Wywiad

O smaku whisky: Rozmawiamy z gwiazdą "Angels' Share"

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/O+smaku+whisky%3A+Rozmawiamy+z+gwiazd%C4%85+%22Angels%27+Share%22-85919
Jego historia brzmi jak bajka o Kopciuszku: ze złej dzielnicy w Glasgow Paul Brannigan trafił na czerwony dywan w Cannes. Umożliwił mu to Ken Loach, dając mu główną rolę w "Angels' Share", którego streszczenie brzmi niemal równie bajkowo: chłopakowi z nizin społecznych udaje się dzięki sprytowi i talentowi odnieść sukces. Reżyser otrzymał za film Specjalną Nagrodę Jury na festiwalu w Cannes.

Czy wyobrażałeś sobie kiedyś, że zagrasz główną rolę w filmie, który będzie oglądany na całym świecie?

Nigdy! Jeszcze niedawno moje życie wyglądało tak jak życie głównego bohatera, Robbiego. Straciłem pracę i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Potem urodził mi się syn i to dało mi motywację, aby walczyć. Jednak nadal nie mogłem znaleźć pracy. Nie było łatwo. W dzieciństwie każdy wokół marzył, że będzie aktorem albo piłkarzem, ja nie. Nigdy nie liczyłem na to, że mi się coś takiego przydarzy.

Twoja historia rzeczywiście bardzo przypomina historię Robbiego. Jakby Paul Laverty pisał scenariusz "Angels' Share" z myślą o Tobie.

Było odwrotnie. Spotkaliśmy się w ośrodku, w którym pracowałem społecznie z dzieciakami jako trener piłki nożnej. On szukał bohatera do nowego filmu Kena Loacha, o czym wówczas jeszcze nie miałem pojęcia. Opowiadał mi historię, którą napisał, a ja bez przerwy się śmiałem. Na końcu spytałem, skąd tyle o mnie wie. I opowiedziałem mu moją przeszłość. Obaj byliśmy w szoku, ile było zbieżności w scenariuszu i moim życiu.

Ale chłopaków z podobnym do mojego życiorysem można znaleźć w Glasgow tysiące. Takich, co to pochodzą ze złej dzielnicy, byli w więzieniu, bo wplątali się w jakąś idiotyczną bójkę, są bez pracy, za to z rodziną na utrzymaniu.

Jak zmieniło się Twoje życie po zagraniu w filmie?

Odzyskałem poczucie własnej wartości. Znowu uwierzyłem, że mogę coś osiągnąć w życiu.

A jak przyjechaliśmy z filmem do Cannes, to już czułem się jak na narkotycznym tripie. Nagle stajesz się kimś, ludzie cię podziwiają. To niesamowite uczucie, gdy idziesz po dywanie w świetle fleszy, a potem pełna sala, ponad dwa tysiące ludzi, serwuje ci owację na stojąco. Oczywiście jednocześnie dusiłem się pod muszką, ale i tak było fantastycznie.

 

Jak się gra u Loacha?

To nie było granie w filmie, raczej przyjemne spędzanie czasu z przyjaciółmi.

Ponieważ życie Robbiego tak przypomina moje, doświadczenie pomagało mi w zrozumieniu jego postaci. Jak Ken mi mówił, że mam być bardziej agresywny, myślałem o jakimś wydarzeniu z mojej przeszłości i jak w reagowałem w podobnej sytuacji.

Poza tym on jest niesamowicie miłym facetem. Spokojnym, ale bezpośrednim, gdy trzeba. W niczym nie przypomina ważnego "pana reżysera", jakim go sobie wyobrażałem. I co w nim jest wyjątkowego, to fakt, że każdego traktuje tak samo, niezależnie od jego funkcji. Nieważne, czy jesteś gościem, który nosi kable, czy gwiazdą jego filmu. Przywita się z tobą, będzie pamiętał, jak się nazywasz i dbał o to, żebyś czuł się dobrze na planie. Wspaniale pracuje się w takiej atmosferze. Wtedy chcesz dać z siebie wszystko.

Zanim go poznałem, oglądałem między innymi "Sweet Sixteen" i "My Name is Joe". Bardzo lubię jego filmy, bo jest w nich dużo serca i opowiadają o zwykłych ludziach.

Robbie odkrywa w filmie swój talent do smakowania whisky. Też się znasz na tym trunku?

Nie do końca. Był taki okres w moim życiu, że piłem szklankę na sen. I było mi wszystko jedno, jaka to będzie whisky. Ale potem na świat przyszedł mój syn, trochę się zastanowiłem i stwierdziłem, że szklanka nie rozwiązuje moich problemów. Dopiero w trakcie kręcenia filmu nauczyłem się smakować whisky.


Loach i Laverty dopisali szczęśliwe zakończenie do Twojej osobistej historii. Ale dziś całe pokolenie nie ma pracy, a ich talent się marnuje. Czy myślisz, że Twoi rówieśnicy mogą liczyć na podobny cudowny happy end?

Sam wciąż nie mogę się nadziwić, że mi się udało. Znajdowałem się w bardzo złym położeniu. Moja rodzina była zamieszana w różne sprawy: narkotyki, vendetta, więc już jako dziecko miałem wdrukowane pewne zachowania. Kiedy patrzę na moją bliznę, przypominam sobie, jak blisko wciąż tego wszystkiego jestem. Miałem szczęście, że szkło w trakcie bójki wylądowało na moim policzku, a nie w oku. Trudno się wyrwać z tego kręgu i nie przekazać złych wzorców swoim dzieciom.

Ale zawsze trzeba próbować. Mam nadzieję, że będę dla takich chłopaków jak ja dobrym przykładem, że może się udać. Niektórzy już mnie rozpoznają, bo autobusy w Glasgow są zaklejone plakatami filmu, więc mam okazję pogadać z różnymi ludźmi.

I grasz w kolejnych filmach.

Zagrałem drugoplanową rolę w "Under The Skin" ze Scarlett Johansson. Ona jest tam kosmitką w ludzkiej skórze, której zadaniem jest uwodzić i zabierać na swoją planetę takich naiwnych Ziemian jak mój bohater. Teraz wszyscy myślą, że we wspólnej scenie Scarlett mnie uwodziła i się przede mną rozebrała. Niestety, było odwrotnie, to ja musiałem się rozebrać. To mało komfortowa sytuacja. Ale Scarlett była bardzo miła, uspokoiła mnie i dała kilka rad aktorskich.

Co chcesz robić w przyszłości?

Uczyć się aktorstwa i dalej pracować jako aktor. Znalazłem agenta w Londynie, chodzę na castingi. Czasem jakiś Szkot jest do filmu potrzebny. Wiele osób mi doradza, aby nauczyć się grać z amerykańskim akcentem, to dałoby mi większe możliwości.

A co ci radzi Loach?

Aby być sobą. I olać amerykański akcent.
Udostępnij: