Recenzujemy "Cyberpunk 2077"

autor: /
https://www.filmweb.pl/news/Recenzujemy+%22Cyberpunk+2077%22-140632
Recenzujemy "Cyberpunk 2077"
W ubiegły czwartek, po ośmiu długich latach oczekiwania, na rynku zadebiutowała gra polskiego studia CD Projekt RED - "Cyberpunk 2077". Dziś, po niecałym tygodniu, tytuł jest na ustach wszystkich - niestety, nie tylko za sprawą fantastycznej historii, bogatego świata oraz ciekawego dialogu z cyberpunkową tradycją. Jakie są jej bolączki? Które z obietnic udało się spełnić? Czy "Wiedźmin 3: Dziki Gon" wciąż jest najlepszą z gier CDPR? 


CYBERPUNK 2077 - RECENZJA

 

Michał Walkiewicz spędził z grą słodko-gorzkie chwile i podzielił się wrażeniami. Co w tym przypadku niezwykle istotne - grał w wersję na konsolę Xbox One uruchomioną w trybie wstecznej kompatybilności na konsoli Xbox Series X. Dajcie znać w komentarzach, w którego z wielu "Cyberpunków 2077" wy gracie i jak Wam się podoba.  

Cyberpunk'd

Pierwszego wrażenia nie da się zrobić dwa razy. Musieli to wiedzieć nawet twórcy "Cyberpunku 2077", niespodziewane ofiary wszystkich praw Murphy'ego, artyści spoglądający jednym okiem na wysokie oceny w branżowych serwisach, zaś drugim - na rozjuszony tłum z widłami. Dziwnym nie jest, bo skoro przez ostatni tydzień minęła wieczność, to ile wynosił kredyt zaufania przyznany przed ośmioma laty? Podróżując ulicami futurystycznego Night City, wpadamy na ulicznego grajka, który rzępoli na gitarze stare, rebelianckie szlagiery i staje się przedmiotem namiętnej laudacji autorstwa rockmana Johnny'ego Silverhanda (Keanu Reeves). "Liczą się emocje. Technika jest drugorzędna" - słyszymy. Złośliwi powiedzą: "to słowa tak dobrze oddające artystyczną strategię studia CD Projekt Red, że powinny znaleźć się na pudełku z grą". Ale przecież "Cyberpunk 2077" to nie jedna, a trzy opowieści, w których, chcąc nie chcąc, musimy dziś uczestniczyć: o marketingu, który zamienił tytuł w narodową relikwię; o technicznym stanie gotowej produkcji, która - w zależności od tego, kogo spytacie - będzie relacją z ziemi obiecanej, komedią pomyłek, albo egzystencjalnym horrorem; wreszcie - o ukrytej pod spodem, fantastycznej grze, w którą nie wszyscy zagramy. Mówiąc krótko, "Cyberpunków 2077" jest dziś tyle, ile konsol i komputerów w naszych domach.



Akcja rozgrywa się w rzeczywistości wymyślonej przez legendarnego twórcę gier planszowych oraz fabularnych, Mike'a Pondsmitha; świecie, który wykiełkował na żyznym gruncie fascynacji literackim i filmowym cyberpunkiem lat 80. - usypanym z cytatów, sklejonym z powidoków, zderzającym poważne, transhumanistyczne narracje z lekką, awanturniczą prozą. Kolejne wersje gry rozwijały ten świat, zaś scenarzyści "Cyberpunku 2077", bogatsi o nowe inspiracje i we współpracy z Pondsmithem, który pełnił rolę konsultanta, wcisnęli hamulec w kilka dekad później. Lądujemy więc na Ziemi wyzutej z surowców, w Ameryce pokiereszowanej kilkoma wojnami domowymi, w mieście podzielonym na strefy korporacyjnych wpływów. Położone na kalifornijskim wybrzeżu Night City - bez dwóch zdań główny bohater opowieści - jest kulturowym  i politycznym tyglem, w którym azjatyckie i latynoskie gangi ścierają się z cyborgami potentatów technologicznych oraz post-republikańską, militarną juntą. To potworne, architektoniczne dziecko Johna Lautnera, brutalistów, mistrzów art deco i Berg wie, kogo jeszcze. A jednocześnie noirowy labirynt, wzniesiony w zgodzie z chandlerowską definicją zdrowego rozsądku ("Zdrowy rozsądek to facet, który patrzy na twój rozwalony samochód i mówi, że powinieneś był zmienić hamulce tydzień temu"). To Chiba z "Neuromancera" Williama Gibsona, Los Angeles z "Łowcy androidów" Ridleya Scotta i pokrewny Mega City One moloch z "Hardware" Richarda Stanleya. Last but not least, to gigantyczna piaskownica, w której spędzimy długie godziny i nie będziemy nudzić się ani minuty.   


Całą recenzję Michała Walkiewicza przeczytacie TUTAJ. 
Udostępnij: