Relacja

Wenecja 2010: Norweskie drewno, francuskie sarny

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Wenecja+2010%3A+Norweskie+drewno%2C+francuskie+sarny-64673
Jeśli umierać, to tylko w Wenecji: po przedawkowaniu kawy, od nadmiaru artystycznych wrażeń, albo z nudów. Nuda w kinie bywa rozumiana różnie – zamierzona bądź nie, zawsze jest niebezpieczna. Kiedy nie wykańcza, hipnotyzuje. W starciach konkursowych widza "uśmiercił" Anh Hung Tran z doprawdy drewnianą adaptacją powieści Murakamiego "Norwegian Wood". Natomiast trudną sztukę uwodzenia obrazem opanowała Sofia Coppola w swoim magnetyzującym "Somewhere".  

Najnowszy film twórcy "Rykszarza" rozczarowuje. Ryzyko porażki wpisane jest w formułę ekranizacji. Zwłaszcza gdy mówimy o literaturze znanej i cenionej, a poetyka materiału źródłowego opiera się na monologu wewnętrznym postaci. Wierność słowu pisanemu, rozbrzmiewającemu z offu, w tym przypadku jest pójściem na łatwiznę, nie służy odmalowaniu złożonej emocjonalności głównego bohatera – Toru Watanabe. Zamiast fascynującej historii trudnego dojrzewania chłopaka, przemykamy przez jego kolejne miłostki, szybki seks i ciągnące się w nieskończoność rozmowy. Wszystko w statycznych, przesadnie wystudiowanych kadrach. Zabrakło tu subtelności i niedopowiedzeń, będących siłą napędową "Zapachu zielonej papai". Gdzie podział się dramat wpisany w życie dorastającego człowieka, tak świetnie wyeksponowany w "Rykszarzu"? Wietnamski reżyser ograbił Murakamiego ze złożonej metaforyki miłosnej, a czystość i prostotę związku między Watanabe i Naoko zastąpił dosłownością. Burza, trzęsąca  filmowym namiotem, okazała się bardziej porywająca od seansu.

Czego nie ma w "Norwegian Wood", tego nie brak "Somewhere". Coppola po raz kolejny udowodniła, ze im mniej jawnie eksplikowanych wyznań, tym więcej autentyzmu. Milczenie staje się u niej wymowne, a sztuka to nie lada, by ciszy i "nic niedzianiu się" nadać znaczenie.

Gwiazdor Johnny Marco (charyzmatyczny Stephen Dorff) spędza czas na nudzeniu się. Sen, prysznic, butelka Millera do obiadu, (nie)obecność na konferencji lub spotkaniu z fanami oraz seks bez zobowiązań. Kobiety wskakują mu do łóżka szybciej niż Hankowi Moody’emu z "Californication". Johnny nie czuje zażenowania, gdy mylą mu się imiona jednonocnych kochanek lub gdy zasypia na łonie jednej z nich przed seksualnym spełnieniem. I tak w kółko. Reżyserka ćwiczy wytrzymałość widza poprzez maksymalne wydłużanie ujęć, ciągłą repetycję. W krzywym zwierciadle prezentuje wymyślny lap dance blondowłosych blizniaczek – specjalnie dla zblazowanego aktora (i znudzonego widza?).

Do świata żywych przywraca bohatera dopiero 11-letnia córka, Cleo, z którą Marco zmuszony jest spędzać weekendy. To, co na początku jest wyłącznie poczuciem obowiązku, wkrótce staje się zauroczeniem. Przejmująca jest scena, w której ojciec i córka, w kolorowych Ray Banach, wylegują się na hotelowych leżakach przy basenie. Oko kamery jest coraz bliżej, obserwuje ich bezsłowną, intymną relację. Bowiem wszystko, co najważniejsze w tym filmie, dokonuje się albo między słowami, albo poza kadrem. Pomimo rozczarowującego finału, pieczętującego oczekiwaną przemianę bohatera, to – póki co – najciekawszy film konkursowy.

Podczas obserwowania zmagań o Złotego Lwa, nie dało się przejść obojętnie obok nieco karkołomnej próby przywołania legendy kobiety-wojownika. W odpowiedzi na Tarantinowską Pannę Młodą (vel Czarną Mambę), John Woo stworzył szybszą od wiatru i piękniejszą od kwiatu lotosu Zeng Jing.

Kobieta (i to jaka!) znalazła się w centrum uwagi także u Francois Ozona. Po średnich lotów "Rickym", reżyser nawiązał do najlepszej tradycji francuskiej komedii. Zaangażował również ponownie Catherine Deneuve. W molierowskim stylu (gdy znana odbiorcy intryga staje się efektem innej intrygi, wybrzmiewającej dopiero w finale) odkrywa pastelową Francję lat 70.: z jej kolorową modą, nadciągającą burzą emancypacji i strajkami w fabrykach. Ironia Ozona nie oszczędza nikogo. Braciom Dardenne, których poetykę i społeczne zaangażowanie wyśmiał w pierwszych scenach "skrzydlatego" filmu, ukradł na chwilę Jeremie'ego Reniera, czyniąc zeń maminsynka. Z pomocą niezapomnianej Severine z "Piękności dnia" stworzył zaś "french dream" dla feministek – z kuchni do polityki. I tak wciąż młoda duchem i ciałem Deneuve z przemiłej, acz lekceważonej żony prezesa fabryki parasolek (a czegóż innego, biorąc pod uwagę "Parasolki z Cherbourga"), zaczyna wspinać się po szczeblach kariery: od pani kierownik rodzinnego interesu do pani minister. Przy okazji biega, śpiewa, tańczy, pisze wiersz o wiewiórce i pozdrawia sarny w lesie.

 "Owsjanki" Aleksieja Fedorczenki są z kolei przejmującą elegią na odejście Tani – żony jednego z dwóch przyjaciół. Ich podróż po rosyjskich prowincjach to metaforyczne wypełnianie obrzędu pogrzebowego, echo kultury i tradycji Maryjczykow (ugrofińskiego ludu w dorzeczu Wołgi). Pod względem nastroju i niespiesznej narracji blisko temu filmowi do "Lasu" Dumały. To także melancholijne pożegnanie na tle wielkiej i milczącej natury. Miron, dyrektor fabryki papieru, wspomina swą ukochaną w rozmowach z fotografem Vesą. Przywołuje najpiękniejsze momenty małżeństwa, które z perspektywy kulturowo odmiennego odbiorcy zakrawają na absurd. Bo jak zrozumieć bohatera, który co wieczór obmywał ciało kobiety wódką? Czym są wplatane we włosy łonowe kolorowe niteczki podczas rytuału zaślubin, a jakie mają znaczenie w chwili śmierci? Tego dobiegający z offu głos narratora nie wyjaśnia. Za to zbyt nachalnie dla tej subtelnej opowieści, powraca do wątku jaskółek w klatce, które, jeśli umierają, to wyłącznie z rozpaczy.


Wybitnym filmem (prawdziwe odkrycie tego festiwalu!) ze śmiercią w tle, tą indywidualną i masową, jest "Incendies" Denisa Villeneuve’a. W opuszczonej hali, przy hipnotyzującym utworze Radiohead, widzimy golenie głów małych chłopców – prawdopodobnie przyszłych morderców w bezwzględnych walkach religijnych. Wzroku jednego z nich nie da się zapomnieć. To typ ekspresji bliski najsłynniejszej po dziś dzień Afgance Sharbat Guli z okładki National Geografic. Reżyser w ramy thrillera politycznego wplótl historię pewnej rodziny, rozciągniętej między Kanadą a Bliskim Wschodem. Wszystko zaczyna się za sprawą dziwnego zapisu w testamencie boleśnie doświadczonej przez los Nawal Marwal. Kobieta, tuż przed śmiercią, w ostatniej woli zmusza własne dzieci, tytułowe bliźniaki: Jeanne i Simona, do bolesnej podróży po jej przeszłości i obcym kraju, targanym wojnami religijnymi. Właśnie dowiadują się, że ich bezimienny ojciec żyje i że mają przyrodniego brata. Teraz muszą ich "tylko" odszukać...
Udostępnij: