"007 Quantum of Solace" - przeczytaj naszą recenzję

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/news/%22007+Quantum+of+Solace%22+-+przeczytaj+nasz%C4%85+recenzj%C4%99-46960
Wiem, że trudno znaleźć bardziej wyświechtany frazes, niż określenie jakiegoś filmu "najbardziej oczekiwanym wydarzeniem roku", ale w przypadku premiery nowego odcinka przygód Jamesa Bonda, szkielet banału obleka się mięsem konkretu. A biorąc pod uwagę, że w najnowszej odsłonie przygód, nieśmiertelnego agenta Jej Królewskiej mości wpiera sama Olga Kurylenko, jest to konkret nadzwyczaj zmysłowy. Bond jest naszemu sercu szczególnie bliski, wszak Filmweb narodził się z pomysłu stworzenia bazy informacji o agencie 007. Tak więc „my wszyscy z niego”

"007 Quantum of Solace", czyli 22 cześć przygód Jamesa Bonda trafi do naszych kin już w piątek 7 listopada (tydzień przed amerykańska premiera). Korzystając z dziennikarskich przywilejów obejrzeliśmy film na pierwszym i tajnym polskim pokazie. Jeszcze "gorącą" recenzję znajdziecie poniżej.

Cierpki smak zemsty

Jak wiadomo, mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy. Każdy pocisk w sercu lub głowie, każda przeszkoda i każdy przeciwnik, który stanie na drodze agenta Jej Królewskiej Mości, nosi jego osobiste piętno. Nawet kobiety, które się mu oddają, Bond traktuje tym razem nad wyraz serio. Zresztą, jak dobrze wiemy, konsekwencje związku z 007 są śmiertelnie poważne. Teraz przyszedł czas na zemstę za śmierć Vesper, a wraz z nią na nową mitologię i bohatera na miarę naszego wieku.

Nie jest tajemnicą, że nowy James Bond niewiele ma wspólnego z ironią Rogera Moore'a czy chłopięcym urokiem i elegancją Pierce'a Brosnana. Danielowi Craigowi najbliżej jest chyba do Seana Connery'ego. To, co było szokiem w "Casino Royale", w "Quantum..." jest już normą. Zero dupereli i gadżetów. Surowa męskość, brutalna zwierzęca siła i twarz jak wyciosana w kamieniu to wyróżniki nowego Bonda. Do tego dochodzą jeszcze uczucia wcześniej agentowi prawie nieznane, jak: wściekłość i gniew, porównywalne chyba tylko do tych, jakie miotały nim w "Licencji na zabijanie". Czy taka formuła jest w stanie przemówić do widzów? Miejmy nadzieje, że tak. Nowa odsłona serii to bowiem mocne kino akcji i świeży powiew w wyeksploatowanym i przetrawionym przez kulturę masową uniwersum agenta Jej Królewskiej Mości. Miało ono oczywiście swój niezbywalny urok. Czas jednak na potężny cios w szczękę i kop adrenaliny.

W poszukiwaniu odrobiny ukojenia po śmierci narzeczonej Bond odkrywa, że organizacja, która przyczyniła się do jej śmierci, to nie jakiś tam drobny biznes kryminalny, ale międzynarodowe konsorcjum na miarę Spectry. Jakkolwiek świat się zmienił, zmieniły się też metody działania. Międzynarodowy terroryzm bardziej przypomina globalną korporację ubijającą interesy z mocarstwami w sprawie wykorzystywania złóż i zasobów dóbr wszelakich, niźli groteskowe tajne stowarzyszenie rządzone przez Blofelda i jego kota. Władza i zbrodnia jest rozproszona w strukturze sieci, brak jej wyraźnej i trwałej hierarchii.

W nowym Bondzie są akcenty niepokoju i nieufność zarówno w stosunku do korporacji, jak i rządów. Słychać tu echa przedłużającej się moralnie i moralnie wątpliwej wojny z terrorem, czy też międzynarodowego kryzysu finansowego będącego skutkiem skrajnie liberalnej polityki ekonomicznej. Z punktu widzenia widza jest to jednak kompletnie nieistotne. Ważne jest tylko jedno: eskapizm i rozrywka. James Bond dostarcza pod dostatkiem jednego i drugiego, choć nie jest to seans dla całej rodziny.

Za nową odsłonę odpowiada Marc Forster, utalentowany facet, któremu jednak bliżej było do inteligentnych i subtelnych dramatów niż efektownych pościgów i strzelanin. A jednak sekwencję akcji w nowym Bondzie są nadzwyczaj przyjemne. Widać w nich ten sam trend umieszczania kamery w samym środku zdarzeń i chaotyczny montaż podkreślający autentyczność, która w kinie nastała wraz Tonym Scottem i jego "Człowiekiem w ogniu", do perfekcji doprowadził ją zaś Paul Greengrass w drugiej i trzeciej odsłonie przygód Jasona Bourne'a. Z szowinistycznej perspektywy patrząc, można by powiedzieć, że z gadżetów pozostały Jamesowi tylko piękne kobiety (o ile określenie „gadżet” pasuje do sympatycznej Gemmy Arterton), choć taka Olga Kurylenko ma tu konkretną rolę do odegrania. Tak czy siak najważniejsza jest sroga, ale niepozbawiona matczynych uczuć M (Judi Dench). Czasy, kiedy wrogowie Bonda przypominali postacie wycięte z kreskówki, jak Pan Wint i Pan Kidd czy Szczęki, minęły. Obecnie, aby nadać wyrazistości czarnym charakterom, należy postawić na aktorów z obcym akcentem. Tym razem padło na znanego z "Motyl i skafander" Mathieu Amalrica, który nadzwyczaj dobrze sprawdza się w roli pewnego mało sympatycznego "ekologa" (jest niski, dziwnie mówi po angielsku i ewidentnie bawi się swoją rolą). Niezależnie od wszystkiego ekran i tak należy do Craiga. Jeżeli ktoś go w roli Bonda nie akceptuje, nie ma po co iść do kina. Jednak jeżeli podobała mu się konwencja poprzedniego odcinka - będzie usatysfakcjonowany.

Nowy Bond to środkowa cześć "trylogii zemsty" zapoczątkowanej przez "Casino Royal". Jego zakończenie pozostaje otwarte, a przecież odrobina ukojenia to bynajmniej nie spełnienie. To, że nawiązuje do poprzedniej części, jest jego siłą, ale i słabością. Z jednej strony mamy sprawdzony wątek, szkoda tylko, że brakuje mu puenty i solidnego przytupu na koniec. Choć nie brak tu naprawdę efektownych, dziejących się na kilku kontynentach sekwencji akcji, to na finał tego całego zachodu przyjdzie nam poczekać aż do premiery 23 odcinka serii.