Artykuł

W kodzie źródłowym polskiego kryminału

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/W+kodzie+%C5%BAr%C3%B3d%C5%82owym+polskiego+krymina%C5%82u-74801
Uwaga! Tekst zdradza istotne momenty filmu "Kod nieśmiertelności" Duncana Jonesa.

A co gdyby Jacek Bromski miał do dyspozycji tak potężne narzędzie, jak "Kod nieśmiertelności" (a raczej w zgodzie z dosłownym tłumaczeniem "Kod źródłowy") z filmu Duncana Jonesa? Nakręciłby utwór lepszy niż "Uwikłanie"? Uratowałby umierający gatunek rodzimego kryminału?


Misja z pozoru nie była trudna. Na pewno nie trudniejsza niż znalezienie w ciągu ośmiu minut bomby i zamachowca w pędzącym do Chicago pociągu. Wystarczyło, mając w kieszeni znakomity współczesny materiał literacki osadzony w polskich realiach, a do tego niemałe doświadczenie i przyzwoity budżet, nakręcić film. Niestety, film wyleciał w powietrze. W takiej sytuacji skromnemu recenzentowi wypada film skrytykować, z pewnością nie wypada mu jednak popełniać typowego "grzechu zawodowego", mianowicie stać nad reżyserem, scenarzystą i producentem i wskazywać mu palcem gdzie i co należałoby poprawić. Casus "Uwikłania" jest ciekawy, bo twórcy zdawali się mieć w ręku wszelkie atuty niezbędne do stworzenia świetnego kryminału. Skłania to do namysłu nad zadziwiającą niemożnością stworzenia dobrego, polskiego filmu tegoż właśnie gatunku, skłania do wyprawy w poszukiwaniu kodu źródłowego rodzimej słabości. Pobawmy się strukturą ostatniego filmu Duncana Jonesa, czyli "Kodu źródłowego", przeinaczonego na potrzeby polskich kin na nietrafny "Kod nieśmiertelności". 


Załóżmy, że budzimy się niespodziewanie w ciele Jacka Bromskiego lub, jeśli ktoś woli, Juliusza Machulskiego. Jest już co prawda po premierze "Uwikłania", ale scenarzysta "Kodu" nie z takimi rzeczami dawał sobie radę, wysyłając niestrudzenie wybuchający pociąg w trasę do Chicago: czas można cofać, bo istnieje jakaś tam poświata wokół martwego mózgu, mechanika kwantowa jeszcze, co tylko chcemy. Budzimy się zatem w ciele reżysera i scenarzysty Bromskiego (lub producenta Machulskiego) i wyruszamy w misję wcale nie łatwiejszą niż znalezienie w ciągu ośmiu minut zamachowca i bomby w pędzącym pociągu. [UWAGA SPOJLER!] Mamy jednak ten komfort, że dysponujemy taką liczbą filmowych prób, iloma żywotami dysponował zmarły kapitan Colter Stevens [KONIEC SPOJLERA]. Musimy więc znaleźć przyczynę, dla której "Uwikłanie" się nie udało i będziemy wracać do jego realizacji tak często, jak Stevens do pociągu, stawką są wszak kolejne filmy i rozgryzienie, co w polskim kinie tego gatunku szwankuje.

Budzisz się więc, rozpoznajesz jako swoją znaną z mediów twarz i majstrujesz przy "swoim" filmie, próbując skończyć "Uwikłanie". Początkujący agent często bywa nieporadny, nie zawsze zdąży usunąć tykającą już bombę. Tym niemniej nie ma się co przejmować, bo nawet największym profesjonalistom polskiego kina po 1989 roku, w których się właśnie wcielasz, przydarzają się niespodziewane błędy. W "Uwikłaniu", w materiale z sesji nagrywanej przez psychoterapeutę, widzimy w kadrze pracującą kamerę, z której ów materiał pochodzi. W scenie bójki w toalecie policyjnej knajpy, podczas której bohaterowie ruszają się z gracją Pudziana w dwunastej rundzie jakiejś walki  (gdyby do niej kondycyjnie dotrwał), komisarz Smolar rozbija głową wyłącznie tekturowe sklejki. Zaś w scenie końcowej podrzędny policjant, nie wiedzieć czemu, dysponuje snajperską bronią i motocyklem nieodparcie sugerującym, iż udało mu się okraść Batmana. Wreszcie, gdy wybrzmiały już mordercze strzały, prokurator Szacka odchodzi z kochającym mężem i nie mniej kochającym dzieckiem w stronę cudnie zachodzącego nad Krakowem słońca, choć słońce pechowo zachodzi akurat z zupełnie innej strony niż zaparkowany przez Szacką samochód i pozostawiona przez Szackiego taksówka. Drobnostki, drobnostki, ale w tego rodzaju gatunkowym kinie wybaczyć je znacznie trudniej. Bam! Pociąg wylatuje w powietrze!


Budzisz się znowu. Udaje ci się usunąć scenariuszowe nielogiczności i realizacyjne usterki. Niestety swoje kolejne osiem minut wykorzystać musisz na posprzątanie pociągu z zaśmiecających go folderów reklamowych pt. "Dawna stolica Polaków: magiczny Kraków". Otrzymałeś dofinansowanie z małopolskiego regionalnego funduszu filmowego i chcąc nie chcąc, miasto to trzeba przy okazji rozwiązywania kryminalnej zagadki przeflancowanej z bardzo warszawskiej powieści podpromować. Jeśli ostatni raz byłeś w Krakowie ze szkolną wycieczką w podstawówce, to próbując rozbroić realizacyjną bombę, zastanawiasz się, czy przypadkiem w ostatnich latach urzędnicy krakowskiego magistratu nie umieścili w kilkunastu punktach miasta tabliczek z napisem: "Tu filmować", do których ekipy filmowe odnoszą się z należytym cesarsko-królewskim respektem. Sprawia to jednak, że kryminalna historia z twardym gliną na pierwszym planie i mrokami przeszłości w tle prezentuje się na ekranie – wypisz, wymaluj – jak "Nie kłam, kochanie", jakby przez przypadek w "Uwikłaniu" wykorzystano dokumentację lokacji, obiektów zdjęciowych i scenografii, która gdzieś tam zawieruszyły się po "krakowskiej" sekwencji romantycznej komedii z Adamczykiem i Żmudą-Trzebiatowską. Pocztówka z napisem "Raymond Chandler pozdrawia z Krakowa" kala oczy, a my jesteśmy już usytuowani w pobliżu kodu źródłowego kłopotów polskiego kina tego gatunku. Otóż przeszkadza w nim nadmierna wizualna "gładkość", całkowity niemal brak na ekranie "brudu" codzienności, sprawiającego, że bezdyskusyjnie wierzymy w prawdopodobieństwo prezentowanych na ekranie wydarzeń. W ostatnich latach ten "brud" obecny był w zasadzie jedynie w "PitBullu" i świetnie się tamtemu filmowi przysłużył. Miłoszewski w literackim oryginale rozpoczyna każdy rozdział niewielkim, telegraficznym skrótem medialnych doniesień z każdego czerwcowego lub lipcowego dnia 2005 roku, w którym dzieje się akcja danego rozdziału, i udanie zakorzenia ją w rzeczywistości.

 

Kod źródłowy polskiego kina tego gatunku zapewne znacznie poprawiłoby przemyślane zastosowanie zabiegów choćby z "Amerykańskiego spisku" Jamesa Ellroya, w którym fabułę o wielopiętrowych intrygach zmierzających do zabójstwa Kennedy’ego uwiarygodniają cytaty z dokumentów śledztwa, protokołów przesłuchań, notatek służb specjalnych, artykułów prasowych etc. W przypadku polskiego kina sensacyjno-kryminalnego z elementami politycznymi w tle jest to o tyle istotne, że ze swej natury fabuły te zahaczają o polityków, prokuratorów, przedstawicieli służb, z którymi obcujemy niemal codziennie przy okazji wieczornych serwisów informacyjnych. Historia, której udałoby się odnieść do tej codziennej audiowizualnej ikonografii, zawłaszczyć ją, w kameleonowy sposób do niej upodobnić lub wchłonąć na zasadzie found footage jej telewizyjne wizualne formy i reprezentacje, zyskałaby niebagatelną moc oddziaływania, znacznie większą niż znane twarze Ostaszewskiej, Seweryna i Pieczyńskiego na tle pastelowego Krakowa. Być może posprzątałeś więc pociąg z folderów reklamowych, ale kolejne osiem minut minęło. Bam! Pociąg wylatuje w powietrze.

Budzisz się ponownie. Magiczny Kraków zniknął zastąpiony realnym, "przybrudzonym" miastem. Okazuje się jednak, że to znowu nie wszystko, masz bowiem potężnych przeciwników. Są to mianowicie – o zgrozo – cienie Jarosława Kaczyńskiego, a może nawet Antoniego Macierewicza. Jadą w tym pociągu. Ogromną uwagę musisz poświęcić temu, aby przypadkiem nie usiąść zbyt blisko lub żeby nie wydawało się wręcz, że – nie daj Boże – jedziecie w jednym przedziale.
           
Twój pech polega na tym, że ze swej natury gatunek sensacyjno-polityczno-kryminalny oraz wizja rzeczywistości polityków PiS zachowują daleko idącą homologię. Politycy ci często sprawiają wręcz wrażenie obdarzonych niebagatelnym i niewykorzystanym przez polskie kino potencjałem scenarzystów. Twój pech jednak jest większy. Jest to ugrupowanie raczej niepopularnego pośród przeważającej części inteligencji oraz młodzieży. A to są wszak – kalkulujesz – twoje targety, to te grupy najczęściej chodzą do kina, o kinie piszą i dyskutują, podczas gdy zwolennicy tego ugrupowania najczęściej satysfakcjonują się insertami z kinem dokumentalnym i reportażem w "Gazecie Polskiej". I zaczynasz niepotrzebnie kalkulować dalej, wdając się w realizacyjną gimnastykę, żeby – broń Boże – za wyraziciela "opcji pisowskiej" cię nie uznali, bo w recenzjach zjadą, fama pójdzie i do kina się ludzie nie wybiorą. A więc eksponujesz długo w drugim planie kadru krakowski billboard z "zimnym Lechem", dopisujesz jakąś anty-IPN-owską kwestię dialogową, prowadzisz aktorsko pracownika IPN tak, aby wydał się znerwicowanym i nieszczęśliwym furiatem. Ma być znowu dość gładko, pośrodku i w głównym nurcie. Nic z tego. Michnikowi, któremu przezornie pokazujesz swój film wcześniej, i tak się nie podobało.


Szkoda, że ogromne upolitycznienie polskiego życia publicznego ostatnich paru lat, w którym to w zasadzie każdy fragment tekstu kultury rozbierany bywa w sposób: "czy on za tymi, czy za tamtymi bardziej?" i to przy dużym zaangażowaniu emocjonalnym w ten rozbiór, znowu ogranicza mocno szanse gatunku. Przede wszystkim ogranicza jednak śmiałość realizatorów, pozbawiając ich wyrazistości i zdolności odmalowania rodzimego "chinatown", czy, cytując Felliniego, "niepokojącego szelestu świata chrząszczy".  Światy przedstawione ich filmów wypłukuje z atmosfery gorzkiej kontestacji struktur władzy, niezależnie, jakie barwy by przywdziewała i szczypty zdrowego cynizmu, przyprawiającego gatunek. Jeszcze Miłoszewski w literackim oryginale rozdzielał razy na prawo i lewo, wkładając w usta głównego bohatera słowa o prokuratorach, którzy "już się szykują na zmianę warty i na wszelki wypadek chcą być bardziej radykalni, bezkompromisowi i twardzi niż jedno jajo, z którego poczęli się Bracia", czy pisząc o księdzu "trochę wyglądającym na onanistę, jak oni wszyscy", ale też obdzielając swego bohatera czytającego w archiwum o wizycie Jaruzelskiego w NRD w 1987 roku refleksją: "długo to już nie potrwa, skurwiele […] Półtora roku i wszyscy pójdziecie w odstawkę". Podobnie nie kalkulował i zygzakiem rozdzielał razy w jedynej obok "PitBulla" udanej realizacji gatunku w Polsce po 1989 roku Pasikowski, a wtedy, na początku lat 90., te razy na prawo wymagały znacznie większej odwagi.  
           
Teraz jednak trzeba się tłumaczyć albo pośpiesznie wygładzać kwestie dialogowe. Wiadomo, układ, spisek, tajne służby, morderstwo – to "pisowska" wizja świata, co sprawia, że cały gatunek o tych genealogicznych wyznacznikach w rodzimym kostiumie nagle zyskuje partyjną afiliację. Ciężko już tak po prostu zwyczajnie napić się w filmie "na pohybel czarnym i czerwonym".
           
Załóżmy, że przy kolejnej próbie zaryzykowałeś i na pohybel w filmie jak Olo z majorem Grossem wypiłeś. Może nawet z dobrym ekranowym efektem. Bam! Pociąg jednak wybucha.
           
Budzisz się znowu. Co jeszcze jest nie tak? Robisz odważny, znakomicie zrealizowany gatunkowy film, załóżmy, że porównywalny z "Psami", i okazuje się, że to znowu nie wszystko? Najpewniej masz jeszcze jednego, najpoważniejszego chyba przeciwnika.


             

W ostatnich kilkunastu latach jednymi polskimi filmami, które podbijały rodzimą widownię, były, nie licząc historycznych superprodukcji, taśmowo produkowane komedie romantyczne. Badacze rynku od kilku już lat wieszczą zmianę trendu i uzupełnienie rodzimego rynku o "drugi filar" – właśnie gatunek sensacyjno-kryminalny. I od kilku już lat prognozy te nie znajdują potwierdzenia ("vide" "Świadek koronny" grupy ITI vs komedie romantyczne produkowane przez ten koncern). Nazwijmy tego ostatniego, być może najpotężniejszego przeciwnika, "akumulacją preferencji widowni". Podobnie jak inne przemysły europejskie, na lata straciliśmy obieg kinowy. Multipleksowe przestrzenie (w których sprzedaje się obecnie w Polsce ponad 80 procent kinowych biletów) to naturalne środowisko dla globalnych hollywoodzkich fabuł. To produkty lokalnych przemysłów często sprawiają w nich wrażenie "egzotycznych". Fabuły kryminalne świetnie sprawdzają się w obiegu telewizyjnym ("Glina", trzy serie "Oficera"). Obieg telewizyjny bowiem (ponownie, także w innych krajach europejskich) opiera się globalnej dominacji Hollywood, stanowiąc domenę lokalnych serialowych produkcji. Tymczasem w kinie ostatnich kilkunastu lat masową widownię podbijały jedynie słabiutkie, najczęściej romantyczne, komedie, jako że komedie z natury rzeczy najtrudniej "podróżują", i w tym gatunku produkcje europejskich przemysłów lepiej radzą sobie na własnych rynkach.
         
Fakt ten w dłuższej perspektywie nie jest błahy, kształtuje bowiem naszą odbiorczą wrażliwość, preferencje, poczucie konwencji, swoisty audiowizualny nadawczo-odbiorczy "ekosystem". Akumulacja naszych przyzwyczajeń, fakt, że w zasadzie od lat żyjemy w globalnej kulturze filmowej, w której amerykańscy bohaterowie i ich filmowe światy nie są dla nas odleglejsi niż rodzime realia prezentowane na ekranie w gatunkowej formule, sprawiają, że paradoksalnie to polski film sensacyjny na ekranach polskiego dużego kina coraz bardziej jawi się jako pewna ciekawostka, jako curiosum. Przez lata przywykliśmy, że w gatunku tym dialogi brzmią w innym języku, inne są lokacje i fizjonomie aktorów. Jego lokalną wersję naturalnie kojarzymy głównie z obiegiem telewizyjnym.
          
Jeśli zatem paradoksalnym problemem polskiego kinowego filmu kryminalnego miałby być fakt, że grają w nim mówiący po polsku polscy aktorzy poruszający się w polskich realiach, to misja, która początkowo wydawała się dość prosta, okazuje się misją niemożliwą. Oznaczałoby to bowiem, że gatunek ten jest w naszej kinematografii w takiej kondycji [UWAGA SPOJLER!] jak leżący w laboratoryjnym inkubatorze kapitan Colter Stevens, z podobnymi jak kapitan rokowaniami na przyszłość.
Udostępnij: