Wywiad

Rozmawiamy z Jamesem McAvoyem

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Rozmawiamy+z+Jamesem+McAvoyem-107839
Był już profesorem Xavierem z serii "X-Men" i sympatycznym faunem z "Opowieści z Narnii". W "Wanted" strzelał z pistoletu z Angeliną Jolie, przyjaźnił się z Forestem Whitakerem, czyli "Ostatnim królem Szkocji", i odbywał "Pokutę" z Keirą Knightley. W opartym na powieści Irvine’a Welsha "Brudzie", który właśnie wchodzi na ekrany polskich kin, pokazał kolejną, całkiem nową twarz: łajdaka, seksoholika, alkoholika, narkomana i… policjanta w jednym.

"Brud"

"Brud" jest oczywiście adaptacją książki Irvine’a Welsha. Zdążyłeś wystąpić w całkiem pokaźnej liczbie ekranizacji. Czy zazwyczaj wolisz przeczytać oryginał, zanim zaczniesz pracę na planie, czy skupiasz się wyłącznie na scenariuszu?

Generalnie uważam, że jeśli historia w scenariuszu nie jest samowystarczalna, nie warto zajmować się takim projektem. Sytuacja, w której książka jest konieczna do zrozumienia skryptu, nie powinna mieć miejsca. Wszystko, czym ma być film, musi być zawarte w scenariuszu. A jeśli chodzi o moje zwyczaje, to zależą one od danego projektu. Jeśli adaptacja bardzo różni się od oryginału, to czytanie książki nie jest zbyt dobrym pomysłem. Inaczej, kiedy jest to wierna wersja – jak było w przypadku "Pokuty". Ale "Ostatni król Szkocji" i "Brud" odbiegają od swoich pierwowzorów. To pewnie dlatego Jon S. Baird (reżyser "Brudu") powiedział, żebym nie czytał książki, dopóki nie skończę pracy na planie. Kiedy film różni się od książki, czytanie jej nie jest zbyt pomocne. "Brud" jest wierny powieści w tym sensie, że zachowuje jej ducha. Ale na przykład kwestia stanu psychicznego Bruce’a (bohatera) nie odgrywa tam tak dużej roli jak w filmie.

No właśnie, co zaintrygowało Cię w tak mrocznej postaci jak Bruce Robertson? Grałeś już wcześniej ponure role, ale chyba nie aż tak.

Zobaczyłem tu okazję do zagrania kogoś, kto jest bardzo wyniszczony, w złym stanie. Zaciekawiło mnie to, że film nie opowiada po prostu o gościu z problemami, że już w ciągu pierwszych pięciu minut raz za razem daje widzowi po gębie. Budzi to u publiczności nienawiść do bohatera. Odbiorca mówi sobie wówczas "nie ma mowy, że wysiedzę jeszcze przez półtorej godziny tego syfu". Więc w ciągu kolejnych dziewięćdziesięciu minut próbujemy sprawić, że widz zrozumie go i poczuje coś innego niż gniew, choć Bruce wciąż robi potworne rzeczy. Wydało mi się to intrygującym konceptem. Weźmy tego okropnego człowieka i spróbujmy sprawić, że publiczność zacznie mu współczuć – na tyle, na ile to możliwe. To zaskakujące doświadczenie odbiorcze, nie spodziewasz się przecież początkowo, że twój stosunek do bohatera się ociepli. Niektórzy wychodzą z kina nie poczuwszy nic takiego, ale wielu jest zszokowanych tym, jak wiele emocji obudziło w nich zakończenie filmu. Dlatego właśnie chciałem w nim zagrać – żeby zabawić się z widzami w testowanie ich moralnych ograniczeń.

"Brud"

Jak próbowałeś zatem uczynić bohatera zrozumiałym i – do pewnego stopnia – nawet sympatycznym? Czy trudno było zajrzeć mu do głowy?

Próbowałem po prostu znaleźć coś, z czym mogę się identyfikować. Kluczem do bohatera było dla mnie to, że on nienawidzi samego siebie. Nienawidzi, bo wie, jak złą osobą jest, że jedynie ze swojej winy stracił żonę i dziecko. Ale ukrywa się przed tą prawdą za maską twardego faceta. Każdy z nas czasem czuje wstręt do siebie samego. Wystarczy tylko wziąć ten mały element, nakarmić go i wykorzystać. Chodzi o to, by pokazać, jak słaby w rzeczywistości jest Bruce. Bo on nie tylko "źle się zachowuje" – jest po prostu chory. To poważna choroba psychiczna. W prawdziwym życiu, gdy dopada mnie gorszy okres, po prostu staram się iść dalej. Ale w filmie mogę sobie pozwolić na zgłębienie tego stanu i na odnalezienie współczucia, którego na co dzień bym być może nie miał.  

