WYWIAD: Albert Dupontel opowiada o "Do zobaczenia w zaświatach"

  • Informacja nadesłana
"Kręciliśmy wymagającą scenę z udziałem Pradelle'a, gdy przysypany zostaje górą piachu. Zawiódł mechaniczny system, za sprawą którego wcielający się w tę rolę Laurent Lafitte miał się wydostać. W efekcie utknął tam i musieliśmy go błyskawicznie odkopać ręcznie. Po wszystkim zapytałem Laurenta, czy byłby gotowy, by zrobić jeszcze jedno ujęcie. Zgodził się bez wahania, prawdopodobnie dlatego, że widział, jak sam wskakiwałam do okopów i pokrywałem się ziemią. Ironia całej sytuacji polegała na tym, że wspomniana mechanika zawiodła po raz drugi, zatem musieliśmy go odkopać raz jeszcze" – wspomina Albert Dupontel

Albert-Dupontel.jpeg

O swoim nowym filmie "Do zobaczenia w zaświatach", który od piątku trafi do polskich kin, opowiada doświadczony francuski reżyser, scenarzysta i aktor. Obraz zdobył w tym roku 5 CEZARÓW. 

Wraz z premierą kinową do księgarń w całej Polsce trafi powieść Pierrea Lemaitrea, na podstawie której powstał film. Książka została uhonorowana Grand Prix Nagrody Goncourtów określanej mianem "małego Nobla".

***

Kuba Armata: W filmie "Do zobaczenia w zaświatach", który oparty jest na powieści Pierrea Lemaître'a łączy Pan trzy role: reżysera, współscenarzysty oraz odtwórcy głównej roli. Pojawiały się myśli, że może to być za dużo?

Albert Dupontel: Podobnie było już w moim poprzednim filmie "Dziewięć długich miesięcy", ale prawdą jest, że tym razem stanowiło to coś wyjątkowego. W dużej mierze dlatego, że wcielenie się w postać Alberta Maillarda było dość niespodziewane. Początkowo na planie chciałem skupić się wyłącznie na reżyserii, zwłaszcza że czułem, iż w tym przypadku będzie wiązało się to ze znacznie większą ilością wyzwań niż w moich poprzednich filmach. Główną rolę miał zagrać jeden z moich ulubionych aktorów, ale niestety musiał zrezygnować na kilka miesięcy przed rozpoczęciem okresu zdjęciowego. Rozglądałem się za kimś innym, ale nie mogłem znaleźć tego, na czym najbardziej mi zależało. Czas nas gonił, więc zdecydowałem się sam wcielić w postać Alberta. 

Zatem – jak rozumiem – rola aktora była tu z tych trzech zajęć największym wyzwaniem?

Z uwagi na to, że nie była to część planu, skłoniłbym się ku temu zdaniu. Ważne jednak, że moi pozostali aktorzy bardzo mi w tym pomogli. Przyglądając się im, ale też słuchając, co mają do powiedzenia, stopniowo odnajdywałem się w swojej postaci. Muszę przyznać, że obecność zarówno za, jak i przed kamerą była dość męcząca. Zwłaszcza pod koniec okresu zdjęciowego, kiedy kręciliśmy sceny bitwy. Bieganie pomiędzy okopami a monitorem, żeby sprawdzić, jak wyszło, było naprawdę wykańczające. 

see-you-up-there-movie.jpg

Akcja Pana filmu rozpoczyna się w ostatnich dniach I wojny światowej, najbardziej okrutnego i krwawego konfliktu zbrojnego ubiegłego stulecia. Jak przygotowywał się Pan do tego, by o tym opowiedzieć?

Wielką pracę zrobił tu Pierre Lemaître w swojej książce, zatem moja rola polegała raczej na studiowaniu ikonografii niż samych faktów. Przeczytałem oczywiście wiele książek, które były istotne w kontekście doświadczenia wojny z punktu widzenia żołnierzy. Wśród nich chociażby opowiadania Ericha Marii Remarquea czy Maurice'a Genevoixa, "Strach" Gabriela Chevalliera, "Krzyże drewniane" Rolanda Dorgelèsa czy "W stalowych burzach" Ernsta Jüngera. Rzecz jasna to nie wszystko. Oglądałem też wiele filmów, w tym adaptacje niektórych z tych książek. Ważna była też lektura "Ścieżek chwały" Stanleya Kubricka oraz "Skrzydeł" Williama A. Wellmana.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że wybuch wojny oznacza triumf ludzkiej głupoty. Dlaczego zatem ludzie nie uczą się w ogóle na swoich błędach?

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Uważam jednak, że wojny zbyt często są narzędziem w rękach ludzi władzy, służącym im do tego, by mogli utrzymać swoje pozycje. Z historycznego punktu widzenia I wojna światowa, obok wielu innych czynników, była konsekwencją wzrostu liczby roszczeń społecznych w całej Europie. Konflikt zbrojny na wielką skalę był zatem ironicznym i okrutnym sposobem na zachowanie spokoju. Dopóki będziemy dążyć do władzy, cały czas widmo wojny będzie gdzieś na horyzoncie. Następna zapewne skierowana zostanie przeciwko naszemu środowisku.

uid_53eabf0db574588b4aad7471ded2b2f71520959018064_width_1920_play_0_pos_0_gs_0_height_1080.jpg

Pański bohater to weteran wojenny, którego sytuacja po powrocie do Francji nie jest godna pozazdroszczenia. Niezależenie od tego próbuje zachować pogodę ducha, co sprawia, że "Do zobaczenia w zaświatach" staje się – dla mnie – przede wszystkim opowieścią o nadziei.

Zależało mi na tym, żeby tak było. Warto podkreślić, że film niesie jej w sobie znacznie więcej niż książka, która pod wieloma względami jest mroczniejsza. Albert i jego towarzysz Edouard dużo przeszli, a ważne było dla mnie to, by dać w tym wszystkim jakieś poczucie nadziei. Zwłaszcza w kontekście finału filmu, którego rzecz jasna zdradzić nie mogę.

Ciekawa jest postać poważnie rannego na wojnie Edouarda Péricourta, bo za jej sprawą to także opowieść o poszukiwaniu tożsamości.

W książce Lemaîtrea to właśnie Edouard jest postacią, która najbardziej mnie zafascynowała i zainspirowała. Jego rodzina to przedstawiciele francuskiej burżuazji, ale on z racji bycia artystą, znalazł własną, zupełnie inną tożsamość. Myślę że można określić go mianem dadaisty, w tym sensie, iż odrzuca wartości związane z jego klasą społeczną i rodziną. Edouard wyraża się artystycznie poprzez swoją wściekłość. Z mojego punktu widzenia jest geniuszem, obdarzonym wyższą świadomością otaczającej go rzeczywistości, przez co jest także buntownikiem. Maski, jakich używa na co dzień, pozwalają mu bawić się tożsamością i oddawać różne strony jego złożonej osobowości.

Film ma elementy baśniowe, a jednocześnie porusza bardzo istotny temat, jakim jest odpowiednie traktowanie weteranów wojennych. Problem uniwersalny i wciąż aktualny.

Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak to możliwe, że nasze społeczeństwo zdolne jest do tego, by wychwalać wojny, nawet te zwycięskie. Zwróć uwagę, że wiele ulic Paryża nosi nazwiska przywódców wojennych, którzy byli wielkimi zabójcami, z kolei Łuk Triumfalny przedstawia sceny z wielu znanych bitew. Ostatecznie jednak, jak możemy nazwać to triumfem?

au-revoir-la-haut-slide-cliff-and-co-790x527.jpg

Trudno znaleźć odpowiednie proporcje pomiędzy takimi tematami a lżejszymi, humorystycznymi elementami, których w filmie jest całkiem sporo?

Choć opowiadane przeze mnie historie zawsze były dość smutne lub przynajmniej poważne, starałem się mówić o nich w nieco lżejszy sposób. To w dużej mierze odzwierciedlenie tego, co czuję w prawdziwym życiu, często będącym rollercoasterem emocji, od radości po smutek. Inspirowali mnie reżyserzy, którzy posiedli umiejętność opowiadania trudnych historii w przystępny dla widza sposób, mając na uwadze, że kino to także rozrywka. Prawdziwym mistrzem w tej materii jest dla mnie Charles Chaplin, który zawsze opowiadał bardzo smutne historie, zawierające elementy polityczne, społeczne, ale robił to za każdym razem w niezwykle zabawny sposób.

Zaczynał Pan karierę jako stand-upper. Czy to doświadczenie było dla Pana ważne w kontekście kina?

Rzeczywiście zaczynałem jako komik, gdyż były to pierwsze drzwi, jakie otworzyły się przede mną po ukończeniu szkoły teatralnej. Z pewnością mi to pomogło, ponieważ dzięki pieniądzom zarobionym na dawaniu jednoosobowego show, udało mi się nakręcić krótki film pod tytułem "Désiré", który zresztą można zobaczyć na YouTubie. Dzięki temu doświadczeniu mogłem zacząć robić to, co naprawdę chciałem.

Jak Pana doświadczenie aktorskie pomaga w pracy na planie?

Wierzę, że bycie aktorem pomaga mi uzyskać najlepszą możliwą obsadę, gdyż inni nie widzą we mnie jedynie wszechwładnego reżysera, ale także jednego z nich. Widzą, że jestem nerwowy, zdarza mi się zapomnieć tekstu, podobnie jak oni angażuję się fizycznie do roli itd. Mam wrażenie, że z tego powodu dają też więcej od siebie. Podam ci przykład. Kręciliśmy wymagającą scenę z udziałem Pradelle'a kiedy przysypany zostaje górą piachu. Zawiódł mechaniczny system, za sprawą którego wcielający się w tę rolę Laurent Lafitte miał się wydostać. W efekcie utknął tam i musieliśmy go błyskawicznie odkopać ręcznie. Po wszystkim zapytałem Laurenta, czy byłby gotowy, by zrobić jeszcze jedno ujęcie. Zgodził się bez wahania, prawdopodobnie dlatego, że widział, jak sam wskakiwałam do okopów i pokrywałam się ziemią. Ironia całej sytuacji polegała na tym, że wspomniana mechanika zawiodła po raz drugi, zatem musieliśmy go odkopać raz jeszcze.

Bardzo przypadła mi do gustu rola najmłodszej na ekranie Héloïse Balster. Jak w ogóle trafiła ona na plan filmu?

Héloïse dostrzeżona została na castingu. Kiedy zapytałem ją, co lubi robić w życiu, powiedziała, że śpiewać, po czym zaczęła nucić popularną francuską piosenkę. Nie szło jej to najlepiej, próbowałem nawet ją powstrzymać, ale mi się to nie udało. W efekcie śpiewała jeszcze przez kilka minut. Uznałem, że ten rodzaj determinacji stanowi coś, co zadziała dobrze dla postaci Louise. Naszym wielkim szczęściem było to, że świetnie dogadywała się na planie z Nahuelem Pérezem Biscayartem, który wcielał się w postać Edouarda. Staraliśmy się uchwycić relację między nimi. Czasami Nahuel improwizował razem z nią, a dziewczynka nawet nie wiedziała, że kamera jest włączona. Te "skradzione" momenty są pełne prawdy.

au_revoir_la_haut_3.jpg

Bardzo ważną rolę odgrywają w filmie kostiumy. Przede wszystkim myślę o maskach, które nie tylko imponują wizualnie, ale i odgrywają ważną rolę narracyjną.

Za kostiumy odpowiadała bardzo utalentowana kostiumografka Mimi Lempicka, z którą miałem już wcześniej okazję pracować. Przedstawiła mnie także Cécile Kretschmar, odpowiedzialnej później za zaprojektowanie masek, jakie przywdziewa Edouard, co było kluczowym punktem w przygotowaniu filmu. Chcieliśmy, by odzwierciedlały one nastrój bohatera w poszczególnych momentach opowieści: od radości do smutku, od ironii po życzliwość. Ich piękno oraz różnorodność pomogły również zrozumieć, kim był Edouard. A był artystą swoich czasów, świadomy zmian w sztuce zachodzących w latach 20. w Paryżu. Wraz z Cécile zdecydowaliśmy się na odniesienia do kubizmu, dadaizmu, surrealizmu.

Zwróciłem także uwagę na kategorię absurdu w Pana filmie. Pod tym względem kojarzy mi się on trochę z kinem Miloša Formana.

Odniesienie do Formana jest interesujące, ponieważ przyszło mi to do głowy podczas pisania scenariusza. Bałem się trochę, że proces retrospekcji, którego nie ma w książce, może okazać się sztuczny. Kiedy jednak ponownie oglądałem "Amadeusza ", zdałem sobie sprawę, że wcale nie musi tak być, może przechodzić to płynnie i nie rozpraszać. Zawsze uwielbiałem też twórców, którzy mocno wykorzystują język kina. Byłem pod wrażeniem "Brazil" Terry'ego Gilliama, pierwszych filmów braci Coen, amerykańskiej kariery Paula Verhoevena. Jednocześnie imponował mi trzeźwy osąd rzeczywistości Kena Loacha.

Podczas swojej aktorskiej kariery współpracował Pan z wieloma świetnymi, a jednocześnie bardzo różnymi reżyserami, jak: Gaspar Noé, Jean-Pierre Jeunet, Jacques Audiard czy Jacques Rivette. Jak te spotkania wpłynęły na Pana jako reżysera?

Trudno powiedzieć. Czasami jestem porównywany do Jean-Pierre'a Jeuneta, choć myślę, że głównie dlatego, iż został przez większą publiczność rozpoznany przede mną. Zwłaszcza w kontekście międzynarodowego sukcesu "Amelii". Powiedział wtedy innym reżyserom coś w rodzaju: "Game Over". Dzielimy tę samą miłość do kamery, mamy wspólne referencje, które również mogą wyjaśnić to porównanie, ale mam wrażenie, że moje pierwsze filmy miały już ten styl.

889c267f109829695f52cfe5c62bd7f9-01.jpg

"Do zobaczenia w zaświatach" otrzymał pięć Cezarów, czyli najważniejszych nagród francuskiego przemysłu filmowego. Spodziewał się Pan aż tak wielkiego sukcesu?

Największym uznaniem nie były dla mnie nagrody. Zawsze czuję się niekomfortowo z pomysłem porównywania filmów. To tak jakbyśmy porównali Moneta z Van Goghiem. Nie zmienia to faktu, że byłem bardzo poruszony sukcesem naszego filmu. Nie tylko we Francji, a zgromadziliśmy tam dwa miliony widzów, ale i w innych miejscach, gdzie spotykaliśmy się z publicznością i naprawdę odczuwaliśmy emocje tych ludzi. To dla mnie najcenniejsze. Mam nadzieję, że podobnie będzie i w Polsce!

Rozmawiał Kuba Armata
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię