Michał Oleszczyk

Mów mi Rockefeller

Reaction Shot
/fwm/article/M%C3%B3w+mi+Rockefeller-135495
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Jeffrey+Dean+Morgan+i+Norman+Reedus+o+%22The+Walking+Dead%22-135143

Jeffrey Dean Morgan i Norman Reedus o "The Walking Dead"

WYWIADPodziel się

Gwiazdy serialu opowiadają nam o dziesiątym sezonie.

Choć od dawna serialowi wieszczy się rychły koniec, po dekadzie "The Walking Dead" nie zwija żagli, a jeszcze się rozkręca. Od 7 października na kanale Fox można oglądać dziesiąty już sezon przebojowej adaptacji komiksu Roberta Kirkmana, a na tegorocznym Comic-Conie w San Diego o tym, co było, jest i będzie rozmawialiśmy z Jeffreyem Deanem Morganem i Normanem Reedusem.

Bartek Czartoryski: Jeffrey, ostatni sezon stawia dość śmiałą tezę, że nawet ludzie tak spaczeni jak Negan mogą się zmienić. Ale czy da się im wybaczyć?

Jeffrey Dean Morgan: Cóż, to pewne, że nie wszyscy mu wybaczą. Negan narobił za dużo syfu. Co nie znaczy, że nie dostanie swojej szansy naprawienia choćby części wyrządzonych przez siebie szkód, o ile to w ogóle możliwe. Lecz przyznam ci się, że bardziej od tego, jak Negan będzie traktowany, interesuje mnie to, ile jeszcze pożyje!

Niektórzy fani serialu pewnie chętniej zobaczyliby go między trupami.

JDM: Fani to fani, zdaję sobie sprawę, że ich pielęgnowana latami nienawiść nie zniknie ot tak, bez różnicy, czego Negan by nie zrobił. Lecz pewnie ucieszą się z jednego. Nareszcie, po długiej przerwie, będziemy mieli wspólne sceny z Normanem i może, jeśli Daryl mu wybaczy, to i publika będzie miała dla niego trochę więcej sympatii. Sam jestem ciekawy, czy uda im się nawiązać jakąś nić porozumienia, ale ufam, że jest taka możliwość. Negan nabrał bowiem pokory, a to zawsze dobry początek, żeby wkroczyć na drogę prowadzącą do odkupienia. Nie jest już napuszonym showmanem, jakim go poznaliśmy. Dlatego, jak mi się wydaje, łatwiej go polubić.

Sporo się mówi o spadku oglądalności, o odpływie publiki. Jak sobie z tym radzicie?

JDM: Kurde, to nadal ogromna produkcja i duży serial. Cały czas promujemy go chociażby tutaj, na Comic-Conie, czyli największej takiej imprezie na świecie, planowany jest spin-off i filmy pełnometrażowe i można powiedzieć, że nie karlejemy, tylko rośniemy. Chyba niczego, co obecnie możemy obejrzeć na małym ekranie, nie da się porównać do "The Walking Dead". I choć moja kariera aktorska trwa już kawał czasu, nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z projektem realizowanym z takim rozmachem, który doczekał się tak oddanego, tak wiernego fandomu. Jestem też świadomy tego, że obojętne, czego bym nie zagrał, to i tak do końca życia pozostanę Neganem.


Sława wzięła cię z zaskoczenia?

JDM: Żebyś wiedział. Niby od samego początku oglądałem serial regularnie, co tydzień, ale wtedy chyba jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z jego popularności. Dopiero podczas lotu na nasze pierwsze przedpremierowe spotkanie z zagranicznymi dziennikarzami zrozumiałem, co mnie czeka. Pojechaliśmy wtedy z Normanem do Madrytu oraz Lizbony i nie spodziewałem się czegoś takiego. Czekający na nas ludzie niemal oszaleli, gdy nas zobaczyli.

Norman Reedus: Dalej mam na komórce filmiki, jak ludzie siedzą na drzewach i próbują coś wypatrzyć. Gdziekolwiek się nie odwróciliśmy, tłumy ciągnęły się aż po sam horyzont. Niby jestem z serialem od samego początku i wydawało mi się, że absolutnie nic mnie już nie zaskoczy, ale tamten wyjazd zapamiętam na długo. Istne szaleństwo.

JDM: I niewiele się od tamtej pory zmieniło. Nawet tych parę lat później, za każdym razem, gdy latamy do Europy, reakcja ludzi, którzy chcą się z nami spotkać, jest nadal oszałamiająco entuzjastyczna i nie przestaje mnie zadziwiać.

NR: Pamiętam, jak kiedyś polecieliśmy z Andym [Lincolnem, odtwórcą roli Ricka Grimesa – przyp. red.] do Japonii i ledwie mogliśmy wyjść z samolotu. Zebrało się tam tyle młodych dziewczyn, że odjęło mi mowę. Rzucały nam różne rzeczy, chcąc chyba zwrócić na siebie naszą uwagę. Na lotnisku panował kompletny chaos.

Norman, jak mówisz, jesteś z serialem od samego początku, czyli od dobrej dekady. Czy Daryl może jeszcze ciebie jako aktora zaciekawić, zaskoczyć, czy to już czysta rutyna?

NR: Pewnie, stary, że może. Cały czas coś się u nas zmienia, dochodzą nowe postacie, mamy przeskoki czasowe, fabuła nie stoi nieruchomo, wszystko się stale rozwija. Daryl dopiero co przetrwał chwile prawdziwego zwątpienia, miał ochotę zaszyć się gdzieś z dala od ludzi i siedzieć bezczynnie. Ale niespodziewanie pojawiło się nowe zagrożenie i wróg chciał rozmawiać z przywódcą grupy. Tyle że nikt nie kwapił się takowej roli przyjąć. Tym samym to na niego nagle spadła ogromna odpowiedzialność. I to dla Daryla coś zupełnie nowego. Dla mnie zresztą też. Co roku wszyscy dostajemy świeże, nowiutkie scenariusze, a Angela [Kang, obecna showrunnerka – przyp. red.] dba o to, żebyśmy się nie nudzili.

JDM: Pamiętasz Daryla z początku? Sprzed dekady? Wtedy był gościem stroniącym od ludzi, który podczas rozmowy z kimś nawet nie podnosił oczu, żeby przypadkiem nie nawiązać kontaktu.

NR: A dzisiaj jest obrońcą swojej społeczności. Ale Negan też się świetnie rozwinął. Przecież to zupełnie inny człowiek, niż kiedy go poznaliśmy, gdy wywijał kijem owiniętym drutem kolczastym.

Przeczuwałeś, po raz pierwszy wychodząc na plan zdjęciowy, że "The Walking Dead" okaże się popkulturowym fenomenem?

NR: Szczerze? Nasi agenci odradzali nam ten projekt. Serial o zombie? Nie ma mowy! Lecz szybko zrozumiałem, że chodzi tu o ludzi, a nie o żywe trupy. Pamiętam, że kiedy przesłano mi scenariusz pilota, zupełnie zapomniałem, że mamy tu w ogóle jakieś potwory. Czytałem historię faceta, który próbuje odnaleźć swoją rodzinę.
Szczerze? Nasi agenci odradzali nam ten projekt. Serial o zombie? Nie ma mowy! Lecz szybko zrozumiałem, że chodzi tu o ludzi, a nie o żywe trupy.
Norman Reedus

Dziewiąty sezon był dla Andy'ego ostatnim. Trudno było się z nim pożegnać?

NR: Nie było to łatwe, faktycznie. Jednego dnia kręcimy jakby nigdy nic, drugiego nie było go na planie. Relacja między Darylem i Rickiem była zażyła, lecz odejście Andy'ego nie oznacza dla nas wszystkich końca, bynajmniej. Szczególnie że została z nami Judith, jego córka. To symboliczne.

Prócz paru nowych i jeszcze żywych twarzy zobaczymy też ponoć zupełnie odświeżony trupi make-up. Odpowiedzialny za charakteryzację i efekty specjalne Greg Nicotero mówił, że parę razy aż otrząsnęliście się z obrzydzenia.

NR: Bo to Greg jest obrzydliwy...

JDM: Tak, całymi dniami siedzi i myśli o trupach.

NR: Minęło dziesięć lat. Z początku zombie były przeważnie niedawno zmarłymi ludźmi, czyli nie wyglądały tak, jak teraz. Niektóre szwendacze są już mocno nadgniłe. I ciągle się rozkładają.

JDM: Będzie też zombie pokryty pleśnią. Czegoś tak obleśnego jeszcze nie mieliśmy.

NR: A pamiętasz tego zrośniętego z drzewem? Fantastyczne. Rosły na nim kwiaty!

JDM: Swoją drogą, zastanawiam się, czy da się zagłodzić zombie na śmierć. Bo przecież kiedyś skończą im się nie tylko ludzie, ale i zwierzęta. Jestem ciekawy, co wtedy.

NR: Ja mam na nie inny sposób.

Jaki?

NR: Wystarczy wszystkim szwendaczom odciąć jedną stopę i będą się kręcić w kółko!


Może uda ci się ten pomysł przeforsować, bo poza aktorstwem zajmujesz się fotografią i, czasem, reżyserią. Nie kusiło cię, żeby nakręcić jakiś odcinek "The Walking Dead"?

NR: Od czasu do czasu faktycznie pojawia się taki pomysł, ale jednak zostaję przy mniejszych rzeczach. Ten serial to naprawdę gigantyczna maszyneria i obawiam się, że moje ego mogłoby ucierpieć, gdyby nie pozwolono by mi zrobić tego, co bym chciał. A kolei gdyby mi na to pozwolono, mogła ucierpieć cała produkcja! Dlatego na razie trzymam się od kamery z daleka.

JDM: A ja myślę, że powinieneś spróbować.

NR: Może kiedyś to zrobię. Michael Cudlitz [odtwórca roli Abrahama – przyp. red.] reżyseruje niektóre odcinki i idzie mu świetnie. Andy też nie wykluczał, że kiedyś spróbuje.

A nie jest niezręcznie grać pod dyktando kolei z planu?

JDM: Bynajmniej. Jako że Michael był po obu stronach kamery, sprawniej się z nami wszystkimi komunikuje. Cudlitz zna ten serial na wylot i znakomicie się orientuje, kto, co i gdzie. A niektórzy reżyserzy przychodzą i odchodzą. Czasem nie mają pojęcia, co kręcą. I nie rozmawiają z nami.
 
NR: Często też blokują całkiem niezłe pomysły wychodzące od obsady. Cudlitz jest aktorem i chętniej przystaje na różne sugestie, ufa naszemu wyczuciu. Poza tym jest zdecydowany i świadomy tego, co chce zrobić, jaki efekt zamierza osiągnąć.

JDM: Ba, sam nie lubię, jak mi się rozkazuje, ale jestem otwarty na dżentelmeńskie negocjacje!


Zdjęcie główne pochodzi z gettyimages.com, autor: Jesse Grant
18