Piotr Czerkawski

Wszystko o mojej matce

Perły lamusa
/fwm/article/Wszystko+o+mojej+matce-133479
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Dwie+twarze+Greya-110443

Dwie twarze Greya

HOTSPOTPodziel się

Powinowactwo "50 twarzy Greya" i "Upadku" wydaje się co najmniej niepokojące. Ciało i głos Jamiego Dornana opowiadają dwie przeciwstawne historie.

Podobnie jak większość publicznie dostępnych sieci i ten HOTSPOT nie jest szyfrowany: przeczytacie tu o wszystkim, czym aktualnie żyje kino, o sprawach aktualnych i tych z nieograniczonym okresem przydatności, szeroko komentowanych i niesprawiedliwie pomijanych, zjawiskach przecenionych i tych, których przecenić nie sposób. Na gorąco. W punkt.  

Powinowactwo "50 twarzy Greya" i "Upadku" wydaje się co najmniej niepokojące. "To tak, jakby narracja, która jest narracją dreszczowca, została odczytana jako romantyczna" – mówi mój przyjaciel o adaptacji powieści E.L. James. Ale przecież równie dobrze mógłby mówić o tym, co bierze pod włos "The Fall". Jedno ciało i jeden głos Jamiego Dornana opowiadają więc dwie doskonale przeciwstawne historie. 

1.
Po wyjściu z "Pięćdziesięciu twarzy Greya" rozmawiam przez telefon z przyjacielem, opowiadam mu trochę o filmie, trochę o książce: 
– No wiesz, neurotyczna studentka anglistyki poznaje tajemniczego milionera, wiążą się ze sobą i on się nie może od niej odkleić, łazi za nią, bez pytania zjawia się w jej pracy i na imprezie, pijaną w sztok zawozi do swojego apartamentu i rozbiera, kiedy indziej włamuje do mieszkania, nieproszony zjawia się w domu jej matki na drugim krańcu kontynentu, takie rzeczy. No i tak, jest tam trochę sztafażu BDSM, pejcze, te sprawy, ale to nie jest teatralne i odgrywane, ona mu nie ufa, typ chce dwadzieścia cztery godziny na dobę kontrolować jej życie, niby negocjują umowę, ale on jest tak natarczywy, że ja dziękuję. I on oczywiście twierdzi, że to wszystko z miłości i troski. 
W końcu mój przyjaciel odpowiada:
– Klara, to się nazywa THRILLER.


2.
Gdzieś na samym początku filmowej wersji romansu Any (Dakota Johnson, wnuczka Tippi Hedren) i Greya (irlandzki aktor Jamie Dornan), główna bohaterka, oszołomiona wszechstronnością swojego świeżo upieczonego kochanka (facet jest biznesmenem, pilotem śmigłowca i zdolnym pianistą), pyta półżartem: może jeszcze jesteś seryjnym mordercą? On odpowiada, że nie dzisiaj, nie tutaj albo nie w tym życiu (coś w tym rodzaju w każdym razie).

Ta wymiana zdań została pomyślana jako intertekstualny dowcip. Jamie Dornan, wcześniej model, aktorsko dał się zauważyć w kręconym przez BBC serialu "The Fall" (polski tytuł "Upadek") w roli seryjnego mordercy kobiet. Lecz ten niepozorny żart staje się prawdopodobnie niezamierzenie ironiczny; "Pięćdziesiąt twarzy Greya" z "Upadkiem" łączy nie tylko ciało aktora, ale i paradoksalne podobieństwo figur, które ów aktor uosabia na ekranie. Tożsamość grającego jest tożsamością dziwaczną, rozpiętą pomiędzy różnymi historiami, które czasem splatają się w jakąś większą metaopowieść. Powinowactwo "Greya" i "Upadku" wydaje się co najmniej niepokojące.
– To tak, jakby narracja, która jest narracją dreszczowca, została odczytana jako romantyczna – mówi mój przyjaciel o "Greyu"
Ale przecież równie dobrze mógłby mówić o tym, co bierze pod włos "The Fall"

3.  
"Upadek" jest ponury i pesymistyczny, to dreszczowiec-deszczowiec z zimnego Belfastu, ale nie w tym rzecz. Jego specyfiki upatrywałabym nie tyle w kolorze kadrów i ogólnym nastroju przygnębienia, co w zainteresowaniu konkretnymi zjawiskami społecznymi i otwartej niechęci do "mitologizacji" zła. W swojej miażdżącej krytyce "Detektywa" telewizyjna krytyczka "New Yorkera", Emily Nussbaum, różnicuje współczesne kryminały ze względu na traktowanie krzywdy. Po jednej stronie serial Nica Pizzolatto, gdzie mordy, gwałty i porwania są jedynie obrazami "niewypowiedzianej grozy wszechświata" (the acts themselves are mere symbols of the universe's unspeakable horror); po drugiej "Tajemnice Laketop" Jane Campion i "Upadek" właśnie, gdzie cierpienie staje się konkretne, ofiary zyskują tożsamość, przestają być jedynie elementami upiornego obrazka (when women suffer, their pain isn't purely decorative). Co więcej, "The Fall" bierze na warsztat tę opozycję – Nussbaum nieprzypadkowo zestawia bohatera "Detektywa", filozofującego policjanta Rusta Cohle'a, z mordercą granym przez Dornana, Paulem Spectorem. Łączy ich rodzaj skrajnie pesymistycznego języka, "pseudointelektualnej paplaniny pełnej cytatów z Nietzschego i gadki o pierwotnych impulsach". Tyle że Spectora nie ściga Cohle, tylko Stella Gibson, grana brawurowo przez Gillian Anderson; przysłana do Belfastu z Londynu superwykwalifikowana komisarz, której "niewypowiedziana groza wszechświata" bynajmniej nie interesuje. Interesuje ją konkret. I systemowa przemoc zamiast "otchłani zła" (cytując naszego byłego ministra sprawiedliwości). 
Jest w "Upadku" ryzyko: uwodzicielska bezczelność, z jaką narracja flirtuje ze spojrzeniem mordercy.
Klara Cykorz

Jest w "Upadku" ryzyko: niebezpiecznie uwodzicielska bezczelność, z jaką narracja przechodzi na drugą stronę lustra, flirtuje ze spojrzeniem mordercy i patriarchalnymi skryptami, aż do granicy dyskomfortu. W pierwszej serii robi to za pomocą voyeuryzmu kamery; kadrów precyzyjnie komponowanych z pozycji podglądacza, zza wpół otwartych drzwi, ze szczytu schodów itd. Jeśli trupy mogą być piękne, to ciała ofiar Spectora właśnie takie są i nic dziwnego, że serial spotkał się również z zarzutami o gloryfikację przemocy. Ale spojrzenie psychopaty nie ulega neutralizacji, a zostaje zaburzone; scena autopsji jego ofiary przeplata się ze sceną, w której on sam myje swojej córeczce włosy; identyfikacja trupa przebiega równolegle do pożegnania młodej matki z wcześniakiem odłączanym od aparatury podtrzymującej przy życiu. W drugiej serii to rozedrganie, rodzaj gry z krytykowanym w bezpośrednim tekście punktem widzenia przenosi się na wątek oczarowania (męską) przemocą. 
 
O ile sezon pierwszy ma dość rozproszoną narrację, sezon drugi jest  zwarty, w zasadzie dwuwątkowy; równolegle do śledztwa prowadzonego przez Stellę toczy się dziwaczna gra między Paulem a Katie (Aisling Franciosi), nastolatką, która opiekuje się dziećmi Paula i na swój nastoletni sposób próbuje go uwieść. Marginalizacja kluczowych dla pierwszego sezonu postaci kobiecych (żona Spectora, Sally Ann, pomagierka Stelli Dani, patolożka, z którą Stella się zaprzyjaźnia, w końcu same ofiary) w tym sezonie rozczarowuje, ale wyostrza wątek zgubnej fascynacji. Katie kocha się w Paulu. Wrażliwa, pretensjonalna, nieodpowiedzialna, łatwowierna Katie, rozpaczliwie spragniona uwagi. Rozbawiona, podekscytowana fantazją, wedle której Paul mógłby być grasującym po mieście dusicielem. Paul jest "mroczny" i "głęboki", powinien się zainteresować "Boską komedią" w oryginale (prawda?). Ale dziecinna głupota piętnastolatki nie usprawiedliwia Paula. Tak, nastolatki robią głupie rzeczy. Poza tym żyją w świecie, w którym przemoc jest fetyszyzowana. Dorośli są od tego, aby dzieciom pomagać, a nie cynicznie je wykorzystywać, gdy wpadają w pułapkę niebezpiecznych fetyszy.

Tymczasem na wizerunku Stelli Gibson, dojrzałej, zdystansowanej pani komisarz, pojawiają się rysy. A może wcale nie, może to tylko interpretacja otaczających ją ludzi. Niemal bezpośrednio pojawia się pytanie: czy Stellę podnieca przemoc? Słowo przeciwko słowu. Poppsychoanaliza kontra zimna elokwencja kobiety, która nie zabiega o sympatię. Tej pierwszej tak łatwo uwierzyć, tak łatwo ulec; nie ma nic bardziej pociągającego niż "pierwotne instynkty", niemal seksualne motywacje w szalonym wyścigu ze żwawą kostuchą, tym bardziej że biorą w nim udział aktorzy – wyjątkowo jak na brytyjską telewizję – klasycznie urodziwi (poza Anderson i Dornanem m.in. Archie Panjabi jako patolożka na motorze, piękniejsza nawet niż w "Żonie idealnej", i Colin Morgan, właściciel najładniejszych uszu Irlandii Północnej). Dla ciebie morderca może być fascynujący, mówi jednak Gibson młodziutkiemu policjantowi, ale ja pogardzam nim każdą komórką swojego ciała. Żyjemy w kulturze, która po niemal stu trzydziestu latach wciąż tropi tożsamość Kuby Rozpruwacza – ale przecież nie jego ofiar z marginesu. I ta kultura nie chce przyjąć do wiadomości, że Stellę Spector może po prostu nudzić – w ten sposób, w jaki nudzi, czy raczej męczy, monotonia otaczającego nas okrucieństwa. Stella konsekwentnie odmawia ściganemu niezwykłości, wpisuje w systemową przemoc "mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet". Tak, Spector miał niełatwe dzieciństwo, tak, przemoc ani się od niego nie zaczyna, ani na nim nie skończy, ale też nie usprawiedliwia, bo – tak trochę z zupełnie innej beczki, a może nie tak bardzo – cierpienie nie uwzniośla, krzywda jest krzywdą, koniec, kropka. Dlatego trzeba być czujnym (także wobec własnych zachowań) i Stella jest czujna (choć nie bez skazy). "Upadek" zaznacza ciągłość – nie mylić z utożsamieniem – między różnymi objawami seksualnej (ale nie tylko) przemocy. Która może się zacząć zupełnie banalnie, od spojrzenia na osobę słabszą jak na butelkę szkockiej, od "zwykłej szarpaniny", "usprawiedliwionego" nagabywania, bo przecież życie jest takie ciężkie i musimy je sobie jakoś uprzyjemnić, prawda? Czy ktoś powiedział "nie"? 

4.
Wróćmy więc od dreszczowca do romansu, niech twarz psychopaty stanie się na powrót twarzą "targanego demonami przeszłości" (coś w ten deseń) kochanka. Zapewne jakimś sposobem na obronę filmu Sam Taylor-Johnson byłoby wyjęcie go z przynoszącej miliardy zysku franczyzy. Wszak w jego finale, skądinąd wiernym literze pierwszego tomu trylogii, Ana postanawia sama decydować o swoim losie. Poza tym film jest pod kilkoma względami lepszy od powieści, nie tylko warsztatowo; Ana wydaje się bardziej niezależna, przez co przemocowość jej związku z Christianem jest nieco mniej jątrząca. Powieść to sześćset stron monologu wewnętrznego dziewczyny, która boi się swojego chłopaka – uważanego za bóstwo, oczywiście. Filmowa Ana boi się nieco mniej – i gdyby utrzymać finał filmu i pierwszej książki, może można by jeszcze coś z tym zrobić. Ale kontynuacje romansu, "Ciemniejsza strona Greya" i "Nowe oblicze Greya", sprzedały się w bóg wie jakiej liczbie egzemplarzy, sequel filmu jest tylko kwestią czasu, i wobec tego dam sobie spokój z potencjałem ich subwersywnej lektury. Podobnie z oglądaniem filmu "obok" książek; to wszystko naczynia połączone. Sukces ekranizacji wyrósł na ich popularności i fakt, że wielu widzów poszło do kina, nie przeczytawszy jeszcze gorszej powieści, słabo mnie pociesza. Więc póki ktoś nie dokona na ekranie bardzo widowiskowej profanacji pierwowzoru, pozwolę sobie na złość. 
1e2cbc86_2434_D006_00216_RV2.xxxlarge_2x.jpg

To znaczy fajnie, że ludzie walą drzwiami i oknami na film o kobiecej przyjemności. Fajnie, że główna bohaterka ma złote włoski na udach, widoczne pod światło przez jakieś pięć sekund. Tonący brzytwy się chwyta, ale ja nie tonę. Film jest częścią fenomenu popkulturowego sycącego się fantazją o tym, że lęk przed zaborczym i nieprzewidywalnym partnerem jakoś się opłaca. Zainteresowanie komentatorów i recenzentów sztafażem BDSM zdaje się przesłaniać coś w moim przekonaniu znacznie ważniejszego: że to strach jest ceną, jaką płaci się tu za przyjemność (Ana nie tylko nie uprawiała wcześniej seksu, ale nawet się nie masturbowała, swojego ciała nie zna zupełnie, przeżywa z Greyem inicjację totalną). To raz. Poza tym strach jest też powinnością. Grey był krzywdzony jako dziecko i używa tego jako karty przetargowej: tylko tak (czyli z zestawem małego detektywa) potrafi kochać, a kocha tylko Anę, Ana jest jego jedyną szansą na miłość, na bliskość, bez Any Grey sobie nie poradzi. To dwa. I trzy (więcej niż pewne, że to też kiedyś zobaczymy na ekranie): jeśli się będzie dostatecznie długo starać, dostatecznie zaciskać zęby i znosić ciągłe napięcie, wszystko się jakoś ułoży. Trzeba tylko "chcieć i kochać". Bardzo neoliberalna logika – ale w końcu Grey jest milionerem, fortunę, zdaje się, zbudował własnymi rękami (o tym traktuje jego pierwsza rozmowa z Aną). 

Jedno ciało, jeden głos i jedna para smutnych oczu opowiadają więc dwie historie doskonale przeciwstawne. Nie wiem jak wy, ale ja uznaję to za jednocześnie fascynujące i smutne; nie zbieg okoliczności, a symptom. Wszystko na opak. Całe spektrum przemocy versus jej neutralizowanie. Społeczeństwo, jego paskudne fantazmaty i relacje władzy kontra rozgrzeszona miłość jednostek.

Dziękuję za takie walentynki.    
13