Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/NOWE+HORYZONTY+2019%3A+Czarna+Madonna-134055

NOWE HORYZONTY 2019: Czarna Madonna

  • autor: Michał Walkiewicz
  • Relacja
Kolejnego dnia 19. MFF Nowe Horyzonty we Wrocławiu Michał Walkiewicz recenzuje dla Was horror "The Lodge" z Riley Keough, czyli nową produkcję Severina Fiali i Veroniki Franz ("Widzę, widzę"). Przypominamy też jego canneńską recenzję "Bólu i blasku" – autobiograficznej perełki Pedro Almodóvara z nagrodzonym Antonio Banderasem w roli głównej.

***

Domek w głębi lasu, rec. filmu "The Lodge", reż. Severin Fiala, Veronika Franz

Horrory, a przynajmniej te ufundowane na niewierze w czystość dziecięcego serca, straszą nas obrazami małoletnich demonów, psychopatów i sadystów. W filmach austriackiego duetu Severin Fiala-Veronika Franz wektor jest odwrotny – to dzieci mają problemy z zaufaniem, co, wbrew pozorom, wydaje się jeszcze bardziej przerażające. Pamiętacie "Widzę, widzę", w którym para blond cherubinków przekuła wątpliwości co do tożsamości swojej matki w barbarzyńską grę? A więc w "The Lodge" osierocone przez matkę dzieciaki łypią spode łbów na nową dziewczynę swojego ojca – jak dopowiedział im wujek Google, cudownie ocalałą z religijnej sekty. Wspólne wczasy w odciętym od świata domku letniskowym? Brzmi jak świetna zabawa.

thelodge_sundance.jpg


Film otwiera jeżące włosy na głowie ćwiczenie z tzw. "nastroju miejsca". Kamera prześlizguje się po wnętrzu drewnianej chaty: po zakurzonych meblach, miejscami osmalonych ścianach, skromnych draperiach, wreszcie – po figurkach z plastiku zastygłych w konwulsyjnych pozach. Wyeksploatowany przez kino grozy motyw domku dla lalek, wykorzystany ostatnio chociażby w wybitnym "Hereditary. Dziedzictwie", jest tutaj fundamentem równie ciekawej metafory. To nie opowieść o marionetkach w szponach sił nieczystych, lecz o ludziach uwięzionych w swoich własnych głowach. I tak jak cały domek jest w istocie labiryntem pokiereszowanego umysłu, tak w spowitych mrokiem pokojach kryją się głównie niewyegzorcyzmowane demony przeszłości; tej wciąż żywej oraz tej bardziej odległej, w zależności od tego, kto akurat wymierza sprawiedliwość za fantomowe krzywdy.

Źródła tegoż bólu nie są dla twórców tak interesujące, jak jego efekt uboczny, czyli gorliwa wiara. I podobnie jak św. Sebastian, który spoglądał na kingowską Carrie w chwilach największego upodlenia, zerkająca na bohaterów ze ściany Najświętsza Panienka raczej nie jest zwiastunem światłości wiekuistej. To głębokie przekonanie o własnej racji, umocowane w mechanizmach psychologicznych oraz emocjonalnych, jest u Franz i Fiali głównym straszakiem. I gdyby odrzeć całość z ornamentów kina grozy, zostałaby nam historia o strachu oraz resentymencie jako pożywce dla ekstremizmu. Riley Keough jest zresztą kapitalna w roli nowej macochy dzieciaków i bez trudu przemieszcza się pomiędzy wspomnianymi poziomami interpretacyjnymi. Paliwem horroru jest tutaj w dużej mierze jej fizyczność: mętne spojrzenie, niepewny chód, werbalna nadekspresja, momenty dziwnego zawieszenia pomiędzy jawą a snem.
 
Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ. 

***

Siedem i pół, rec. filmu "Ból i blask", reż. Pedro Almodóvar

"Wierzę w Boga, gdy doskwiera mi ból wszystkiego. Kiedy boli mnie tylko jedna część ciała, pozostaję ateistą" – deklaruje starzejący się reżyser Salvador Mallo (Antonio Banderas). Nic dziwnego. Alfą i omegą jego świata pozostaje kino. To o nim myśli, gdy podgrzewa heroinę w pozłotku. To za nim tęskni, narzekając na ból krzyża, refluks, stany lękowe oraz tuzin innych dolegliwości. I to ono poróżniło go z przyjacielem, do którego puka po trzydziestu dwóch latach milczenia.

1552577481_587146_1552586217_noticia_normal.jpg


Alberto (Asier Etxeandia) zgrzyta zębami, w jego oczach widać frustrację. Kiedyś nakręcili razem otoczony kultem film, lecz w świetle reflektorów ogrzał się tylko Salvador – reżyserowi nie podobała się interpretacja tekstu, glina, z której ulepiono aktora. Lecz dziś Alberto jest dla bohatera kimś zupełnie innym; na tyle ważnym, by uruchomić lawinę wspomnień: dzieciństwo na zabitej dechami prowincji, nauki w katolickiej szkole, występy w chórze, młodzieńcze rozczarowania, nacechowane magicznym pierwiastkiem pierwsze erotyczne fascynacje, trudną relację z matką, wreszcie – kiełkujące powoli nasionko kontrkulturowego buntu. Zaś sam Almodóvar, którego cząstkę albo i dwie odnajdziemy w Salvadorze, podsumowuje swoim filmem ponad czterdziestoletnią karierę. I mimo, że wciąż wierzy w czarny humor, ciepłą ironię oraz sensualną "fakturę" obrazu, dostrzega w przeszłości głównie ból, o blaskach woli milczeć.

Znamienny jest fakt, że reżyser zdecydował się obsadzić w głównej roli właśnie Antonio Banderasa. To Almodóvar wypchnął przecież w świat hiszpańskiego gwiazdora, dając mu role w "Matadorze", "Labiryncie namiętności", "Czym sobie na to wszystko zasłużyłam?" (podobny zresztą jest casus Penelope Cruz – tutaj w stonowanej, niemal trzecioplanowej roli matki małego Salvadora). I choć aktor na przestrzeni lat wracał przecież pod skrzydła mistrza, dopiero ten film ogląda się jak spłatę emocjonalnego długu: rewelacyjny Banderas zapuszcza siwą brodę i stroszy czuprynę, rozsmakowuje się w ledwie zauważalnych tikach, gestach i manieryzmach. Walcząc z bólem pleców, garbi się i przegina jak Nosferatu, zaś w ciemnych okularach i z głową w heroinowych oparach jest praktycznie nierozpoznawalny. Za sprawą fizycznych ograniczeń Salvador pozostaje artystycznym impotentem, lecz sztuka wciąż jest dla niego azylem. I myślę, że potrzeba ogromnej reżyserskiej odwagi, by ten rodzaj autobiograficznej narracji w ogóle uruchomić. "Ból i blask" to w dużej mierze opowieść o wolnym duchu uwiezionym w rozpadającym się ciele. O najpierwotniejszym z lęków, który nie jest wcale monopolizowany przez wyliniałych artystów.

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ

zobacz też:

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię