Relacja

Widzieliśmy "Assassin's Creed IV Black Flag"

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Widzieli%C5%9Bmy+%22Assassin%27s+Creed+IV+Black+Flag%22-93669
Kiedy w 2007 roku Ubisoft pokazał światu grę „Assassin’s Creed”, chyba nikt nie spodziewał się, że w ciągu kilku lat stanie się ona jedną z najmocniejszych marek growego światka. Do dziś sprzedano ponad 55 milionów gier z tej serii, z czego 12 mln to wynik, jaki osiągnęła ostatnia część, czyli „Assassin’s Creed III”. Ubisoft zawiesił sobie poprzeczkę w zeszłym roku bardzo wysoko. Czy zapowiedziane kilka dni temu pirackie „Assassin’s Creed IV: Black Flag” to godny następca „trójki”? 


Nasz protagonista to Brytyjczyk, Edward Kenway. Edward to ojciec Haythama Kenwaya i tym samym dziadek Connora, bohatera „Assassin’s Creed III”. Z powodu takiego zabiegu, akcja gry dzieje się około 60 lat przed głównymi wydarzeniami „trójki”. To pierwsza wielka zmiana, bo jak zapewne pamiętacie, do tej pory szliśmy czasowo zawsze do przodu. Poza Edwardem pokierujemy też sobą. Tak, to nie pomyłka. Koniec z Desmondem Milesem, tym razem to my będziemy wchodzić do Animusa, cofać się w czasie i poznawać dzieje naszych przodków. Czy to wystarczająca rewolucja, by pomimo mocnych powiązań z „Assassin’s Creed III” nadawać tej odsłonie oddzielny numerek?


Zmienił się bohater, zmieniło się także miejsce akcji. „Black Flag” przeniesie nas na Karaiby, do złotej ery piractwa. Twórcy obiecują, że będzie to największa mapa, z jaką do tej pory mieliśmy do czynienia w „Assassin’s Creed”. Co ważne, cały teren gry będzie jedną wielką lokacją. Żadnych loadingów czy przenoszenia nas między jednym a drugim miastem, jak to miało miejsce w poprzednich odsłonach serii. Z jednego końca mapy na drugi będziemy mogli spokojnie przepłynąć statkiem, nie napotykając po drodze ani jednego ekranu wczytywania. W tym ogromnym świecie znalazło się miejsce dla ponad 50 lokacji, w których czekać będą na nas jakieś wyzwania. Począwszy od głównych miast, takich jak Hawana, Kingston czy Jamajka, przez małe wioski rybackie, forty i plantacje, a kończąc na ukrytych jaskiniach, dżunglach, ruinach majów czy małych wysepkach. 


Seria „Assassin’s Creed” zawsze mocno trzymała się historii i wydarzeń, jakie naprawdę miały miejsce w czasach akcji danej gry. Nie inaczej ma być w „Black Flag”. Na swojej drodze napotkamy takie postacie, jak: Ben Hornigold, Anne Bonny, Calico Jack czy Charles Vane. Znalazło się także miejsce dla Czarnobrodego, przyjaciela, sprzymierzeńca i mentora Edwarda Kenwaya. Nie świadczy to dobrze o naszym bohaterze, ale skoro ma on być piratem z krwi i kości, to trzymanie sztamy z najgorszymi wydaje się  jak najbardziej na miejscu. Co do wydarzeń z tamtych lat, to jeśli znane Wam są historie o piracie, który sam zniszczył 42 portugalskie statki, wiecie, co stało się z hiszpańskimi statkami w 1715, albo kojarzycie, jaka kara spotkała Charlesa Vane’a – poczujecie się jak w domu. Nie stawiałbym tej gry na półce obok podręczników do historii, jednak dla kogoś, kogo interesują tamte czasy – a po sukcesie „Piratów z Karaibów” na pewno takich osób jest dużo – będzie to świetna motywacja do zagrania w „czwórkę”.

   

Wszędobylskie zmiany dotknęły także i rozgrywkę lub, jak kto woli po staropolsku – gameplay. Dużo większych nacisk twórcy postawili tu na pływanie statkiem oraz walki na morzu. O ile w „trójce” był to tylko dodatek, o tyle tu sama woda stanowić ma około 40% gry, a znacznie więcej misji czeka nas na morzu. Kluczowy jest brak widocznego podziału na misje wodne i lądowe. W trakcie jednego zadania możemy najpierw wymordować pół wioski rybackiej, później wpław dopłynąć do swojego statku, zaatakować dwa wrogie okręty, po cichu zamordować kapitana jednego z nich, wyskoczyć do wody, zanurkować po skarb, a finalnie skończyć na bezludnej wyspie. Twórcy stawiają na otwartość, dając nam przy okazji w wielu sytuacjach wolną rękę. Możemy mordować po cichu lub też zatapiać statki. Walczyć wręcz lub strzelać z ukrycia. To, czego było tak mało w „trójce”, czyli skradanie, wraca tu do łask. Warto jednak wrócić jeszcze na chwilę do walk na morzu. Staniemy za sterami naszego prywatnego okrętu, który jak każdy okręt musi mieć swoje imię – w tym przypadku jest to Jackdaw. Dostajemy go w postaci zwykłego, standardowego statku. Podobnie jak w poprzedniej części, w trakcie gry będziemy mogli go rozbudowywać, ulepszać bronie, umacniać osłony. W skrócie: pełna kustomizacja. Kiedy już zasiądziemy za sterami naszego okrętu, będziemy mogli zaatakować każdego. Trzeba będzie jednak uważać, bo spotkanie z niektórymi molochami może się skończyć natychmiastową porażką. Ale jeśli trafimy na słabego przeciwnika (dzięki lunecie będziemy mogli sprawdzać „na odległość” przeciwników) i zechcemy go przejąć, natrafimy na kolejną nowość. Abordaż to już nie przygotowana przez twórców cutscenka, ale faktyczna rozgrywka. Wszelkie skojarzenia z leciwym „Sid Meier’s Pirates!” są jak najbardziej na miejscu.


Assassin’s Creed IV: Black Flag” wydaje się dobrym kierunkiem rozwoju serii. Samo bieganie po budynkach może być na dłuższą metę męczące, stąd też wszelkie nowości są mile widziane. Wielki otwarty świat, większy nacisk na morskie potyczki oraz pirackie klimaty to dla mnie wystarczające powody, aby zaznaczyć przy grze „Umrę, jak nie zagram”. Podobno prace nad tą odsłoną zaczęto latem 2011 roku, co przy premierze jesienią tego roku daje ponad 2 lata dewelopingu. Czy twórcy dobrze wykorzystali ten czas? O tym, najprawdopodobniej pod koniec października 2013, przekonają się posiadacze PlayStation 3, Xboksa 360, PC, WiiU oraz PlayStation 4.
Udostępnij: