Wywiad

Rozmawiamy z Caseyem Affleckiem i Matthew Broderickiem, cieciami z "Tower Heist"

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Rozmawiamy+z+Caseyem+Affleckiem+i+Matthew+Broderickiem%2C+cieciami+z+%22Tower+Heist%22-79416
Choć "Tower Heist. Zemstę cieciów" trafi do naszych kin w najbliższy piątek, nasza koleżanka z redakcji, Malwina Grochowska, miała możliwość obejrzenia filmu już kilka tygodni temu podczas oficjalnej premiery w Nowym Jorku. Przy okazji przeprowadziła dla nas kilka interesujących wywiadów z jego twórcami i aktorami. W zeszłym tygodniu zaprezentowaliśmy Wam rozmowę ze scenarzystami "Zemsty" oraz Alanem Aldą i Teą Leoni. Dziś przepytujemy dla Was Matthew Brodericka i Caseya Afflecka. Przyjemnej lektury.

 

Obaj gracie w "Zemście cieciów" role drugoplanowe. Czy to ciekawsze niż bycie na pierwszym planie?


Matthew Broderick: Na głównym bohaterze spoczywa większa odpowiedzialność, bo publiczność odczuwa potrzebę, aby się z nim utożsamić. Na drugim planie nie musisz przejmować się tym, czy ludzie odnajdą w twoim charakterze coś z siebie. Wystarczy, że masz parę mocnych momentów. Ja to lubię, bo można zaszaleć. Na przykład nadać postaci tak dziwaczny głos, jak ty to zrobiłeś, Casey.

Casey Affleck: Mówisz tak ze złośliwości i dlatego, że wolałbyś grać większe role. No dobrze, wszyscy byśmy woleli. Uważam, że takim samym głosem mógłbym mówić jako główny bohater. Nie podoba mi się koncepcja, że główny bohater powinien być przezroczysty. Ludzie mają różne akcenty, dziwaczne cechy osobowości itd. Można je odtworzyć nawet będąc w centrum uwagi widza i nie doprowadzając go jednocześnie do wściekłości.
 
Matthew, Twoja postać jest bankrutem. Jakie to uczucie grać faceta przegranego, który już niczego dobrego się od życia nie spodziewa?

MB: Lubię bohaterów przegranych, są o wiele ciekawsi niż ci, którzy w życiu mają z górki. Ale mój bohater w końcu wygrywa, bo odzyskuje szacunek do siebie.


Czy Ty też straciłeś pieniądze na Wall Street?

MB: Nigdy nie interesowało mnie inwestowanie i spekulacje, wolałem zachowawczo lokować moje oszczędności. Co oczywiście nie znaczy, że mogę być o nie spokojny. Jestem w takiej sytuacji jak wszyscy: trzymam się nadziei, że coś tam jeszcze zostało na moim koncie.

Casey, Charlie, którego odtwarzasz, jest głosem rozsądku w "Zemście". Czy przypomina Ciebie pod tym względem?

CA: Czasem potrafię być bardzo pragmatyczny, czasem jednak postępuję nierozsądnie. Z jednej strony chcę podejmować decyzje spontaniczne, ale potem się z tego wycofuję, bo za bardzo się boję. Chciałbym być taki jak Charlie i nie poddawać się szalonym pomysłom. Ale mogę ci powiedzieć, że na początku, gdy powstała pierwsza wersja scenariusza, ta postać taka nie była, to mój wkład w nią. Na szczęście dość wcześnie zostałem zatrudniony do "Zemsty..." i pozostawiono mi wolną rękę pod wieloma względami. Myślę, że bohaterowie, których częściowo modeluje aktor, wypadają lepiej na ekranie. Ja przynajmniej mam wtedy poczucie, że zainwestowałem w nich prawdziwą część siebie.

 

Jak to się stało, że wystąpiłeś we wszystkich trzech częściach filmów o Oceanie?

CA: Bardzo zwyczajnie: robisz pierwszy film z serii, a potem zmuszają cię, by zrobić następny. Ale to była czysta przyjemność, bo pracowałem przy tej trylogii z wieloma wspaniałymi ludźmi. Tak samo było w tym przypadku – znalazła się tu jedna czy dwie osoby, które bardzo lubię.

MB: O, aż tyle? Kogo masz na myśli?

CA: Ciebie oczywiście. W miarę cię lubię. Ale masz też swoje dziwne momenty. Wiesz, że Matthew codziennie rano kłócił się z makijażystą? Kazał mu zmywać makijaż i robić go od początku. To mi się nie podobało.

Jako aktorzy pewnie obracacie się wśród elity i znacie bogatych ludzi podobnych do tych, których obśmiewa "Zemsta...".

MB: Bywałem w gościach w luksusowych penthouse'ach w hotelach, w których ludzie mieszkają na stałe. Uważam, że to dość szalone.

CA: Brett [Ratner] mógłby mieć basen jak ten z filmu, ze studolarówką. Pewnie wizerunek studolarówki widnieje nawet na jego pościeli.


Sami też macie odźwiernych?

MB: Niestety nie wiem, jak to jest mieć odźwiernego, ale myślę, że to całkiem fajne uczucie, gdy facet w eleganckim uniformie stoi przy twoich drzwiach. Rzadko nachodzą nas obcy ludzie, więc odźwierny byłby marnotrawstwem. Mieszkamy z Sarah [[person=3453]Jessicą Parker] i dziećmi dość skromnie, w domu jednorodzinnym i nigdy nawet nie widziałem od środka takiego luksusowego apartamentowca jak ten w filmie.

CA: Ja nie chciałbym mieć odźwiernego, bo wkraczałby w moją rodzinną przestrzeń. Wolę zachować granicę pomiędzy tym, co prywatne, a tym, co dzielę z innymi ludźmi.

Czy Waszym zdaniem "Zemsta cieciów" oddaje dobrze naszą rzeczywistość?

CA: Dla mnie ten film raczej przypomina kreskówkę. Jedni ciągle uciekają, inni ich gonią, ale nigdy nikomu nie dzieje się poważna krzywda. Nawet jak ktoś zostanie pobity, to trochę na żarty.

MB: Nierówności pomiędzy bogaczami a ich odźwiernymi, pokazane w "Zemście...", są za to bardzo rzeczywiste. Ale nie chcę odnosić tego filmu bezpośrednio do Ruchu Oburzonych i innych zdarzeń wokół nas, bo przede wszystkim miał być dobrą rozrywką, a nie społeczną analizą. Przy okazji, przez przypadek zahaczył o tematy, które okazały się bardziej aktualne, niż ktokolwiek w trakcie jego produkcji mógł sobie wyobrazić. Więc teraz mam nadzieję, że wszyscy pozostaną przez długi czas spłukani. Wtedy film będzie im bliski i zyska popularność.