Relacja

WENECJA 2017: Na przedmieściach

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/WENECJA+2017%3A+Na+przedmie%C5%9Bciach-124725
Kolejny dzień, kolejne recenzje filmów prezentowanych w Wenecji. Łukasz Muszyński obejrzał  "Suburbicon", długo oczekiwany film w reżyserii George'a Clooneya, z kolei Piotr Czerkawski wybrał się na "Foxtrota", kolejny obraz laureata Złotego Lwa, Samuela Maoza ("Liban").

Grom w raju (recenzja filmu "Suburbicon", reż. George Clooney)



 Mało jest filmów, które czekały na realizację równie długo co "Suburbicon". Joel i Ethan Coenowie napisali pierwszą wersję scenariusza w połowie lat 80., tuż po premierze "Śmiertelnie prostego". Liczyli na to, że po sukcesie debiutanckiego dzieła bez problemu znajdą fundusze na czarną komedię z elementami noir. Sprawy potoczyły się jednak tak, jakby bracia byli bohaterami we własnym filmie. Nikt co prawda nie zginął, ale próba zdobycia pieniędzy nie poszła zgodnie z planem. W 2005 roku pieczę nad przedsięwzięciem objął w końcu ich dobry znajomy, George Clooney. Jednak i on musiał poczekać kolejną dekadę, nim pojawili się chętni na sfinansowanie produkcji. W międzyczasie projekt ewoluował - humor trochę się rozrzedził, a historia niespodziewanie nabrała politycznego ciężaru. W efekcie "Suburbicon" Anno Domini 2017 położony jest gdzieś między dwoma innymi filmowymi miasteczkami - "Fargo" oraz "Selmą". Prócz jatki i zgrywy mieszka w nim również społeczne sumienie.

 Nie wiem, jak było z wami, ale ja po obejrzeniu zwiastuna myślałem, że fajtłapowaty Matt Damon będzie krwawo mścił się na zbirach odpowiedzialnych za śmierć żony. Cóż, klip rozmijał się z prawdą, ale właściwie można to uznać za jego zaletę. Zwłaszcza w czasach, gdy twórcy trailerów mają w zwyczaju beztrosko streszczać pół filmu. Aby za wiele nie zdradzać, napiszę tylko, że Clooney i Coenowie celują raczej w dreszczowce Billy'ego Wildera aniżeli "Życzenie śmierci". Akcja obrazu rozgrywa się w latach 50. w tytułowej, pozornie sielskiej miejscowości. Na uboczu kryminalnej intrygi (w którą widz zostaje wrzucony z marszu i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia) rozwija się inspirowany autentycznymi wydarzeniami wątek obyczajowy. Oto do sąsiedztwa zamieszkanego do tej pory przez same białe rodziny wprowadza się czarnoskóre małżeństwo z synkiem. Zszokowani obywatele domagają się od władz Suburbiconu natychmiastowej eksmisji przybyszy. Gdy ich prośby i groźby trafiają w próżnię, protestujący postanawiają na własną rękę wykurzyć "czarnuchów".

 Obie historie pozornie splatają się, ale w rzeczywistości niespecjalne na siebie oddziałują. Każdy gra tu we własną grę i stara się nie wchodzić pozostałym w paradę. Czasem z korzyścią dla filmu - jak w świetnej scenie, w której tłum rasistów oblega domostwo Afroamerykanów, podczas gdy w budynku obok zbiry w spokoju znęcają się nad rodziną głównego bohatera. Częściej jednak ma się wrażenie, że na ekranie ścierają się dwie odległe strategie artystyczne. Twórcy "Prawdziwego męstwa" chcieliby zaserwować widzom firmowy koktajl egzystencjalnej tragifarsy i thrillera. Clooney z kolei woli dać upust lewicowej wrażliwości, napiętnować patologie w amerykańskim społeczeństwie. W efekcie utwór początkowo ma problemy ze znalezieniem właściwego tonu. Zaczyna się jak satyra, potem skręca w kierunku dramatu o "końcu niewinności", by wreszcie wytaplać się w kałuży krwi. Kiedy jednak karuzela atrakcji zaczyna kręcić się na całego, film rozkwita.

Całą recenzję Łukasza Muszyńskiego przeczytacie TUTAJ 


Zgubiony rytm (recenzja filmu "Foxtrot", reż. Samuel Maoz)

 
O Samuelu Maozie można powiedzieć wszystko, ale nie to, że odcina kupony od dotychczasowych sukcesów. "Liban" - uhonorowany Złotym Lwem w Wenecji, poprzedni film reżysera - zyskał rozgłos dzięki skrajnie realistycznemu przedstawieniu codzienności izraelskich żołnierzy. "Foxtrot", choć również opowiada o "życiu z wojną w tle", pozostaje natomiast dziełem świadomie oderwanym od rzeczywistości. Decydując się na wybór takiej konwencji Maoz z pewnością wykazał się artystyczną odwagą, ale jego eksperyment udał się, niestety, tylko połowicznie. Choć w filmie znajdują się fragmenty olśniewające, ich siłę neutralizują sceny sprawiające wrażenie zupełnie chybionych.

Całość zaczyna się dość niewinnie. Przez pierwszych kilkadziesiąt minut seansu reżyser serwuje nam dość sztampową historyjkę o trudnych relacjach wewnątrz pewnej izraelskiej rodziny. Uważny widz dostrzeże jednak w tym obrazie pewne pęknięcia - aktorzy podejrzanie często ocierają się o nadekspresję, a ich cierpienie wydaje się ewidentnie wystawione na pokaz. Tajemnica wyjaśnia się za sprawą brawurowej fabularnej wolty pokazującej, że pozornie zwyczajny świat okazuje się w rzeczywistości ufundowany na niewyobrażalnym absurdzie. Zdecydowanie największe stężenie groteski ujawnia się ujawnia się w sekwencjach opisujących życie syna głównych bohaterów, 20-letniego żołnierza. Perypetie Jonathana i jego kolegów, obsługujących punkt kontrolny gdzieś na głuchej prowincji, mają w sobie ten sam humor i pomysłowość, którymi emanowały wczesne opowiadania Etgara Kereta

Gdy można odnieść wrażenie, że film na dobre odnalazł już swoją tonację, okazuje się, że Maoz bynajmniej nie powiedział ostatniego słowa. Kolejne zwroty akcji nie mają już jednak pierwotnej siły i sprawiają wrażenie lekkomyślnego popisu reżyserskich umiejętności. Izraelski twórca od pewnego momentu zaczyna przypominać piłkarza, który - choć ma otwartą drogę do bramki - postanawia wykonać jeszcze jeden, zupełnie zbędny zwód. Wydaje się tak zakochany w swych umiejętnościach, że zwyczajnie nie dostrzega momentu, gdy fabuła wymyka mu się spod kontroli.

Całą recenzję Piotra Czerkawskiego znajdziecie TUTAJ