Graliśmy w "The Crew: Wild Run"

autor: /
https://www.filmweb.pl/news/Grali%C5%9Bmy+w+%22The+Crew%3A+Wild+Run%22-113921
W "The Crew", jak chwali się ekipa Ivory Tower, grają już trzy miliony osób. Choć gra na początku spotkała się z dość chłodnym przyjęciem, po serii aktualizacji jej popularność zaczęła rosnąć w zastraszającym tempie. Teraz nadchodzi "Wild Run", po którym może być jeszcze lepiej.


Podczas paryskiego pokazu mogłem ograć w zasadzie wszystkie nowe elementy gry. Wraz z wypuszczeniem "Wild Run" na rynek, "The Crew" dostanie potężną dawkę tuningu wizualnego. To dobrze, bo oprawa graficzna była wymieniana jako wada w praktycznie każdej recenzji ścigałkowego MMO Ubisoftu. Podkręcenie efektów, zmian pogodowych, tekstur i animacji dotyczy wszystkich platform, choć twórcy milczeli jak zaklęci, jeśli chodzi o to, czy na PS4 gra będzie wyglądać równie dobrze, co na wysokich ustawieniach PC. Co ważne, aktualizacja obejmie wszystkich użytkowników – niezależnie od tego, czy kupimy dodatek czy nie.

Centrum zabawy w "Wild Run" ma być tzw. The Summit, czyli festiwal maniaków motoryzacji, w którym weźmiemy udział w różnych nowych typach wyścigów. Najciekawsze to drift, dragstery i monster trucki. Drift to po prostu wyścig, w którym musimy podczas jazdy po np. mokrej nawierzchni jak najczęściej wchodzić na zakrętach w kontrolowane poślizgi. Im lepiej nam idzie, tym więcej zdobywamy punktów, które przekładają się wynik końcowy i nowe części do samochodów w kolekcji. Drift nie jest szczególnie porywający, no chyba że ktoś naprawdę lubi spędzać czas na skręcaniu… 

 

Znacznie ciekawsze są wyścigi dragsterów. I niech nikogo nie zmyli tutorial, w którym ścigamy się po dnie wyschniętego jeziora. To jedna prosta, więc wystarczy dobrze radzić sobie w minigierkach, które odpalamy przed startem. Pierwsza to palenie gum, tak, by osiągnęły odpowiednią temperaturę. Potem, już po starcie, musimy po prostu wrzucać w odpowiednim momencie kolejne biegi. Dragster pruje 400 km na godzinę, a my cieszymy się jak dzieci, bo wygraliśmy wyścig trwający może z dziesięć sekund. To jednak dopiero początek, bo inna trasa wiedzie np. przez tereny miejskie. I choć z grubsza poruszamy się po prostej, czasem trzeba lekko skręcić w lewo czy prawo, by samochód nie zawinął się wokół barierki albo przystanku autobusowego. Wtedy już nie jest tak łatwo, gdyż dragster jest podatny na najmniejsze wychylenie analoga – jeden fałszywy ruch i koziołkujemy, a nasz przeciwnik zdobywa cenne sekundy.

Prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero wtedy, gdy siądziemy za kierownicą wielkiego monster trucka. Główne aktywności związane z nimi to nie wyścigi, a coś na kształt toru przeszkód wymieszanego z obłąkanymi trasami Trackmanii. Na arenie, na której się znajdujemy, porozrzucane są koła z wartością liczbową, np. 100, 200 czy 500 punktów. Im więcej punktów ma dana "monetka", tym ciężej się do niej dostać. Mamy określony czas, np. cztery minuty na zebranie jak największej liczby punktów. Poza zgarnianiem monet punkty zdobywamy też poprzez wykonywanie różnych akrobacji. 


Po przejrzeniu The Summit twórcy wypuścili nas samopas i, szczerze mówiąc, dopiero wtedy "Wild Run" pokazała pazur. Najważniejszą cechą gry jest tworzenie własnych tras. Na razie nie można ich zapisywać, ale to oczywiste, że taka opcja pojawi się w pełnej wersji gry. Pierwszy odruch to oczywiście zrobienie jakiegoś wyścigu wokół wyschniętego jeziora. Projektowanie trasy jest kosmicznie proste – zaznaczamy początek, kolejne punkty kontrolne i to w zasadzie tyle. Wtedy też można się przekonać, czasem boleśnie, że gra planuje trasę w zależności od tego, jakim pojazdem będziemy się poruszać. Gdy mój kolega z innej redakcji pruł na przełaj pikapem, ja jeździłem naokoło typową "golarką", czyli ścigaczem. Tak, w "Wild Run" pojawią się i motocykle, choć szczerze mówiąc ich użyteczność blednie podczas wykonywania odcinków typu off road.

Po zrobieniu pierwszego wyścigu zaczęliśmy bowiem kombinować. "Wild Run" dostarcza niesamowitych ilości miodu wtedy, gdy robimy coś szalonego. Wyścig, który zaczyna się na przedmieściach San Francisco, a kończy gdzieś na szczytach gór Sierra Nevada? Nic prostszego. Im głupszy mieliśmy pomysł, tym ciekawszy okazywał się odcinek do pokonania. Gra za każdym razem projektowała bowiem nawigację pomiędzy punktami tak, by z miejsca A do B dotrzeć możliwie najszybciej, wziąwszy pod uwagę samochód, którym jedziemy (auta można zresztą dynamicznie zmieniać podczas wyścigu). Można się jej było grzecznie słuchać, ale czasem warto zaryzykować i puścić się nie tak, jak GPS przykazał, a gdzieś na przełaj np. przez wyjątkowo strome zbocze. Przydaje się szybkie orientowanie się w topografii terenu – jeden z wyścigów udało mi się wygrać tylko dlatego, że kolega z konkurencji postanowił jechać według nawigacji, a ja z głupia frant wjechałem na szczyt góry i zjechałem z drugiej strony… gdzie był ostatni punkt kontrolny. Można zatem wsadzić do gry nowe wózki, wypasione tryby rozgrywki, a i tak najwięcej czasu spędzimy, grając z kumplem w coraz bardziej odjechane trasy gdzieś na bezdrożach zachodniej części Stanów Zjednoczonych. Najprostsze rozwiązania często są najlepsze.


"The Crew: Wild Run" ukaże się już niedługo. Przewidziana data premiery to 17 listopada. Na dniach ma też pokazać się pecetowa wersja beta. Posiadacze konsol na razie muszą obejść się ze smakiem, ale zaręczam: jest na co czekać, o ile macie pod ręką kumpli, headset i worek odpowiednio durnych pomysłów.
Udostępnij: