Relacja

T-MOBILE NOWE HORYZONTY: Za wzgórzami

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/T-MOBILE+NOWE+HORYZONTY%3A+Za+wzg%C3%B3rzami-87284
Wstyd się przyznać, ale dopiero podczas wrocławskiej imprezy nadrobiłem wybitną "Różę" Wojtka Smarzowskiego. A jeśli tak bezlitosny dla zmysłów film okazuje się na festiwalu zastrzykiem energetycznym, to wiedzcie, że coś się dzieje.

W konkursie tymczasem remis 2:2. Można odetchnąć z ulgą i liczyć na to, że narcyzi i nudziarze poniosą porażkę. Kiepskie wrażenie po "Lecie" zatarł francuski "Tylko mój", natomiast o koszmarnej "Francophrenii" pozwoliły zapomnieć brazylijskie "Sąsiedzkie dźwięki". Na wysokości zadania stanął w swoim "Love Story" Florian Habicht, ale najważniejszym filmem dnia było "Za wzgórzami" – kolejny utwór Cristiana Mungiu, zdobywcy Złotej Palmy  w Cannes za "4 tygodnie, 3 miesiące i 2 dni".

Wina sąsiada

"Sąsiedzkie dźwięki" Brazylijczyka Klebera Mendoncy Filho otwiera długie ujęcie, w którym operator podąża za szusującą na wrotkach dziewczynką. Bohaterka wprowadza nas do enklawy zamożnego mieszczaństwa z miasta Recife – stolicy rolniczego regionu Pernambuco. Dla mieszkańców schludnego osiedla jedyną atrakcją wydaje się codzienny, sąsiedzki koncert: rozwrzeszczane dzieciaki, ujadające psy, sekcja dęta z placu budowy i popowe hity z repertuaru ulicznych sprzedawców. Przez tę kakofonię przebijają się jednak dźwięki złowróżbnych kotłów. Autorska ekstrawagancja czy zapowiedź schyłku tego poukładanego świata?    

Filho zagląda do kolejnych domostw. Joao – najważniejszą postać filmu, agenta nieruchomości, zakochanego w nowo poznanej dziewczynie – podpatruje w pracy i w łóżku. Kobietę imieniem Dia, umęczoną kurę domową, prowadzącą partyzancką walkę z psem swojej siostry, śledzi na trasie z kuchni do spiżarni. Francisco, dziadka Joao i monopolistę miejscowego rynku nieruchomości, zastaje zwykle w swojej twierdzy z piaskowca. Jest jeszcze Dinho – niereformowalny złodziejaszek i kuzyn Joao, który chce być złotousty jak bohaterowie Tarantino (w pokoju ma nawet plakat filmu "Jackie Brown"). Wreszcie, są pracownicy tajemniczej firmy ochroniarskiej. Jedyni oprócz nas, którzy wchodzą do tego świata z zewnątrz. I jak nietrudno się domyślić, ich przybycie nie jest zwiastunem niczego dobrego.  

W prologu widzimy zdjęcia ubogich rolników z rejonów Pernambuco. To, co z początku wydaje się jednak archiwalną ciekawostką, w finale nabiera zupełnie innego znaczenia. Chwyty stylistyczne rodem z dreszczowca, a nawet z horroru, powoli zmieniają narracyjną tkankę filmu. Bohaterowie śnią o końcu świata wzniesionego na wyzysku i przemocy wobec biedniejszych, zaś zwiewna, obyczajowa impresja zamienia się powoli w film o przekazywanej w genach mściwości.

"Sąsiedzkie dźwięki" sprawdzają się zarówno jako nieortodoksyjny dreszczowiec, jak i portret społeczeństwa panoptycznego, które na własne życzenie poddaje się wzmożonej kontroli. Najbardziej przekonujące są jednak wtedy, gdy podsycają nasze lęki przed wspólnotą mieszkaniową. Znam to z autopsji i mówię Wam: jest się czego bać. 


Zabawa w miłość

Nawiązanie do kultowego filmu Arthura Hillera nie jest przypadkowe. W "Love Story" nowozelandzki reżyser Florian Habicht prowadzi dialog zarówno z tradycją filmowego melodramatu, jak i z historią komedii romantycznej. Wnioski, do których dochodzi, nie są może specjalnie odkrywcze, na szczęście frajda, jaką czerpie z dekonstruowania gatunkowych klisz, udziela się również widzowi.  

W centrum rozegranego na styku dokumentu, fabuły i wideo-performance'u filmu mamy samego Habichta, który zakochuje się w pięknej nieznajomej z Nowego Jorku. Masha, bo tak ma na imię dziewczyna, szybko podbija jego serce, a opowieść o ich romansie staje się fabularnym szkieletem dla fascynującej, autotematycznej zabawy, a ponadto zapalnikiem wielopoziomowej autorefleksji reżysera. Tak, "Love Story" to film, którego autor uwielbia słuchać swojego głosu. Co zaskakujące, nie jest to jednak wystarczający powód do opuszczenia sali.

Habicht rozbija bank, a udaje mu się to z prostego powodu: w swojej zabawie idzie na całość. Nie stara się porozumiewawczo mrugać do nas okiem i nie przywdziewa butów namolnego jajcarza. W wykreowaniu persony nieszkodliwego i autentycznie zabawnego filozofa pomagają mu inni ludzie. Oddaje ekran m.in. sąsiadom, nieznajomym z ulicy, turystom, a także swojemu ojcu, który wydaje się krzyżówką oswojonego z kosmosem senseia oraz cwanego rekina biznesu. "Love Story" kwitnie w scenach, w których ojciec udziela synowi przez Skype'a marketingowych rad.  

Podobna konwencja szybko się wyczerpuje, lecz Habicht cały czas dba o to, byśmy ten fakt przeoczyli. Mnoży atrakcje i – w najgorszym wypadku –  raczej irytuje niż nudzi. A to już spora umiejętność.  

Poza językiem

Za wzgórzami leży klasztor, a niedaleko jest miasteczko i stacja kolejowa. Z pociągu wysiada na niej Alina (Cristina Flutur) i pada w ramiona oczekującej jej przybycia Voichity (Cosmina Stratan). Dziewczyny poznały się w sierocińcu – połączyła je przyjaźń, później zaś miłość. Teraz spotykają się po latach, ale życie rozdało im już inne karty: Alina wyjechała pracować do Niemiec, Voichita tymczasem odnalazła spokój w klasztorze. Mniszka nie wie, że Alina przyjechała ją odzyskać i nie zazna spokoju, dopóki nie dopnie swego.

Inspiracją dla scenariusza "Za wzgórzami" była historia tragicznego w skutkach egzorcyzmu, przeprowadzonego w mołdawskim monastyrze. Jego ofiarą padła młoda kobieta, a prowadzącym rytuał  był nawrócony pracownik elektrowni, który wstąpił w szeregi Kościoła po tym, jak rzekomo objawił mu się anioł. Tragiczną (i pompatyczną zarazem) historię spisała w cyklu reportaży Tatiana Niculescu Bran, zaś na film zamienił ją Cristian Mungiu, opromieniony sławą zdobywcy Złotej Palmy za "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni".


Najlepiej wyszło reżyserowi zdjęcie opowieści z melodramatycznego traktu. Zapłacił za to jednak wysoką cenę. Nie stygmatyzując żadnej ze stron ekranowego konfliktu, wydaje się zbyt łagodny dla opresyjnego kościelnego systemu i zbyt wyrozumiały dla balansującej na krawędzi bohaterki. W pierwszej scenie kamera podąża za nią krok w krok, ale to zasłona dymna, gdyż w parę minut narracja zostaje zobiektywizowana. Podobnie jest ze stosunkiem twórcy do bohaterów: nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Mungiu przydziela im racje dość mechanicznie. Kiedy charakteryzując ojca klasztoru, pozwala sobie na satyryczny skrót, to już za chwilę, celem zachowania równowagi, przedstawia go jako krynicę mądrości. W dziewięciu przypadkach na dziesięć ta bezstronność byłaby cnotą. U Mungiu sprawia jednak wrażenie, jakby wynikała ze strachu.

Wspomniany wcześniej "system" jest jednym z kluczy do jego filmu. Podobnie jak w swoim arcydziele sprzed pięciu lat, reżyser pokazuje starcie jednostki ze strukturami władzy – wtedy komunistycznej, tym razem kościelnej. Ukazuje je jako zderzenie nieprzystawalnych języków, kategoryzujących świat pojęć, poza które nie ma ucieczki. Alina wyrzuca Voichicie, że ta "nie potrafi już normalnie mówić", a lekarze z miasteczka odgradzają się do mnichów retoryką racjonalizmu. Alina zna pojęcie "miłości do Boga", lecz wydaje się uważać, że instynktownie, to jest prawdziwie, kocha się tylko drugiego człowieka. Takich wątków jest w filmie więcej. Z każdego płynie podobny wniosek: język Aliny nie jest wystarczający, by zakwestionować przekonania Voichity. I vice versa. Zaś gdyby nie interwencja władz klasztoru, skazane byłyby na ten bezowocny dialog aż do samej śmierci.

Film Mungiu trwa 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni, a tak się przynajmniej wydaje, bo wypchany jest fabularnym sianem, które niczemu nie służy. Odmierzana kolejnymi atakami szału Aliny historia szybko przestaje mówić cokolwiek nowego o bohaterkach, z kolei autor zaczyna dreptać po własnych śladach. Paradoksem jest fakt, że w Cannes wydreptał nagrodę właśnie za scenariusz.

 
Udostępnij: