Wywiad

Rozmawiamy z twórcami "Tower Heist. Zemsty cieciów"

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Rozmawiamy+z+tw%C3%B3rcami+%22Tower+Heist.+Zemsty+cieci%C3%B3w%22-79279
Naszej redakcyjnej koleżance, Malwinie Grochowskiej przebywającej właśnie w Nowym Jorku, udało się porozmawiać z twórcami "Tower Heist. Zemsty cieciów" - Tedem Griffinem i Jeffem Nathansonem. Scenarzyści filmu specjalnie dla Filmwebu opowiadają o pracy z Benem Stillerem i Eddiem Murphym i fanaberiach nowojorskich bogaczy. 

 

Ted Griffin i Jeff Nathanson

Jakie to uczucie oddać swój scenariusz w ręce Stillera i Murphy'ego? Obaj są znani z tego, że dużo improwizują na planie.    

Ted Griffin: To żadne ryzyko, bo obaj są świetnymi aktorami komediowymi. Nie trzeba bać się o ich pomysły. To, co wymyślą, tylko przydaje sławy nam, scenarzystom! Natomiast gdy słabi aktorzy chcą zmieniać treść... wtedy robi się nieciekawie. Nie będę wymieniał nazwisk, ale takich przypadków jest sporo.

Udało Wam się przekonać sporo świetnych aktorów do scenariusza.

Jeff Nathanson: To nie do końca nasza zasługa. Komedia o pracownikach apartamentowca, którzy obrabowują bogacza, od początku była pomysłem Murphy'ego. Potem Eddie zajął się innymi projektami, ale w końcu wrócił do "Zemsty cieciów" – jako aktor i współproducent. Gdy Brett Ratner, reżyser, powiedział nam, że Murphy wystąpi w naszym filmie, pomyśleliśmy: Wow, lepiej być nie może. Udział takiego aktora to rzeczywiście spory zaszczyt dla scenarzysty.

TG: Ben [Stiller] sam wybrał swoją postać. I postawił nie na najśmieszniejszego bohatera, tylko tego, który dźwiga emocjonalny ciężar całego filmu. Wiedział, że wokół niego będzie sporo zabawniejszych gości, ale nie poszedł na łatwiznę i nie wcielił się w jednego z nich.


Początek filmu też ma ton całkiem serio.  

TG: Nie chcieliśmy robić komedii, ale bardzo zabawny film o dość poważnych sprawach. Nasi bohaterowie nie planują kradzieży dla żartu, dla nich to kwestia życia i śmierci. Jeśli nie odzyskają pieniędzy, stracą szacunek do siebie. Poza tym "Zemsta..." to także film kryminalny.

JN: Moim zdaniem to przede wszystkim komedia charakterów, w której pojawia się element kryminalny. Od początku seansu wiesz, że będzie tu chodziło o pościg, ale tak naprawdę wszystko rozgrywa się dopiero w trzecim akcie.

Chcieliście nawiązać do klasycznych heist movies?

TG: Oczywiście. Szczególnie do tych nowojorskich z lat 70., takich jak "Diamentowa gorączka" czy "Taśmy prawdy". Nowojorskie heist movies to właściwie cały sub-gatunek, bo miasto buduje w nich niepowtarzalny klimat. Myślę, że "Zemsta" nie udałby się, gdyby jego akcja toczyła się w jakimkolwiek innym mieście.  

JN: Chcieliśmy dobrze odtworzyć klimat Nowego Jorku i realia, w jakich pracują ludzie. Dlatego zanim rozpocząłem pracę nad tym projektem, rozmawiałem z wieloma osobami wykonującymi takie prace jak nasi bohaterowie: z odźwiernymi, dozorcami, pokojówkami. Staraliśmy się być jak najbliżej rzeczywistości.


A basen z wzorem studolarówki na terakocie też istnieje naprawdę, na dachu jakiegoś nowojorskiego apartamentowca?

TG: Nie, to już licentia poetica, basen został wybudowany w studiu. Ale bogacze trwonią pieniądze na inne, równie szalone rzeczy. Widziałem na przykład coś w rodzaju Stonehenge przeniesionego do luksusowego apartamentu. Stąd też pomysł na umieszczenie ferrari w penthousie naszego złego bohatera, granego przez Alana Aldę.

Czy film był w Waszym zamierzeniu krytyką bogaczy?

TG: Raczej satyrą na ekstremalne bogactwo. Chcieliśmy pokazać, jak olbrzymia przepaść dzieli klasę bogaczy od zwykłych ludzi. Ale samo bycie bogatym nie czyni jeszcze z człowieka przestępcy. Nasza krytyka dotyczy przede wszystkim bogatych oszustów.

JN: Nietrudno dostrzec podobieństwa pomiędzy naszym złym charakterem a Bernardem Madoffem, jednym z najsłynniejszych bogaczy nowojorskich, który także przebywał w areszcie domowym. Jednak pisząc "Zemstę...", myśleliśmy też szerzej o tendencji ogólnoświatowej: dziś wielu do gruntu zepsutych ludzi, socjopatów malwersujących ogromne sumy wygląda jak najmilsi, najbardziej nieszkodliwi dziadkowie. To przerażające.


Serwujecie widzom historię a la Robin Hood. Czy chcieliście, aby po wyjściu z kina poczuli się lepiej?

TG: Tak, mamy nadzieję, że nie pożałują, że wydali swoje ciężko zarobione pieniądze na bilet. Napisaliśmy nawet scenę, w której Arthur Shaw [filmowy szwarccharakter – przyp. red.] idzie do więzienia. W jej trakcie widz zdaje sobie sprawę z tego, że Shaw spędzi tam resztę życia. Chodziło nam o satysfakcję z takiego obrotu spraw.

Ted, ile "Zemsta..." ma wspólnego z "Ocean's Eleven", którego byłeś współscenarzystą?   

TG: Główny bohater pewnie oglądał pierwszą część serii. Pozostałe może też, ale mu się nie podobały. Ja ich nie pisałem (śmiech). Zamiar był podobny: chodziło o to, żeby widz był po stronie rabusiów, bo wie, że kradną w słusznym celu. Ciecie tym różnią się od ekipy Oceana, że nie wiedzą, jak zorganizować napad. Poza tym chcą zostać docenieni przez tych, którym przez kilkadziesiąt lat otwierali drzwi i którzy przechodzili obok nich obojętnie.