się wtedy jako miasto ruchu, postępu, rozmachu, świateł, intrygujących kontrastów. Miasto, w którym wykuwa się przyszłość świata. Przepowiednia okazała się, niestety, prawdziwa i na wiele dziesięcioleci Berlin stracił dobre imię. Najpierw nastał faszyzm, a potem – w czasach komuny – z jednej strony mieliśmy szary, posępny Berlin Wschodni zabudowany blokowiskami, w których uświadomieni klasowo lokatorzy dumali nad stosunkami produkcji. Z drugiej  – Berlin Zachodni, oazę demokracji na morzu totalitaryzmu. Miasto wolne, ale aż za bardzo. Bodaj od sukcesu filmu "Dzieci z dworca ZOO" Ulego Edela (rok 1981) utrwalił się obraz Berlina Zachodniego jako miasta ćpunów, alfonsów, prostytutek, zdegenerowanych hipisów itp. Co ciekawe, w tę kliszę wpisał się także polski film z roku 1986 "Epizod Berlin-West" Mieczysława Waśkowskiego (nakręcony, rzecz jasna, w celu obrzydzenia obywatelom państw socjalistycznych Zachodu). Narkomani mordują w nim polską kobietę, a główny bohater – pisarz emigracyjny  – popełnia samobójstwo, zgnębiony intrygami politycznymi, krwiożerczymi skłonnościami kapitalistów i powszechną przemocą, z jaką spotyka się na ulicach miasta.

 
"My, dzieci z dworca Zoo"

Po ponad  dwudziestu latach od zjednoczenia Berlin wciąż jeszcze nie ustalił swego oficjalnego wizerunku. Chce uchodzić za dumną, monumentalną i dynamicznie rozwijającą się stolicę mocarstwa, a zarazem próbuje zachować swój alternatywny charakter. Ma opinię miasta zbuntowanego, wywrotowego, a tym samym trochę niebezpiecznego. Zabawnie widać to w amerykańskim, ale współprodukowanym przez Niemców thrillerze "Tożsamość" Jaume'a Colleta-Serry, którego bohater staje się w Berlinie ofiarą spisku służb specjalnych. Twórcy nie wahają się nawet wysadzić w powietrze niedawno zrekonstruowanego hotelu Adlon. Jednocześnie eksponują odnowione zabytki i nowe budowle stolicy. Cel uświęca środki, więc bez pardonu zakłócają układ topograficzny. Liam Neeson jedzie taksówką z centrum na zachód, na lotnisko Tegel, przez wschodnie rejony, tylko po to, by w kadrze mógł się znaleźć most Oberbaum, z którego samochód spada malowniczo do Sprewy. Jeszcze śmieszniej wypada obraz Berlina w "Hannie" Joego Wrighta – filmie, który próbuje igrać z rozmaitymi kliszami. Tutaj bohaterowie po wyjściu z dowolnej stacji metra obowiązkowo natykają się na tony śmieci, zabazgrane graffiti mury i koczujące tabuny naćpanej młodzieży.

Jadąc dalej na zachód, docieramy do Paryża, który ma zupełnie odmienną opinię niż Berlin. Paryż jest miastem miłości. Niezależnie od tego, czy weźmiemy starą komedię Billy’ego Wildera "Miłość po południu", norweską instrukcję obsługi życia dla snobów – "Reprise" Joachima Triera, ponowoczesnych "Zagubionych w miłości" Patrice’a Chereau czy składankowy "Zakochany Paryż", wniosek nasuwa się jeden. Do stolicy Francji przyjeżdża się po to, by kochać i się kochać. Jak zauważył Woody Allen (który bez skrupułów maluje stereotypowe portrety miast), w Paryżu "wszyscy mówią: kocham cię". I rzecz jasna miłość tę opiewają, roztrząsają, śpiewają i piszą o niej wiersze, malują ją, rzeźbią itd. To mekka kochanków i bohemy. Na antypodach tych egzaltacji stoją takie filmy, jak "Nienawiść" Mathieu Kassovitza czy "Ukryte" Michaela Hanekego, które odkrywają inną twarz Paryża – biedne przedmieścia zaludnione imigrantami i bezrobotnymi, pulsujące od przemocy oraz konfliktów rasowych. Wątpię jednak, by udało im się przesłonić szpanerskie pozy modnych dzielnic i urokliwych zaułków.

 
"Zakochany Paryż"

Poniekąd natomiast udało się to z Londynem, który – dzięki działalności zaangażowanych twórców typu Ken Loach czy częściowo także Stephen Frears ("Moja piękna pralnia", choć to było w latach 80.!) – jawi się na ekranie głównie jako chaotyczna metropolia wstrząsana problemami ekonomicznymi, społecznymi i kulturowymi. Ostatnio Londyn próbuje ratować nadszarpnięty prestiż. Czy to odwołując się do "swingujących" lat 60. (przywołanych chociażby w "Była sobie dziewczyna" Lone Scherfig) czy też, zwłaszcza, przypominając o splendorach monarchii. Najlepszym przykładem na to jest oscarowe "Jak zostać królem" Toma Hoopera, które – wraz ze ślubem księcia Williama – z pewnością przyczyniło się do wzrostu liczby turystów machających przed Pałacem Buckingham do figurki w koronie.

Z Wysp skoczmy teraz do Włoch, bo to kraj, który wielu postrzega wyłącznie w perspektywie urlopowej. Rzym, na przykład, mimo wysiłków neorealistów i ich następców, jednoznacznie kojarzy się z "Rzymskimi wakacjami". Ewentualnie z bujną mitologią wykreowaną przez Federica Felliniego w "Słodkim życiu" albo "Rzymie - mieście otwartym". Rzym więc to wino, kobiety, śpiew i zabytki. Na otrzeźwienie zalecam np. nieznany w Polsce film Carmine’a Amorosa "Cover Boy: L’ultima rivoluzione", w którym Wieczne Miasto pokazane jest z perspektywy sprzątaczy dworcowych i niechcianych przybyszów z Europy Wschodniej.

 
"Rzymskie wakacje" / "Słodkie życie"

Jeszcze większą gębę ma Wenecja. Widzieliście kiedyś rozgrywający się tam dramat z życia codziennego? Ja może widziałem, ale nie pamiętam. Wenecja składa się wyłącznie z dekoracji. Jest miastem teatralnym, miastem martwym. Zabytkiem przeszłości, do którego przyjeżdża się, by spektakularnie umrzeć ("Śmierć w Wenecji", "Nie oglądaj się teraz") lub przeżyć jakąś awanturę ("Turysta" z Deppem i Jolie). Rację miał Fellini, który w "Casanovie" nakręcił weneckie plenery w studiu. Wenecji bowiem nie ma, stanowi wyłącznie fantazmat silnie zakorzeniony w zbiorowej wyobraźni, ale jednocześnie oparty na poczuciu ciągłego zagrożenia, nietrwałości, zagłady. Najlepszą ilustracją tego strachu przed deziluzją, przed przebudzeniem z weneckiego snu jest scena w "Casino Royale", gdy miasto wali się bohaterom na głowę.

Z metropolii europejskich wypada jeszcze wspomnieć o wylansowanej Barcelonie. Ze spokojnego grodu – który parę lat temu nie miał zbyt wielu reprezentacji w kinie i mediach – stała się nagle stolica Katalonii centrum rozrywki, seksu, weekendowych szaleństw. Zdetronizowała Madryt, w latach 80. uważany, głównie dzięki filmom Pedro Almodovara, za stolicę awangardy obyczajowej i artystycznej. Barcelona ładuje sporo kasy w promocję swego wizerunku. Beneficjentem stał się również Woody Allen, który za municypalne pieniądze zrobił film "Vicky Cristina Barcelona" i tym samym podkręcił turystyczną koniunkturę. Po rozmowach ze znajomymi widzę, że wiele osób jest przekonanych, że w Barcelonie wyłącznie tańczy się do białego rana, pije litrami wino i przeżywa ogniste romanse. Szkoda, że na polskie ekrany nie trafił "Biutiful" Alejandra Gonzaleza Inarritu – film cokolwiek przesolony i, jak to u Inarritu, napuszony, ale ukazujący Barcelonę z zupełnie innej strony: jako miasto biedy, bezrobocia, drożyzny, zaśmieconych ulic, zapuszczonych mieszkań, imigrantów handlujących nielegalnie chińskimi podróbami znanych marek albo pracujących na czarno w nieludzkich warunkach.

 
"Biutiful"

Skoro jesteśmy przy zmianach wizerunków miast, proponuję krótki wypad za ocean. Nowy Jork jest bowiem – podobnie jak Barcelona – przykładem udanej strategii promocyjnej. W zeszłych dekadach miasto to uchodziło za wyjątkowo niebezpieczne miejsce., za moloch, w którym grasują gangsterzy, alfonsi i handlarze narkotyków. Kwintesencją tych wyobrażeń jest niewątpliwie "Taksówkarz" Martina Scorsese. Dzisiaj Nowy Jork to miejsce modne. Być może przyczynił się do tego wspomniany już dwukrotnie Woody Allen, który konsekwentnie wyrażał na ekranie swoją miłość do Wielkiego Jabłka. Przedstawiał je jako oazę dla intelektualistów i neurotyków. Ale w świadomości mas obrót o 180 stopni dokonał się, jak sądzę, wraz z serialem "Seks w wielkim mieście". Przestępcy zniknęli z ulic, a Nowy Jork ze stolicy zbrodni stał się miastem pożądanym.

Wróćmy już z tych peregrynacji do Polski. I postawmy pytanie: jak to u nas jest z lansem miast? Michał Walkiewicz zauważył słusznie na łamach Filmwebu, że polskie kino zupełnie nie czuje miejskich mitologii. Jest kinem prowincjonalnym, w każdym tego słowa znaczeniu. Choć jakieś próby promowania miast poprzez kino są czynione. Wrocław, na przykład, wsparł produkcję "Wygranego" Wiesława Saniewskiego. I w efekcie wygląda na ekranie jak z obrazka.  Istnieje też sztanca pokazywania Warszawy (zwłaszcza w komediach romantycznych) jako miasta biurowców, apartamentowców, biznesmenów i japiszonów, jednego nowoczesnego Mostu Świętokrzyskiego i jednej "dzielnicy z klimatem", czyli Pragi. Efekty tej strategii nie są na razie imponujące. Na przeciwnym biegunie leży Kraków, niezmiennie magiczny i zabytkowy. Najnowszego dowodu dostarcza "Uwikłanie" Jacka Bromskiego, podczas oglądania którego głęboko współczułem Marcinowi Koszałce, że musiał nakręcić aż tak pocztówkowe zdjęcia.

 
"Wygrany"

Nie wykluczam, że eksponowanie znanych monumentów i banalnie urodziwych panoram może przynieść efekty. Tak jak przyniosło w przypadku zagranicznych metropolii. Same widoczki jednak nie wystarczą, trzeba im jeszcze nadać jakiś charakter. Miasta na ekranie muszą kusić, obiecywać konkretne i niepowtarzalne doznania związane z miłością, seksem, narkotykami, zabawą lub głębokim przeżyciem duchowym. Polskie miasta natomiast są w kinie takie jak w rzeczywistości – mdłe i przeciętne. Potrzeba twórcy, który będzie umiał skutecznie nas przekonać, że "jak przygoda, to tylko w Warszawie".
Udostępnij: