"American Gangster" na TNT: Niedocenione arcydzieło?

https://www.filmweb.pl/news/%22American+Gangster%22+na+TNT%3A+Niedocenione+arcydzie%C5%82o-125363
Pojedynek o Amerykę

Prezentowany ostatnio na antenie telewizji TNT "American Gangster" to jeden z najbardziej niedocenionych filmów hollywoodzkich ostatnich lat. Kłopoty zaczęły się już na etapie realizacji, gdy studio w ostatniej chwili wycofało się ze sfinansowania przedsięwzięcia. Po kilku latach powrócono jednak do tematu, a posadę reżysera, którą pierwotnie objąć miał Antoine Fuqua, zaoferowano ostatecznie Ridleyowi Scottowi. Gotowy film zebrał świetne recenzje i z miejsca urósł do rangi oscarowego pewniaka. Ostatecznie skończyło się zaledwie na dwóch nominacjach – za drugoplanową rolę żeńską dla Ruby Dee i za najlepszą scenografię. Choć takie rozstrzygnięcia wydają się krzywdzące, istnieje dla nich logiczne wytłumaczenie. Całkiem możliwe, że "American Gangster" okazał się w oczach słynących z zachowawczości członków oscarowej Akademii dziełem zwyczajnie zbyt kontrowersyjnym.


Film Ridleya Scotta stanowi bezceremonialny zamach na amerykańskie wartości: kult indywidualizmu i niezachwianą wiarę w możliwość awansu społecznego. Oglądany z dzisiejszej perspektywy "American Gangster" nie tylko przetrwał próbę czasu, lecz wydaje się wręcz jeszcze bardziej aktualny niż w dniu premiery. Tytułowy bohater, czarnoskóry boss mafijny Frank Lucas (Denzel Washington), zawdzięcza swoją pozycję statusowi trybuna ludowego i rzecznika uciśnionych, na których krzywdzie w rzeczywistości żeruje. Trudno oprzeć się wrażeniu, że podobna charakterystyka pasowałaby do wielu święcących dziś triumfy populistów, na czele z obecnym lokatorem Białego Domu.

Niezależnie od potencjalnych zdolności profetycznych, Scott potwierdził także reputację znakomitego stylisty. Zanurzony w świecie powstałych wówczas klasyków w rodzaju "Ojca chrzestnego" czy "Taksówkarza""American Gangsterzręcznie eksponuje na ekranie paradoksy lat siedemdziesiątych. Zmysłowość rozbrzmiewającej na ekranie muzyki soul kontrastuje z monotonią przemówień Nixona, a pstrokata intensywność ulicznej mody wydaje się niestosowna w obliczu ponurych relacji z wojny w Wietnamie.

Panujący wokół moralny chaos stwarza idealne warunki do działania dla wspomnianego Lucasa. Pozbawiony skrupułów gangster nie waha się choćby przed przemycaniem heroiny na pokładzie samolotów wiozących do Ameryki ciała poległych na froncie żołnierzy. Jednocześnie jednak bohater ma w sobie ambiwalencję, która nie pozwala postrzegać go w kategoriach stereotypowego czarnego charakteru. Gdyby przymknąć oko na obszar jego działalności, Lucasa można by uznać za archetyp błyskotliwego biznesmena. Mężczyzna ma zresztą pełną świadomość własnych umiejętności i w gorzko ironicznej scenie stwierdza, że wylansowany przez niego narkotyk "Blue Magic" to marka o takiej samej renomie jak Pepsi.


Wielowymiarowa postać Lucasa jest fascynująca, ale Scottowi i scenarzyście Steve'owi Zaillianowi udało się stworzyć dla niego godnego przeciwnika. Mowa o nieprzekupnym glinie Richiem Robertsie (Russell Crowe), dla którego schwytanie największego nowojorskiego gangstera szybko staje się czymś w rodzaju obsesji. Fakt, że na pierwszy plan wysuwa się wątek konfrontacji dwóch równorzędnych rywali nie powinien stanowić żadnej niespodzianki dla fanów reżysera. Na podobnych fundamentach opierał się już przecież słynny "Gladiator", a wcześniej także brawurowy debiut Scotta – słynny "Pojedynek" z 1979 roku. Starcie ukazane w "American Gangster" ma jednak niespotykaną wcześniej u brytyjskiego twórcy emocjonalną intensywność. Choć Roberts i Lucas stoją po dwóch różnych stronach barykady, darzą się szacunkiem i tworzą między sobą nierozerwalną więź. Bardziej niż skonfliktowanego policjanta i gangstera przypominają duet w rodzaju Patta Garreta i Billy'ego Kida albo Muhammada Alego i Joe'ego Fraziera, których słynna walka stanowi tło jednej z najważniejszych scen w filmie.

Niemal bliźniacze podobieństwo, z jakiego doskonale zdają sobie sprawę sami bohaterowie, wywiera decydujący wpływ na tożsamość "American Gangster". W przeciwieństwie do twórców stereotypowego kina gatunkowego, reżyser nie wyznacza wyraźnych granic między dobrem a złem, nie akceptuje uproszczeń i nie prawi jednoznacznych morałów. Pomimo że na ekranie nie brakuje spektakularnych wydarzeń, "American Gangster" opowiada o nich w sposób zaskakująco powściągliwy. Być może właśnie na tym polega siła najmniej oczywistego arcydzieła w bogatym dorobku Ridleya Scotta.

Piotr Czerkawski

Weź udział w konkursie z atrakcyjnymi nagrodami. Zainspiruj się filmowym kadrem i wklej link do zdjęcia z hashtagiem #BetterOnTNT umieszczonego na portalu społecznościowym. Więcej informacji TUTAJ.
Informacja sponsorowana
Udostępnij: