Wywiad

Tyle miłości. Filmweb rozmawia z Michaelem Hanekem

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Tyle+mi%C5%82o%C5%9Bci.+Filmweb+rozmawia+z+Michaelem+Hanekem-85698
Spotykam go, jeszcze zanim zapada werdykt jury. Cóż za zaskoczenie: Michael Haneke jest serdecznym człowiekiem niekojarzącym się na pierwszy rzut oka ze swoimi zimnymi filmami. Na każde pytanie odpowiada z niemiecką precyzją i kilkakrotnie wybucha śmiechem.  

Starzenie się i umieranie – czy wybrał Pan te tematy z jakiegoś szczególnego powodu?

Każdy z nas znalazł się kiedyś w sytuacji, w której cierpiał ktoś przez niego kochany. To był dla mnie punkt wyjściowy filmu. Temat starzenia się pojawił się później, wraz z decyzją obsadzenia w głównej roli Jean-Louisa Trintignanta. Początkowo chciałem zrobić inny film o umieraniu: miał on opowiadać o trzydziestoparoletnim małżeństwie, którego chory na raka dziesięcioletni syn powoli odchodzi. Jednak ta opowieść miałaby mniej uniwersalny wymiar. Rak, choć nie jest czymś rzadko spotykanym, ma jednak cechy przerażającego Przeznaczenia, które dopada niektórych. Natomiast starzenie się dotyczy nas wszystkich.

Dlaczego cały film toczy się praktycznie wyłącznie w mieszkaniu bohaterów?

To dobrze sytuowane małżeństwo, które może sobie pozwolić na domową opiekę. Oczywiście ich położenie nie jest typowe. Większość ludzi umiera w hospicjach, co jest jeszcze gorsze. Ale ból jest taki sam. Nie chciałem rozpraszać się na inne miejsca akcji. Wolałem wyeliminować warstwę problemów finansowych, bo to nie ma być dramat społeczny, lecz ludzki.

Czy chętnie ogląda Pan własne filmy?

Nie. Chyba żaden reżyser traktujący swoją pracę poważnie nie lubi tego, ponieważ dostrzega się przede wszystkim swoje błędy. Z drugiej strony, nie zrobiłem do tej pory rzeczy, której bym się strasznie wstydził. Tyle że oglądanie popełnionych już błędów nic mi nie daje, wolę oglądać cudze filmy.

Stwierdził Pan kiedyś, że choć uważa "Salo, czyli 120 dni Sodomy" za wspaniały film, trudno sięgnąć po niego ponownie. To samo można powiedzieć o wielu z Pana filmów. Czy to Pana działanie z premedytacją?

Nie. Natomiast chcę, aby oglądanie mojego filmu było intensywnym przeżyciem, nie konsumowaniem produktu. Chcę wyjąć widza z jego bezpiecznego środowiska. Lecz trudno uogólniać to do każdego mojego filmu. W przypadku "Funny Games" rzeczywiście planowałem zszokować widza, dać mu odczuć, czym naprawdę jest przemoc.

Im ważniejszy jest temat, którym się zajmuję, tym większa jest moja odpowiedzialność. Staram się oddać mu sprawiedliwość, nie traktować go powierzchownie. A trudno o poważniejszy temat niż cierpienie ukochanej osoby.

 
Jean-Louis Trintignant / Isabelle Huppert

Wytrąca Pan widzów z dobrego samopoczucia. Czy to samo dotyczy aktorów, z którymi Pan pracuje?

Proszę ich o to zapytać.

Ale oni sobie zaprzeczają! Jean-Louis Trintignant mówi, że bardzo ciężko kręciło się "Miłość", tymczasem dla Emmanuelle Rivy i Isabelle Huppert było to bardzo przyjemne przeżycie.    

Na pewno trudny temat filmu wpływa na samopoczucie aktorów – na planie trzeba wytworzyć odpowiednią do niego atmosferę. Ale w przypadku takich profesjonalistów jak Jean-Louis, Emmanuelle i Isabelle nie jest ciężko uzyskać odpowiedni efekt przed kamerą, a po chwili wrócić do normalnego życia. Przy "Białej wstążce" utrzymanie tego kontrastu wymagało więcej wysiłku, bo pracowałem z dziećmi. Trzeba szczególnie zadbać o to, aby one czuły się szczęśliwe na planie.

Zawsze staram się, aby aktor czuł się tak komfortowo, jak to tylko możliwe. Czy mi się to udaje, to już osobna sprawa. Mam opinię bardzo wymagającego reżysera i rzeczywiście, powtarzam ujęcia, aż osiągnę to, co sobie założyłem. W każdym razie żaden aktor jeszcze nigdy się nie skarżył i chętnie powracają do współpracy ze mną.

Powiedział Pan, że nie zrobiłby "Pianistki" bez Isabelle Huppert. Czy "Miłość" mogłaby powstać bez któregoś z dwojga głównych aktorów?

Napisałem scenariusz dla Jean-Louisa Trintignanta. Potem szukałem odpowiedniej aktorki do roli Anne. Odbył się typowy casting i Emmanuelle okazała się idealna do roli.


Emmanuelle Riva / Michael Haneke / Jean-Louis Trintignant

Dlaczego Trintignant?

Zawsze był jednym z moich ulubionych aktorów. Bije od niego niesamowite, bardzo ludzkie ciepło. Niewielu jest jemu podobnych, szczególnie w jego wieku. Ma w sobie tajemnicę, a to cecha jedynie największych. Daniel Auteuil też to ma. Widz patrzy na niego i nie do końca dostrzega, co się za nim kryje. To fascynujące.

Stąd też dwuznaczność postaci Trintignanta? Wydaje się jednocześnie potworem i kochającym mężem.

Nie wiem, czy jest potworem. Ale tak nazywa mnie wciąż moja żona.

Dlaczego Pana bohaterowie zawsze noszą te same imiona: Anne i Georges?

Dlatego że nie mam wyobraźni.

Nie wierzę Panu.

To prawda! Przy moim pierwszym filmie telewizyjnym zastanawiałem się, jak nazwać bohaterów, aby ich imiona były stosunkowo proste i łatwe do zapamiętania. Wtedy pojawili się Anne i Georges i tak już zostało. W moich filmach nie jest jak u Tomasza Manna, u którego wystarczy przeczytać nazwisko, a już wiemy, kim jest bohater. W kinie byłoby to bez sensu. W życiu ludzie zwykle nie mają wyboru imienia i nazwiska, nie mają one nic wspólnego z ich wyglądem i działaniem. Dlatego nie przywiązuję wagi do imion.

Najpierw nauczycielka w "Pianistce", teraz emerytowani nauczyciele gry na pianinie. Można odnieść wrażenie, że uważa Pan pianistę za specjalny rodzaj człowieka.

[śmiech] Jak miałem czternaście lat, sam chciałem zostać pianistą, a mój ojczym był dyrygentem i kompozytorem. Pewnie dlatego powracam do nich w filmach.


Dźwięki odgrywają w "Miłości" bardzo ważną rolę. Jak wyglądała praca nad nimi?

Dźwięk jest dla mnie bardzo istotny i uważam, że dodawanie go po nakręceniu sceny zabija ducha filmu. Dlatego nie cierpię postsynchronów. Ale do tego, aby móc wykorzystać dźwięk nagrany na planie, potrzebuję grupy świetnych technicznych. Na szczęście znalazłem taką ekipę i współpracuję z nią od mojego pierwszego francuskiego filmu. Z drugiej strony, w postprodukcji można poprawić bardzo wiele rzeczy, podkręcić atmosferę. Robię to chętnie, to takie moje specyficzne hobby.

Przy "Pianistce" montaż trwał trzy tygodnie, a montaż dźwięku – trzy miesiące.

Dlaczego wybrał Pan Franza Schuberta do ścieżki dźwiękowej?

To bardzo proste. Zawsze wybieram Schuberta, Mozarta albo Bacha, bo ich uwielbiam. I myślę, że Impromptu, Opus 90 - No. 3 Schuberta nadaje się idealnie do "Miłości". Tak samo jak chorał z "Pasji świętego Jana" Bacha: Wołam cię Jezu, usłysz moją modlitwę. Czemu jego wykonanie zostaje nagle przerwane, to już widz sam może zinterpretować.

 

"Miłość" to wielka historia miłosna. Jaka kinowa historia miłosna jest Pana ulubioną?

[głęboki, tubalny śmiech] Nie mam pojęcia. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. [dłuższa pauza] Chyba będzie to "Kobieta pod presją".

Najpierw pojawiła się sama historia czy jej tytuł?

Tytuł pojawił ostatni. Tak jak w przypadku Mozarta, który uwerturę "Don Giovanniego" napisał w noc przed premierą. Ale bynajmniej nie porównuję się do Mozarta!

Miałem dziesięć pomysłów na tytuł i każdy z nich był zły. W końcu Jean-Louis po przeczytaniu scenariusza powiedział: Ile tu miłości! Tytuł powinien brzmieć "Miłość". Uznałem, że jest idealny. W tym filmie jest wiele miłości i czułości. Zresztą te uczucia pojawiają się też w moich innych obrazach, ale często są niesłusznie przeoczane.
Udostępnij: