Artykuł

Podróże "past minute"

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Podr%C3%B3%C5%BCe+%22past+minute%22-90408
Teoretyk filmu Noel Carroll bronił kina mainstreamowego, twierdząc, że nierzadko stanowi ono większe intelektualne wyzwanie niż to artystyczne. Gdyby chciał być hiperkonsekwentny, pewnie uzależniłby się od filmów z motywem pętli czasu. Szkoda tylko, że w większości są to obrazy zaskakująco niezaskakujące, a względem współczesnej nauki zwyczajnie zacofane. Jeśli wydaje się Wam, że fizyk, oglądając większość tego typu produkcji, kręciłby głową z dezaprobatą, jesteście w błędzie – on zwyczajnie zasnąłby z nudów.


"Powrót do przyszłości"

"Czymże jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem" – od rozterek św. Augustyna minęło już kilka wieków, ale problem wciąż jest aktualny. Albert Einstein twierdził, że przeszłość, przyszłość i teraźniejszość to jedynie narzucające się złudzenia. Wtóruje mu współczesny kosmolog Paul Davies, podkreślając, że nic w znanej nam nauce nie odpowiada upływowi czasu. Opinie takie jak chemika Ilya Prigogine'a, że dowodem na upływ czasu są nieodwracalne procesy fizyczne, należą dziś do rzadkości. Dla większości naukowców czas jest po prostu tym, co mierzą zegary, wygodną kategorią określającą relacje między zdarzeniami. Ten intelektualny zamęt to przecież bezpośrednie zaproszenie do snucia niesamowitych historii opartych na temporalnych anomaliach, tym bardziej dziwi, że filmy bawiące się czasem są tak zaskakująco niezaskakujące i względem współczesnej nauki zwyczajnie zacofane. Jeśli wydaje się Wam, że fizyk, oglądając większość tego typu produkcji, kręciłby głową z dezaprobatą i mówił, że to wszystko bez sensu, jesteście w błędzie – on zwyczajnie zasnąłby z nudów.

Wakacje all-inclusive


Zabawy z czasem – jak zabawy z bronią – są ekscytujące, ale też bardzo niebezpieczne. Grożą gwałtem na logice zdarzeń i spójności świata przedstawionego oraz popadnięciem w ograne schematy fabularne. Powiedzmy sobie szczerze – większość takich filmów jest prosta jak rozkład pociągów PKP, a przedstawiane tam podróże w czasie dodatkowo prezentują podobny standard. Anomalie czasowe filmowcy wykorzystują chętnie jako szmatkę do przecierania kurzu z podstarzałych konwencji. Twórcy "Kate i Leopolda", "Zaklętych w czasie" i "Domu nad jeziorem" doszli do wniosku, że podróże w czasie to świetny sposób, aby pokazać, że miłosnymi konstelacjami rządzi przeznaczenie. Filmy skupione tylko i wyłącznie na komplikowaniu sercowych perypetii często zapominają, by bohaterom nadać jakiś indywidualny rys – obrazy takie jak "Szczęśliwy traf" to raczej wyjątek od reguły.

 
"Kod nieśmiertelności"

Niestety nie  tylko twórcy komedii romantycznych SF są tak urzeczeni samym pomysłem anomalii czasowej, że sprowadzają wszystkie inne elementy świata przedstawionego do mało istotnych emblematów.  Motyw ten zdecydowanie lepiej radzi sobie w filmach sensacyjnych –  logiczna łamigłówka, będąca jego konsekwencją, lepiej współgra po prostu z sensacyjną intrygą. Choć w "Deja vu" inspiracją do stworzeniu reguł podróżowania jest tylko luźno potraktowana teoria względności, a w "Kodzie nieśmiertelności" – mechanika kwantowa, świat przedstawiony wydaje się dosyć spójny, a drobne wątpliwości nie psują udanego seansu. Dużo lepiej prezentuje się też w nich wątek miłosny, w którym bohaterowie muszą przechytrzyć system, aby żyć długo i szczęśliwie (najlepiej bez własnego klona, którego powili podczas podróży). Ikoniczny dla podgatunku time travel "Powrót do przyszłości" zawiera trzy cechy, które słabsze produkcje kopiują na potęgę. Pierwsza z nich to tanie efekciarstwo samego lotu wehikułem – zawrotna prędkość, fajerwerki i pioruny; druga to kruchość świata, w którym wystarczy zmienić jeden element, aby wszystko z pomocą Efektu Motyla poprzestawiać, doprowadzając do katastrofy. Trzecia wreszcie to motyw "Jankesa na dworze króla Artura" – wyobcowanie przybysza z innego czasu jako niewyczerpane źródło żartów. Choć zdarzają się przykłady całkiem błyskotliwe jak "Idiokracja", której bohater-kretyn w świecie jutra okazuje się geniuszem, a reżyser filmu zamiast oddawać się marzeniom o powrocie do średniowiecza, woli w lekki, ale całkiem trafny sposób żartować na temat współczesności, w której homo sapiens konsekwentnie idiocieje.

W dżungli multiświata

Noel Carroll w "Filozofii kultury masowej" broni kina mainstreamowego, twierdząc, że nierzadko stanowi ono większe intelektualne wyzwanie niż to artystyczne. Gdyby chciał być hiperkonsekwentny, pewnie uzależniłby się od filmów z motywem pętli czasu. Nie dość, że rekonstrukcja zdarzeń jest w nich problematyczna, to jeszcze wiele zabawy dostarcza szukanie w fabule błędów logicznych. W tych najciekawszych sprawę komplikuje dodatkowo fakt, że w grę wchodzi więcej niż jeden mechanizm podróżowania. Najprostszą możliwością – jednorazowym skokiem prowadzącym do wymazania jakiegoś faktu w innym czasie jest tzw. "N-jump", w którym sukces unieważnia przyszłość, zapisując nową teraźniejszość.


Niektóre zapędy naprawiania przeszłości mogą prowadzić do uwięzienia w pętli czasowej. W przypadku "sawtooth snap" mamy do czynienia z niekończącym się powstawaniem kolejnych, różniących się między sobą osi czasu. W "Dniu świstaka" powtarzanie się tego samego dnia daje bohaterowi możliwość naprawiania, krok po kroku, wszystkich możliwych do popełnienia błędów. Każda ingerencja w przeszłość w "Terminatorze" stwarza odmienny świat, w którym John Connor wyrasta na trochę innego człowieka, jednocześnie wymazując swoją poprzednią wersję.

Stąd już o krok do "inifinity loop" – przypadku egzystencjalnie najtrudniejszego do udźwignięcia. Początkowo "Piąty wymiar" zdaje się nie mieć sensu, bo nie sposób znaleźć primum movens zaistniałej sytuacji, analizowanie zdarzeń przez widza naśladuje konsternację bohaterki. Jess, chcąc zmienić teraźniejszość przez ingerencję w przeszłość, za każdym razem nieświadomie wraca do punktu wyjścia.

Bardziej skomplikowany mechanizm, bo do końca niewyjaśniony, rządzi zachowaniem bohatera "Zbrodni czasu", bo istnieją przynajmniej dwa wyjaśnienia jego syzyfowego wysiłku. Jedno korzysta z koncepcji "infinity loop", drugie z tzw. statycznej teorii czasu (fixed time theory), mówiącej o tym, że podróże w czasie są możliwe, ale nie mogą odmienić przeszłości, bo skoro teraz jest jak jest, to znaczy, że w przeszłości musiało być tak, a nie inaczej. Każda więc próba zmiany albo zakończyła się niepowodzeniem, albo paradoksalnie doprowadziła do tej właśnie rzeczywistości, w której obecnie żyje bohater. Statyczna teoria czasu jest najbardziej zbliżona do współczesnych rozważań fizyków teoretycznych. Michio Kaku w "Fizyce rzeczy niemożliwych" umieszcza temporalne podróże na drugim poziomie niemożliwości, co oznacza, że znane nam prawa fizyki nie stoją na przeszkodzie w realizacji tego przedsięwzięcia (choć taką przeszkodą jest nadal aspekt technologiczny).

 
"12 małp"

Łamigłówkę opartą na przynajmniej dwóch koncepcjach czasu i kilku wariantach historii dostarcza "12 małp". Modyfikowana rzeczywistość świata zataczającego koło – od zagłady do prób jej przezwyciężenia – staje się dodatkowo metaforą niekończącej się walki o lepszą przyszłość. Najciekawsza w obrazie Gilliama jest przewrotna manipulacja – widz jest przekonany, że obserwowana historia opiera się na statycznej teorii czasu. To efekt narracji prowadzonej z punktu widzenia głównego bohatera, który mimo swej ingerencji w przeszłość nie może zmienić błędnego koła: jako dziecko niezmiennie pozostaje świadkiem własnej śmierci. Z szerszej perspektywy Cole okazuje się jednak tylko trybikiem w maszynie naprawiania świata, działającej według zasady "sawtooth snap" i dążącej do potencjalnego n-jumpu (czyli finalnego zapobiegnięcia katastrofie). W "12 małpach" ponura wizja i światło nadziei doskonale się przenikają.

Wartość filmu nie zależy jednak od stopnia skomplikowania czasowej pętli, ani ilości i jakości światów możliwych, które ona generuje – jego siłą może być sama filmowa forma, pokazująca, w jaki sposób rzeczywistość ulega modyfikacji. Grzechem głównym SF o temporalnych osobliwościach są dialogi bohaterów w funkcji didaskaliów. Paradoksy w "Looperze – Pętli czasu", będące wypadkową wielu różnych koncepcji czasu, są interesujące same w sobie, ale o mechanizmach działania świata widz niepotrzebnie dowiaduje się często wprost, z płynącego zza kadru monologu bohatera. Jedyne, co musi zrobić, to poskładać sobie wszystkie warianty w jedną całość.

 
"Looper"

Więcej satysfakcji przynosi samodzielna rekonstrukcja wydarzeń i wewnętrznej logiki przedstawianego świata za pomocą własnej wyobraźni. W "Wynalazku" dwóch młodych naukowców buduje wehikuł pozwalający poruszać się w bardzo ograniczonym wycinku czasu, co z kolei umożliwi im giełdowe spekulacje. Pozbawiona całkowicie efektów specjalnych niezależna produkcja skupiona jest wyłącznie na rzeczywistości poddanej próbom podróży w czasie. Twórcy w żaden sposób nie ułatwiają zadania widzowi i nie oferują fabularnych  fajerwerków w postaci przygody, romansu czy międzynarodowego spisku. Widz jest tak samo zagubiony jak bohaterowie starający się przewidzieć "co by było gdyby" i kombinujący, jak zapobiec ewentualnej katastrofie wynikającej ze spotkania własnego klona.

W "Donnie Darko" temporalna podróż jest właściwie podróżą do wnętrza umysłu, zupełnie niejednoznaczną historią samounicestwienia, świetnie omijającą wszelkie banały, w które łatwo popadają filmowcy pragnący zobrazować delikatną materię psychicznego niezrównoważenia.

Kolonizacja innej galaktyki


Steven Hawking spytał kiedyś przytomnie: "Jeśli podróże w czasie są możliwe, to gdzie podziewają się ci wszyscy podróżnicy z przeszłości?". Krążące nad fizyką widmo możliwości takich wojaży zainspirowało go do sformułowania teorii naukowej, która jednoznacznie udowodniłaby, że jest to niemożliwe. Projekt okazał się chybiony i Hawking musiał przyznać, że to wyjęte z pożółkłych kartek powieści SF marzenie może się kiedyś ziścić. Temporalna turystyka nie była możliwa w modelu Newtonowskim, ale po Einsteinie i kolejnych modyfikatorach mechaniki kwantowej i poczynającej sobie coraz śmielej teorii strun, jej realna możliwość domaga się rozstrzygnięcia. Tym bardziej kino SF powinno się wstydzić, że tak rzadko wykorzystuje anomalie czasowe jako sposób opowiedzenia czegoś ciekawego o rzeczywistości.

Warto zwrócić uwagę, że im dokładniej układa się wewnętrzną logikę stworzonego świata, tym więcej dziur i paradoksów grozi fabule. Po co John Connor ("Terminator") troszczy się tak o wysłanie swego przyjaciela w przeszłość, aby ocalił go przed robotami ze Skynetu, skoro znakiem sukcesu jego misji jest fakt, że John istnieje tu i teraz? Odpowiedź jest oczywista i bezsensowna jednocześnie – bez tego nie byłoby całej zabawy. Być może jedyny sposób, aby dobrze wykorzystać świat, w którym możliwe są czasowe dziwactwa, to odwrócić się plecami do banalnych rozważań "co by było gdyby" i zwrócić w stronę ludzkiego postrzegania rzeczywistości.

 
"Terminator: Bunt maszyn"

Gdyby zapytać fizyka, co nadaje ludzkiemu życiu sens, w dziewięciu przypadkach na dziesięć odpowiedziałby zapewne, że... zjawisko entropii i umożliwiająca go II zasada termodynamiki. To dzięki nim postrzegamy nasze życie jako historyczny proces, jako drogę od ignorancji do mądrości. Superbohater Dr Manhattan ("Watchmen") entropią nie zawraca sobie głowy – dla niego przyszłość i przeszłość są tak samo realne, jak gdyby wszystkie porządki czasowe istniały równocześnie. Dlatego coraz trudniej przyjąć mu ludzką perspektywę celowego działania. Problem entropii pojawia się co prawda w filmie "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" – bohater rodzi się starcem i umiera jako dziecko, ale już rozwój jego świadomości przebiega w taki sam sposób jak u każdego człowieka, zatem opowieść o tragedii redukowania podmiotu do coraz mniej skomplikowanej formy życia zamienia się w trywialną historię człowieka uwięzionego w nieadekwatnym ciele. Ciekawszy od Benjamina przypadek spotkał bohaterkę "Zakochanej bez pamięci", która nie przenosi się w czasie w żadnym wehikule, ale po jednej miłosnej schadzce budzi się jako ustatkowana mężatka. W sprawniejszych reżyserskich rękach mogłaby to być metafora jedynej dostępnej każdemu podróży w czasie, po której orientujemy się, że przespaliśmy pół życia troszcząc się o banalne sprawy, spychając to, co ważne, na daleki drugi plan. Niestety Sylvie Testud zdecydowała się tej opowieści nadać kształt niezobowiązującej farsy.

 
"Mr Nobody"

Bez względu na temat wszystkimi fabułami z temporalną osobliwością w tle rządzi pewna sprzeczność – prezentowane zdarzenia zaistniały i nie zaistniały jednocześnie, bo na naszych oczach poddawane są korekcie. Niewiele jest produkcji, które koło tego paradoksu potrafią obrócić na swoją korzyść. Obok "Donniego Darko" zdarzenia istniejące tylko potencjalnie w umyśle bohatera wykorzystuje "Mr Nobody". Reżyser nie daje się ponieść pokusie opowiedzenia fantastycznych przygód persony, która "pamięta" przyszłość tak samo jak przeszłość i dodatkowo wszystkie możliwe, ale niezrealizowane scenariusze swego życia. Człowiek-Nikt to podmiot niemożliwy, jego historia przez negację pokazuje ludzki świat pełen niedoskonałości – śmierci, miłosnych rozterek i trudnych wyborów. Jednocześnie te ułomności sprawiają, że działamy intencjonalnie, nie jesteśmy, jak Nemo, abstrakcyjnym bytem zawieszonym w próżni – jego doskonałość oznacza równocześnie bycie martwym za życia.

Na przeciwnym biegunie filmowej formy znajdują się kameralne "Drzwi" i "Druga Ziemia", w których wszystko, co jest prawdą, dzieje się poza umysłem bohaterów, jednak ich zrealizowane fantazje o naprawie przeszłości nie są przygodą z zaskakującą codą, ale przypowieścią o odpowiedzialności i konsekwencjach własnych zaniechań. Te nieliczne przykłady boleśnie podkreślają rozdźwięk między drzemiącym w "temporalnym science fiction" potencjałem a lenistwem w jego realizacji. SF łamiące zasadę liniowego czasu, ale wolne od logicznych łamigłówek i efektów specjalnych, jak żaden inny gatunek filmowy pozwala widzowi zasmakować gorzkiej ironii ludzkiego losu, utkanego z naiwnych iluzji i irracjonalnych nadziei. To nie nienaukowość i logiczne luki są największa bolączką filmowych podróży w czasie, ale ograniczone horyzonty kierowników wycieczek. Znane powiedzenie Einsteina, że "wyobraźnia jest ważniejsza od inteligencji" w kinie SF nabiera nowego znaczenia.