Czy nie bałeś się popaść w przesadę? Wydaje się, że ta rola stwarza takie ryzyko.

Raczej nie. To wynika z tego, o czym już mówiłem, z chęci wystawienia na próbę przyzwyczajeń widzów w ramach filmowego medium, które z dnia na dzień staje się coraz bardziej bezpieczne, wygodne. A co do "rozmiaru" roli i przesady: bardzo denerwuje mnie, kiedy aktor nie robi nic. Pokutuje takie przekonanie, że to jest właśnie dobre aktorstwo. Tak, czasem faktycznie tak jest. Ale nieraz to po prostu ktoś nie robiący nic. "Mniej" nie musi zawsze oznaczać "więcej". Bywa, że "więcej" to po prostu "więcej". Dlatego nigdy się tym nie przejmowałem. Tym bardziej że akurat ta rola musiała być "duża", zaczepna. Lubię, kiedy aktor daje z siebie wszystko, cały pot i krew. Nie znaczy to, że w "Brudzie" brakuje momentów subtelności. Są tu chwile, gdy stosuję metodę "niegrania niczego", ale ten film wymagał przede wszystkim wyrazistej roli. 

Podobno jesteś bardzo sympatyczny i bezkonfliktowy na planach. Przyznała to m.in. Jessica Chastain, z którą pracowałeś nad "Zniknięciem Eleanor Rigby". Czy to po prostu Twój charakter czy część etyki zawodowej?

W zasadzie jedno i drugie. Uważam, że w pracy należy miło spędzać czas. Oczywiście, trzeba dawać z siebie wszystko i nie zadowalać się byle czym, ale miejsce, gdzie pracujesz, powinno być możliwie przyjemnym miejscem. Zwłaszcza gdy masz na tyle szczęścia, że trafiasz na plany filmowe czy telewizyjne, sale prób i sceny teatralne. To musi być przestrzeń, w której chcesz być. Dlaczego plan filmowy jest jednym z najbardziej niespokojnych miejsc, w jakich można się znaleźć? Nie można być napiętym przez cały dzień. Kluczem jest bycie zrelaksowanym, wyluzowanym. Chodzi o to, by pracować ciężko, a nie pracować nad pracowaniem ciężko. Rozumiesz, co mam na myśli?

"Zniknięcie Eleanor Rigby: oni"

Oczywiście. Więc jak to wyglądało na planie "Brudu"? Czy trudno było zachować luz, grając tak mroczną, napiętą postać?

Wcale [śmiech]. Czas na planie spędziliśmy bardzo miło. Poza tym i tak mam dość specyficzne – powiedziałbym: nieprzyzwoite poczucie humoru. Lubię czarny humor, więc "Brudprzypasował mi i pod tym względem. Zresztą, gdy materiał jest aż tak posępny, trzeba dbać o frajdę przy pracy, żeby zachować zdrowie psychiczne. 

Czy humor poprawiało Ci też to, że wcielałeś się w Szkota? To musiała być miła odmiana po tych wszystkich Anglikach i Amerykanach, których grałeś ostatnimi czasy. Czy wolisz grać w swoim rodzimym akcencie?

Lubię to. Dostaję zresztą całkiem dużo propozycji ról w szkockich filmach. I to świetne wrażenie wrócić do akcentu, ale nie z tego powodu zagrałem w tym filmie. Gdyby bohater był Irlandczykiem albo Amerykaninem, i tak chciałbym go zagrać. 

Pytam o to dlatego, że nie jesteś generalnie kojarzony ze Szkocją. Ludzie uważają Cię po prostu za aktora z Wielkiej Brytanii –  czytaj: Anglika.

Nie przeszkadza mi to. A fakt, że ludzie nie kojarzą mnie jako Szkota, to chyba dobry znak. Fakt, na świecie nie ma zbyt wielu Szkotów – jest nas tylko 5 milionów – i chyba nie lubimy opowiadać historii o sobie samych. Cieszę się więc, że mam szansę grać bohaterów skądinąd, bo gdybym pracował tylko w Szkocji, nie miałbym aż tylu perspektyw zawodowych.   
Udostępnij: