Festiwal filmowy w Rotterdamie nie jest domeną gwiazd i przestrzenią agresywnego marketingu. To raczej poligon doświadczalny nowych kinematografii, tendencji i nazwisk. Od 46 lat impreza gromadzi olbrzymią publiczność (w tym roku aż 314 tys. sprzedanych biletów), znacząco wspiera twórców z rozwijających się krajów, zgodnie z renomą Rotterdamu jako miasta portowego chętnie wita przybyszy i wyprawia w świat innowacyjne idee. Po siedmiu latach rządów Rutgera Wolfsona jako dyrektora IFFR, obecnie drugą swoją edycję poprowadził Bero Beyer i ugruntował pierwsze zmiany: główny konkurs znacząco okrojono (tylko osiem filmów i jeden Złoty Tygrys zamiast trzech), a sekcje podzielono inaczej niż dotychczas: Bright Future (debiutanci i nowe talenty), Voices (znaczące tematy i historie), Deep Focus (mistrzowie i retrospektywy) oraz Perspectives (programy autorskie). Zwłaszcza na polu tych ostatnich Rotterdam od lat nadaje ton w świecie festiwali, w tym roku prezentując przeglądy A Band Apart (współczesny punk) i Criss-Cross (francuskie sensacje). W ramach Black Rebels (afroamerykańskie rebelie) zmieścił się oblegany masterclass
Barry'ego Jenkinsa – reżysera
"Moonlight", zwycięzcy plebiscytu publiczności. Bogatą panoramę dopełniły retrospektywy
Jana Němeca, zmarłego rok temu
enfant terrible czeskiej nowej fali, holenderskiego eksperymentatora Joosta Rekvelda oraz wystawa kinematograficznych wynalazków Nuts & Bolts.
"Sexy Durga"
Nas jednak najbardziej interesuje Hivos Tiger Competition, osiem światowych premier od Argentyny przez Bułgarię po Izrael. W tym roku jury słusznie nagrodziło indyjskie
"Sexy Durga" Sanala Kumara Sasidharana. Trzeci film keralskiego reżysera to zaskakująca mieszanka hinduskiej mitologii i współczesnego survival thrillera: młode małżeństwo łapie w nocy stopa, ale trafia na minibus z nadzwyczaj uprzejmymi gangsterami... Atmosfera gęstnieje z każdą minutą, kamera niemal nie wychodzi poza klaustrofobiczne wnętrze, zaś dodatkowe napięcie budują antagonizmy językowe i religijne: para pochodzi z Północy i nie zna malayalam, a na domiar złego jest mieszana, bo muzułmańsko-hinduistyczna, co nie wszystkim się podoba.
"Sexy Durga" zaczyna się od dokumentalnych ujęć święta theekam z mężczyznami podwieszanymi za haki wbite w skórę, a kończy niczym
"Funny Games" z heavymetalową muzyką i maskami. Klucz leży w tytule i imieniu głównej bohaterki: w mitologii Durga to bogini-wojowniczka, jedyna zdolna pokonać tyranicznego Mahishasurę, przedstawiana zazwyczaj na tygrysie z bronią w każdej z licznych rąk. Czy jednak we współczesnych Indiach, targanych brutalną przemocą, gwałtami i morderstwami, kobiety dysponują taką siłą? Reżyser filmu mówił: "Jako prawnik rozczarowałem się naszym systemem, który nie może pomóc wszystkim (...). W Indiach żyje ponad miliard ludzi. Wolność jest tu inaczej rozumiana, istnieje tylko wewnątrz. Nie ma bezpieczeństwa, nie ma wolności. Zarówno dla mężczyzn, jak i dla kobiet. Faceci zachowują się jak patriarchowie, chcą rządzić światem. Jeśli kobieta wychodzi nocą na ulicę, jest postrzegana jako prostytutka". Konflikt płci w
"Sexy Durga" urasta do rangi mitycznej, ale wyrasta z jak najbardziej realnego podłoża.
Drugim najlepszym według mnie filmem konkursu, niestety niezauważonym przez jury, była brazylijska
"Arábia", wspólny debiut
Affonso Uchôi i
João Dumansa. Motorem akcji jest śmierć robotnika Cristiano, w którego mieszkaniu znaleziony zostaje dziennik podróży i sezonowych prac. Dalszą narrację prowadzi w prostych słowach i nieporadnych zdaniach jego głos z offu, a narracja ta w niewymuszony sposób rozwija się od ballady po prawdziwą epikę.
"Arábia" to swoisty rewers dokumentu
"Śmierć człowieka pracy", hołd dla hobo nieobawiających się żadnego fachu – od zbierania pomarańczy przez pracę w tekstyliach po budowanie autostrad. Na drodze Cristiano zdarzy się i miłość, i przyjaźń, i śmierć, a komentować to będą piosenki folk i country, czasem wykonywane przez samych bohaterów po fajrancie. Film utrzymany w niespiesznym, lecz konsekwentnym rytmie pozostaje jednocześnie sentymentalny i surowy, zaś naturszczyk Murilio Uliari w głównej roli wkłada cały swój autentyzm, będąc – podobnie zresztą jak reżyser
Affonso Uchôa – doświadczony w temacie. Jeśli mówimy o kategorii szczerości, to nie brakuje jej bułgarsko-belgijskiemu
"Light Therafter" Konstantina Bojanova znanego z
"Avé" (nagrody m.in. w Warszawie, Sarajewie i na Fantasporto). Podobnie jak w poprzednim filmie, znów bohaterem jest nastolatek – lekko autystyczny i nadwrażliwy Pavel, który ucieka od niestabilnej matki, by po wielu przygodach zapukać do drzwi uwielbionego artysty.
Bojanov opowiada tę historię w serii wstecznych chronologicznie scen niczym w
"Nieodwracalnym", tak więc emocjonalne kulminacje i wyciszenia rozkładają się niekonwencjonalnie.
Barry Keoghan w głównej roli jest wspaniały, ale gorzej z drugim planem: mamą hedonistką czy malarzem mizoginem, łatwych do opisania jednym słowem.
"The Burglar"
Problemy z rodzicielską miłością stanowiły istotne tło i przyczynę zachowań bohaterek dwóch debiutów z tegorocznego konkursu IFFR. Izraelsko-niemiecko-francuski
"The Burglar" reżyserki
Hagar Ben Asher koncentruje się na postaci Alex, pozostawionej samej sobie przez tajemniczo znikającą matkę. Dziewczyna jest dodatkowo wstrząśnięta włamaniem do ich mieszkania, które wyzwala w niej nową personę: coraz bardziej profesjonalnej włamywaczki. Zaczyna od starszej sąsiadki, gdzie jej łupem pada oprócz biżuterii także aparat słuchowy, ułatwiający kolejne skoki. Reżyserka zdradza: "Kiedy byłam młoda, miałam prawdziwy talent do kradzieży. Byłam w tym niezła, może powinnam kontynuować i byłabym teraz złodziejem zamiast filmowcem. Nie kradłam, żeby przeżyć, bo miałam wówczas pracę. Ale włamywanie dawało mi siłę i pewność siebie, stanowiło część mojej tożsamości". Jednak Alex o tożsamość dopiero walczy i widać w niej jeszcze dziecinne powtarzanie kwestii zasłyszanych od innych, co prowadzi do wielu komicznych sytuacji. Próbując wejść w dorosłość, nawiąże także osobliwą więź z pewnym sejsmologiem, a także gepardem, którym opiekuje się w zoo. Wizjonerskie sceny spaceru z dzikim zwierzęciem po pustyni i mieście zwiastują narodziny wyzwolonej kobiety. Z kolei Casey, bohaterka
"Columbus" – debiutu koreańsko-amerykańskiego reżysera występującego pod pseudonimem Kogonada – czuje się na tyle odpowiedzialna za matkę, że kurczowo trzyma się rodzinnej miejscowości mimo szans na dalszą naukę. Uświadamia jej to Jin, syn znanego profesora architektury, który przylatuje odwiedzić ojca w szpitalu po zapaści, a więź powstająca między nimi przywodzi na myśl
"Między słowami". Architektura okazuje się nieprzypadkowa, bo tytułowe miasteczko w stanie Ohio słynie jako mekka modernizmu, gdzie powstało wiele kanonicznych budowli, realizujących utopię polepszania życia. Casey okazuje się zagorzałą jej miłośniczką, zaś Jin mimo rodzinnego uwarunkowania wręcz przeciwnie; ich leniwie sączące się dialogi, pełne ironii i ciepła, stanowią szkielet tego bezpretensjonalnego, lecz też nieszczególnego filmu.
O komplikacjach rodzinnych traktują, na bardzo wszak odmienny sposób, kolejne tytuły. Holenderskie
"Quality of Time", debiut
Daana Bakkera, to nowelowa mozaika o socjopatach różnej maści: jeden z bohaterów zmuszony jest przez wujka pochłaniać szynkę i mleko; drugi traci pracę i wraca do rodziców; trzeci nie może znaleźć partnerki. Młody reżyser sugeruje, że za każdym przypadkiem stoi rodzinna dysfunkcja lub trauma, lecz jako wyjście proponuje rozwiązania rodem ze sci-fi, typu maszyna czasu czy porwanie przez UFO. Na obszarze jednej noweli można te wymyślne koncepcje jeszcze znieść, zwłaszcza gdy idą w parze z zabiegami formalnymi (prosta animacja z plamkami w pierwszej, zdjęcia z drona i dialogowe dymki w drugiej), lecz po dłuższym czasie film zdecydowanie nuży. Ambitniejszym przypadkiem jest hiszpańsko-kolumbijska
"Sister of Mine" Pedro Aguilery – trzeci obraz autora znanego z głośnego canneńskiego debiutu (
"La Influencia"). W prologu obserwujemy pogrążonego w marazmie i alkoholizmie reżysera, który podczas oglądania pornosów trafia na filmik z udziałem przyrodniej siostry. Postanawia wrócić do rodzinnego miasta i sprawdzić, jak daleko posunie się nastolatka w przekraczaniu granic. Aguilera łudzi nas dotknięciem tabu, odwołaniami do
"Lolity" i
"Nagich i rozszarpanych", mieszanką voyeuryzmu i gore, ale wszystko pozostaje na poziomie soft, zaś psychologicznej głębi próżno tu szukać.
Wreszcie ostatni film z Hivos Tiger Competition, wyróżniony specjalną nagrodą jury za dokonanie artystyczne, trochę na wyrost moim zdaniem. To egzotyczna koprodukcja czilijsko-francusko-holendersko-niemiecko-katarska, czyli
"Rey" Nilesa Atallaha, długo pisany i fundowany debiutancki projekt. Obiecujący punkt wyjścia stanowi autentyczna historia Orélie-Antoine'a de Tounensa, francuskiego prawnika i podróżnika z końca XIX wieku, który na nieskolonizowanym skraju Ameryki zamarzył sobie nowe Królestwo Aragonii. Ponoć namówił indiańskie plemiona na zjednoczenie i konstytucję z samym sobą w roli króla, jednak wnet zajęły się nim władze ekspansywnego Chile. Ramą filmu
Atallaha jest sądowy proces awanturnika, który rozgrywa się w fantastycznej scenerii, a to lochu, a to lasu, gdzie wszystkie strony noszą maski. W serii retrospekcji – ujęć "postarzonych" w postprodukcji (niestety manierycznie i cyfrowo) – widzimy wyprawę Tounensa na Południe, serię niepokojących znaków typu powieszone końskie głowy i absurdalne rozmowy z przewodnikiem oraz tubylcami. Niestety, wyłaniający się z nich portret konkwistadora megalomana nie wnosi nic do tego, co znamy już z dzieł typu
"1492" czy
"Aguirre", natomiast ewentualny antypostkolonializm traci na ostrzu pod naporem wystylizowanych obrazów i wieloznacznych symboli. To typowy przykład egzotycznej koprodukcji skrojonej pod arthousowy obieg festiwalowy, bardzo błyskotliwej (jak mniemam) w treatmencie, natomiast mdłej i wtórnej w finalnym rezultacie.
Wśród innych filmów nagrodzonych w sekcji Bright Future należy wymienić zwłaszcza dwa: kanadyjskie
"Still Night, Still Light" w reżyserii
Sophie Goyette (Impact Cinema Award) oraz argentyńskie
"La Flor" (Part 1)
Mariano Llinása (Hubert Bals Fund Award). Ten drugi to bardzo oczekiwana pierwsza część 12-godzinnego projektu reżysera
"Dzikich historii", wspaniały hołd dla kwartetu ukochanych aktorek oraz kina klasy B.
Llinás mistrzowsko stosuje nieporadny montaż, nachalne ruchy kamery i przesadną muzykę w dwóch błahostkach rozdętych do dwóch godzin: archeologicznym horrorze o zemście mumii i muzycznym melodramacie skrzyżowanym ze szpiegowskim thrillerem. Twórca pojawia się zresztą w prologu i dokładnie opowiada o strukturze całości, gatunkowych nawiązaniach i inspiracjach, lecz w niczym nie zakłóca to pysznej zabawy. Po godzinie wszyscy zostają wciągnięci w głupie historie, a antrakt w trzeciej godzinie witają z jękiem rozczarowania – nie sposób nie zgodzić się z tym, że całość dźwigają wspomniane aktorki, w każdej noweli w innych rolach. Drugi wspomniany film przechodzi płynnie od bohatera do bohatera oraz z Kanady przez Meksyk do Chin: od niedoszłej pianistki i korepetytorki szukającej miejsca w życiu przez jej wrażliwego pracodawcę po jego starzejącego się ojca i ich ostatnią wspólną wyprawę. Uznanie jurorów wzbudziła zapewne umiejętność reżyserki w inscenizowaniu dwuznacznych sytuacji i dialogów oraz nastroju specyficznego wyciszenia.
"Ostatnia rodzina"
Na koniec dwa słowa o polskich akcentach. Pierwszy rzut oka na program ujawniał obecność bardzo dobrze przyjętej
"Ostatniej rodziny" Jana P. Matuszyńskiego oraz światową premierę
"Serca miłości" Łukasza Rondudy (pokazywanej także na Berlinale). To fabularyzowana wersja historii artystów Wojciecha Bąkowskiego i Zuzanny Bartoszek, granych przez rewelacyjny duet
Jacka Poniedziałka i
Justyny Wasilewskiej – przenikania się życia i sztuki, ale przede wszystkim rywalizacji między starszym i uznanym a młodą i zapatrzoną. Obraz o splecionych wampiryzmie i symbiozie, impotencji i namiętności, w rytm monotonnych "piosenek" Bąkowskiego oraz na tle gniewnych instalacji Bartoszek. O tym filmie będzie się jeszcze mówiło, tym bardziej że kurator i reżyser
Ronduda wprawia się w fachu po nieprzekonującym debiucie
"Performer", w czym wydatnie pomaga mu scenariusz
Roberta Bolesto (z dialogami współtworzonymi przez pierwowzory ekranowych postaci).
Rodzime ślady mogliśmy również znaleźć dalej, jak w izraelsko-polskiej koprodukcji
"Another Planet" Amira Yatziva (na odległych przykładach pokazujących żywość pamięci o obozach koncentracyjnych) oraz grecko-polskim filmie "Park"
Sofii Exarchou (pokazywanej już na Warszawskim MFF, ze zdjęciami
Moniki Lenczewskiej), wreszcie w
"Porto" Gabe Klinger (z premierą w San Sebastian, a współprodukowanym przez Madants). I kto wie, może kiedyś Polacy też przypłyną po Tygrysy?