"Deus Ex: Rozłam Ludzkości" - już graliśmy!

autor: /
https://www.filmweb.pl/news/%22Deus+Ex%3A+Roz%C5%82am+Ludzko%C5%9Bci%22+-+ju%C5%BC+grali%C5%9Bmy-118557
W prezentowanej wersji gry mogliśmy zobaczyć cały pierwszy akt "Rozłamu ludzkości", na który składa się trwający kwadrans filmik wprowadzający (przypominam tym, którzy nie pamiętają "Buntu ludzkości"), misja w Dubaju i epizod praski, łącznie z ciągiem misji głównych i licznymi zadaniami pobocznymi. 


Weterani przygód Adama Jensena nie będą zaskoczeni – gra została poddana raczej liftingowi niż rewolucji. Główna zmiana polega na tym, że grę można przejść w całości bez konieczności zabijania (poza np. bossami). To kierunek obrany już w "Deus Ex: Buntu ludzkości" w wersji reżyserskiej. Teraz jednak od samego początku możemy przemykać cichaczem pomiędzy nieświadomymi naszej obecności wrogami, wyłączać na odległość kamery i hakować śmiercionośne wieżyczki.

Adam Jensen zyskał nieco nowych wszczepów, a w zasadzie… odkrył, że miał je wbudowane fabrycznie, ale nikt mu o tym nie powiedział. Oczywiście śledztwo w tej sprawie zajmie nam nieco czasu i jest ono przy okazji jednym z tematów pobocznych "Rozłamu ludzkości". Główne danie to natomiast czas rozliczenia z atakiem, który miał miejsce podczas pierwszej odsłony gry. Przejęto wtedy kontrolę nad ludźmi wspomaganymi przez cyberwszczepy i, jak nietrudno się domyślić, nie skończyło się to dobrze. Dwa lata po tym wydarzeniu "wzmocnieni" zostają umieszczeni w gettach, w których poddawani się brutalnym, policyjnym kontrolom. "Rozłam ludzkości" w pierwszych godzinach grania pokazuje dość stanowczo, jak wygląda sytuacja, gdy nasz gatunek staje na progu technologicznej rewolucji, ale się o ten próg potyka. A znając pasję i rzetelność twórców, w toku gry możemy liczyć na wiele niejednoznacznych refleksji w zakresie świata poddanego powszechnej cyfryzacji.

 

Jensen wciąż jest cyborgiem ds. rozwiązań siłowych i na tym też polega nasza misja w Pradze. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, dość powiedzieć, że szybko spotkamy niektórych starych znajomych z pierwszej części gry i wplączemy się w nielichą intrygę. Niestety, epizod praski delikatnie rozczarowuje. Przynajmniej tych graczy, którzy marzyli o większym, półotwartym świecie. Praga to plątanina korytarzy i ciasnych budyneczków rozlanych na niewielkim obszarze. Przebiegnięcie z jednego końca mapy na drugi to nic trudnego. Miasto estetycznie zrealizowane jest oczywiście na modłę "Łowcy androidów" Scotta, ale z przyjemnym, europejskim szlifem, choć za sprawą labiryntów przypomina nieco Hongkong z pierwszej (tej całkiem pierwszej, wydanej w roku 2000) części "Deus Ex". Gdy zaś trafimy do tzw. Golema, czyli dzielnicy, do której zepchnięto element niewygodny, jako żywo przypomną nam się co bardziej labiryntowe pasaże wcześniejszych odsłon gry.


Na szczęście w tym gąszczu ciasnych korytarzy i udawanych otwartych przestrzeni jest co robić. Jensen może chwycić za karabin i wydatnie pomogą mu w tym nowe wszczepy, w tym absolutnie przesadzony atak Tajfun oraz tarcza Tytan, która zmienia naszego bohatera w chodzący czołg. Amatorzy cichej rozprawy z wrogami także będą mieli co robić. Powraca zdejmowanie przeciwników sprawnie założonym nelsonem oraz oczywiście hakowanie alarmów, kamer, komputerów, bram wejściowych czy dowolnego programatora pralki. Podobnie też jak w pierwszej odsłonie znacznie więcej zabawy mamy z cichego przemykania ponad albo pomiędzy przeciwnikami niż prostackiej rozwałki. Włażenie do cudzych mieszkań, przetrząsanie szuflad czy czytanie prywatnych emaili, które wzbogacają historię o liczne wątki poboczne, to całkiem nieźle wprowadzone tzw. lore. W ciągu kilku godzin z "Rozłamem ludzkości" przyłapywałem się na tym, że bardziej niż główny wątek interesuje mnie to, czy mogę się dostać do każdego mieszkania w kamienicy.

 

Misje są dość zróżnicowane, ale wszystkie – ponure. Choć twórcy nie przekraczają zbyt często granicy strefy komfortu, leitmotiv zrealizowany jest i po bożemu i z odpowiednim przytupem. Jedną z bardziej miażdżących emocjonalnie misji jest poszukiwanie papierów dla dwójki "wzmocnionych", którzy – jak to zwykli cywile – zostali wplątani w aferę wszczepową wbrew swojej woli. Spotykamy i popadającą w obłęd kobietę, i człowieka bez pamięci, którego po ataku zostawiła rodzina, wreszcie trafiamy w korupcyjne błędne koło czeskiej policji i bandziorów, którzy działają dokładnie tak jak przewoźnicy uchodźców. Ogólnemu klimatowi gry daleko zarówno do mrocznej cyberpunkowej sztampy, jak i festyniarskiego szafowania kontrowersyjnymi wydarzeniami. Square Enix znalazło chyba złoty środek, dzięki któremu w otoczce strzelankowo-skradankowej może sprzedać kilka poważnych i zupełnie realnych strachów. Nie tylko technologicznych.

Wizualnie "Deus Ex" ma kilka momentów, które wywołują opad szczęki. To na pewno burza piaskowa podczas dubajskiego prologu, pieczołowitość, z jaką oddano charakterystyczną architekturę Pragi, zdrowy balans pomiędzy neonowym barokiem a sterylnością, wreszcie – animacja postaci. 


Nie wiem, czy potrzebny jest nam niewnoszący za dużo do gatunku (pod kątem mechaniki) sequel "Deus Ex". Ale po kilku godzinach spędzonych z "Rozłamem ludzkości", żeby nie zjadło mnie oczekiwanie na premierę, poczułem nagłą chęć przejścia jeszcze raz "Buntu ludzkości". To chyba niezła rekomendacja.