Artykuł

Polityka jest kobietą

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Polityka+jest+kobiet%C4%85-84692
Ostatnimi czasy w światowej polityce pojawiła się nowa siła koalicja, w której skład wchodzą między innymi Margaret Thatcher, Ulrike Meinhof i Maria Antonina. Spontanicznie utworzony ruch pomija różnice światopoglądu i temperamentu. Bez ostrzeżenia uderza w męską hegemonię.

Powyższa wizja nie przypomina kolejnego koszmaru niepewnych swojej męskości bohaterów "Seksmisji". Znacznie bliżej jej do statusu spełnionego snu Charlesa Fouriera. Francuski przedstawiciel socjalizmu utopijnego już na początku XIX wieku uważał, że najważniejszą miarą postępu społecznego będzie rozszerzenie praw kobiet. Od sformułowania tamtych deklaracji minęło wiele czasu naznaczonego burzliwymi przemianami życia społecznego i politycznego. Ostatecznie jednak panie coraz śmielej zaznaczają swoją obecność w życiu publicznym. Bez przesady można stwierdzić, że we współczesnej rzeczywistości istotną rolę emancypacyjną ma do odegrania także sztuka. Od pewnego czasu widać to także na polskim podwórku. Łatwo wyobrazić sobie przecież, jak wiele Polek, wciąż jeszcze zniewolonych na co dzień przez więzy patriarchatu, porzuciło codzienne obowiązki, by ustawić się w kolejce po autobiografię Danuty Wałęsy. Mniej więcej w podobnym czasie część z nich z pewnością wybrała się także do kina na "Żelazną damę" opowiadającą o rządach brytyjskiej premier Margaret Thatcher. W obu przypadkach nie gra roli jednakowoż mierna wartość artystyczna konkretnych utworów. Liczy się sam fakt, że masowa odbiorczyni zyskała możliwość zapoznania się z życiorysami kobiet, które – w odmienny sposób – zaznaczyły swoją obecność w zmaskulinizowanej sferze polityki.

W sidłach propagandy

Czy szansę na osiągnięcie podobnego rozgłosu ma opowiadający o birmańskiej opozycjonistce Aung San Suu Kyi  film "Lady"? Pewne wątpliwości w tym względzie mogłaby wzbudzić osoba reżysera.  Ostatnimi czasy Luc Besson sięgnął dna, podobnie jak bohaterowie jego "Wielkiego błękitu". Jednocześnie jednak francuski twórca w trakcie swojej kariery wielokrotnie udowadniał, że jak mało kto potrafi portretować na ekranie silne postacie kobiece. Aung San przypomina zresztą tytułowe bohaterki "Nikity" i "Joanny d'Arc" bardziej niż mogłoby się wydawać. Choć zamiast niezawodnej broni ma do dyspozycji siłę argumentów, charakteryzuje ją ta sama niezłomność i charyzma.


Życie Aung San, w którym znalazło się miejsce na twarde boje z wojskową juntą, dramatyczną rozłąkę z rodziną, Pokojową Nagrodę Nobla i piosenkę ofiarowaną przez zespół U2, stanowi gotowy materiał na scenariusz. Trudno przewidzieć jednak, czy francusko-brytyjskiej ekipie uda się oddać niuanse birmańskiego życia publicznego. Filmy o politykach realizowane bez znajomości  społeczno-kulturowego kontekstu ich działań często przypominały najbardziej prymitywne propagandowe agitki. Od popadnięcia w podobną pułapkę nie uchronił się swego czasu sam Volker Schlondorff. W "Strajku" niemiecki reżyser opowiedział o narodzinach polskiej "Solidarności" ze szczególnym uwzględnieniem roli, jaką odegrała w tych wydarzeniach Anna Walentynowicz. Schlondorff nie tylko nad wyraz niedbale naszkicował ówczesną sytuację polityczną w Polsce, lecz przede wszystkim nie poradził sobie z oddaniem psychologicznej złożoności swojej bohaterki. Walentynowicz, która zyskała później rangę jednej z najbardziej kontrowersyjnych postaci III RP, w filmie Schlondorffa jest wyłącznie pozbawioną charyzmy robotnicą.


Niezrozumienie  fenomenu bohaterki stało się główną przyczyną artystycznej klęski także w przypadku wspomnianej "Żelaznej damy". Wsławiona filmem "Mamma Mia!" reżyserka Phyllida Lloyd nadała dramatowi politycznemu prostotę właściwą raczej trywialnemu musicalowi. Zgodnie z jej wizją premier Thatcher nigdy się nie myli, a najbardziej kontrowersyjne decyzje podejmuje bez mrugnięcia okiem. Aby podważyć to idealistyczne spojrzenie, w pakiecie z "Żelazną damą" należałoby obejrzeć wcześniejszy o trzy lata "Głód". W debiucie Steve'a McQueena obecność brytyjskiej premier znamionuje wyłącznie jej głos, który beznamiętnym tonem informuje o o niepodejmowaniu jakichkolwiek negocjacji ze strajkującymi terrorystami. Już tych kilka małych scen wystarczy jednak, by rozbudzić na ekranie odczuwaną przez wielu ówczesnych Brytyjczyków grozę thatcheryzmu.

Wbrew systemowi

Niezależnie od etycznej oceny thatcherowskiej polityki, pani premier trudno odmówić poczucia zawodowego spełnienia. Nie wszystkie biografie zaangażowanych w życie publiczne kobiet mogą wybrzmieć pod tym względem jednakowo optymistyczne. Jeden z oryginalniejszych przykładów niedopasowania do pełnionej przez bohaterkę społecznej roli stanowi "Maria Antonina" Sofii Coppoli. Niesłusznie odrzucony przez krytykę film amerykańskiej reżyserki stanowi melancholijny portret władczyni, która okazała się zbyt słaba, by przetrwać krytyczny moment dla francuskiej monarchii. Kilka wieków później ofiarą swoich czasów okazała się w pewnym sensie także Ulrike Meinhof. Proces, w ramach którego stateczna dziennikarka przeistoczyła się w tragiczną ikonę lewackiego terroryzmu, stanowi jeden z głównych wątków głośnego "Baader-Meinhof" w reżyserii Ulego Edela.

 
"Maria Antonina" / "Baader-Meinhof"

Skomplikowana niemiecka historia XX wieku zmusiła do równie brzemiennych w skutki ideologicznych wyborów jeszcze wiele innych bohaterek. Na szczególną uwagę zasługuje przykład o zupełnie odmiennej wymowie etycznej, lecz podobnej emocjonalnej sile. Mowa o tytułowej bohaterce filmu "Sophie Scholl ostatnie dni". Młoda działaczka antyhitlerowskiej organizacji Biała Róża zapłaciła najwyższą cenę za sprzeciw wobec niegodziwej ideologii. Przypominający tę historię reżyser Marc Rothemund szczęśliwie uniknął jednak hagiograficznego zadęcia. Nie bez powodu zdecydował, że w finale filmu zamiast podniosłej muzyki tytułową bohaterkę żegna kojący głos Elli Fitzgerald.

Wielkie nadzieje

Ideologiczny wymiar działalności kolejnych bohaterek filmowych niekoniecznie musi wiązać się z brylowaniem na dyplomatycznych salonach i bezpośrednim sprawowaniem władzy. Wiele z nich przeszło do historii dzięki wyrazistości i konsekwencji przejawianej w codziennym życiu.  Jedną z najbarwniejszych postaci tego typu była z pewnością tytułowa bohaterka filmu "Pani Henderson" Stephena Frearsa. Owdowiała arystokratka nie tylko wzięła na siebie ciężar dostarczenia ludziom atrakcyjnej rozrywki w trudnych czasach II wojny światowej. Śmiałość obyczajowa kierowanego przez Laurę Henderson teatru antycypowała rewolucję seksualną i nauczyła podopieczne dumy ze swojej fizyczności. Innego rodzaju inspirującą odwagą wykazały się natomiast bohaterki "Dalekiej północy" czy "Erin Brockovich". Ciężko doświadczone przez życie kobiety nie wahały się wystąpić przeciw znacznie potężniejszym przeciwnikom i bronić swoich racji w zdominowanych przez mężczyzn środowiskach.


"Pani Henderson"

Osiągnięty przez  wszystkie te bohaterki sukces może okazać się równie inspirujący, co życie Aung San Suu Kyi. Choć w  biografii kobiety, którą Vaclav Havel nazwał "Ambasadorką Sumienia każdego z nas", nie brakuje momentów heroicznych, o jej wiarygodności najpełniej świadczą codzienny upór i konsekwencja.  Skuteczność strategii przyjętej przez birmańską polityk zyskała ostatnio wyraźne potwierdzenie. Znakomity epilog historii opowiedzianej w "Lady" stanowi pochodząca sprzed kilkunastu dni informacja, że po wielu latach starań Aung San wreszcie znalazła się w birmańskim parlamencie. Wygląda na to, że era kobiet w polityce dopiero się rozpoczyna. Z całą pewnością tej rewolucji będzie towarzyszyć także światowe kino.