Recenzja gry Devil May Cry 5 (2019)

Piekło-niebo

Ponieważ chodzi o szlachtowanie diabelskiego pomiotu, surfowanie na wystrzelonych rakietach i tym podobne atrakcje, opowieść zaczyna się dokładnie tam, gdzie zdrowy rozsądek nakazywałby ją ...
Filmweb sp. z o.o.
"Ujrzeć świat w ziarenku piasku. I niebo w polnym kwiecie. Zamknąć w swej dłoni nieskończoność. A wieczność w jednej godzinie". Oto filozofia artystyczna stojąca za grą, w której zmieszczono wszystko: poezję Williama Blake’a i dymiące spluwy, fekalne żarty i demony na motorach, "Boską komedię" oraz księżycowy taniec Michaela Jacksona (nieodpowiedni czas, nieodpowiednie miejsce?). "Devil May Cry 5" to kicz ubity w masę tak gęstą, że można ją kroić na plastry. Smacznego! 

photo.title   

Ponieważ chodzi o szlachtowanie diabelskiego pomiotu, surfowanie na wystrzelonych rakietach i tym podobne atrakcje, opowieść zaczyna się dokładnie tam, gdzie zdrowy rozsądek nakazywałby ją zakończyć. Lądujemy na dnie piekielnego leja, w labiryncie mięsno-kostnych korytarzy, wśród basenów wypełnionych krwią i sadzawek pełnych kwasu, w epicentrum bitwy pomiędzy demonem Urizenem a tercetem głównych bohaterów. Nero to wściekły uciekinier z boysbandu, dzieciak definiowany głównie przez patologiczny gniew oraz nieposkromioną ambicję. Rachityczny, wytatuowany V spóźnił się wprawdzie na dekadę emo, lecz kiedy opowiada o mrokach swojej duszy, trudno z nim polemizować. Wreszcie, Dante, człowiek renesansu i facet, którego przedstawiać nikomu nie trzeba – a przynajmniej nie miłośnikom klasycznej japońskiej elegancji. Jako że akcja rozgrywa się na przestrzeni doby, panowie będą mieli pełne ręce roboty. Zupełnie nowa struktura narracyjna wymaga od nas wejścia w buty całej trójki i ciągłego zmieniania punktów widzenia. 

photo.title

Zabawa chronologią oraz perspektywą to największe fabularne novum w "Devil May Cry 5". Po reboocie stanowiącym kulawy ideologiczny manifest (jednym z bossów był prezenter stacji upozowanej na Fox News, innym – bezwzględny magnat finansowy, sprawujący rząd dusz za pomocą trującego napoju energetycznego), powracamy do bezpretensjonalnej opowiastki o walce zła z jeszcze większym złem. Rozpisana na blisko dwie dekady seria przypomina na finiszu lekkostrawny koktajl wątków szekspirowskich, ekstrawagancką parodię "Boskiej komedii" oraz wysokooktanowe kino akcji. Show kradnie tym razem Nico – wygadana partnerka Nero oraz inżynierka zaopatrująca nas w nowy sprzęt. Z nieodłącznym papierosem w ustach i całym arsenałem zabójczych odzywek, uświadamia, za co pokochaliśmy serię "Devil May Cry": w jej rozkosznie bezczelnym tonie czuć rebeliancką energię. 

photo.title   photo.title   photo.title

W miejski krajobraz wdarła się demoniczna roślinność, świat wygląda jak skręcony w konwulsjach, ludzie są rozszarpywani na strzępy przez żarłoczne pnącza, a przez cały ten chaos dumnie kroczy gracz. Choć z racji swojej realizacyjnej perfekcji (autorski RE Engine Capcomu działa cuda w temacie jakości tekstur, animacji, oświetlenia oraz efektów cząsteczkowych) oraz narracyjnej finezji "Devil May Cry 5" sprawia estetyczną frajdę nawet tym, którzy nie zjedli zębów na slasherach, nie ma co ukrywać: to gra przede wszystkim dla fanów ostrej jatki, premiująca graczy obdarzonych dziką wyobraźnią i niezłym refleksem. Pomijając bowiem graficzne wodotryski i reżyserskie solówki, po raz pierwszy w historii dostajemy aż trzy różne systemy walki, z których każdy mógłby stanowić trzon mechaniki całkowicie odrębnej gry. Uprzedzam nadciągające komentarze: choć "Bayonetta 2" wciąż pozostaje w tej konkurencji liderem, Capcom bez trudu zostawia w tyle peleton. 

photo.title   

Nero gania z wielkim mieczem na plecach, sześciostrzałową giwerą w kaburze oraz zestawem mechanicznych łap na czarną godzinę. Rzeczone protezy, tzw. Devil Breakers, pełnią najróżniejsze funkcje: za pomocą niektórych spowolnimy czas, inne zamienią cyberłapę w ostry jak brzytwa bicz, jeszcze inne przyszpilą wroga do ściany albo wystrzelą go w powietrze niczym szmacianą lalkę. Wszystkie da się zdetonować, zadając spore obrażenia obszarowe, wszystkie też pozostają narzędziem taktycznym: jako że są zużywalne, ułożenie ich w odpowiedniej kolejności ma fundamentalne znaczenie dla przebiegu rozgrywki – zwłaszcza na wyższych poziomach trudności, gdzie jeden fałszywy ruch może skończyć się bolesnym zgonem. 

photo.title   photo.title   photo.title

Niedobór witamin sprawia, że debiutant V tłucze się wyłącznie na dystans, zaś w bój posyła piekielną faunę. Jest tutaj czarna pantera tnąca pazurami jak oszalała, wygadane kruczysko zastępujące ataki bronią palną, a także przypakowany golem miażdżący wrogów łapskami. Chociaż wychudzony V musi własnoręcznie postawić stempelek na każdym zmiękczonym przeciwniku (jego miniony nie są w stanie zadać śmiertelnego ciosu), to rzeźnię będziemy zwykle obserwować z bezpiecznego dystansu, skupiając się na unikach oraz ładowaniu specjalnego ataku. Tę ostatnią czynność nazwałbym matką wszystkich absurdów – V wyciąga zza pazuchy tomik "Zaślubin Nieba i Piekła" Blake’a i za pomocą recytacji kolejnych pasusów, ładuje się magiczną energią. Nie mam pytań.

Last but not least, Dante. Największy potencjał, ergo – najwyższy próg wejścia. Legendarny łowca demonów ma na podorędziu aż trzy kultowe miecze, kilka zestawów giwer (wraca bazooka Kalina Ann!), a także bronie dodatkowe, wśród których prym wiedzie rozkładany na dwa wielkie tasaki…motocykl (chyba nie muszę dodawać, że można nim jeździć i palić gumę). Dodatkowo Dante potrafi korzystać "w locie" z aż czterech stylów walki (premiujący uniki Trickster, skupiony na broni palnej Gunslinger, idealny dla szermierzy Swordmaster oraz bazujący na kontrach Royal Guard), a także jest postacią unaoczniającą głębię całego systemu walki. I jeśli dołożymy do tego najróżniejsze demoniczne formy bohaterów, cały kramik z dodatkowymi zdolnościami, aż sześć poziomów trudności oraz mnóstwo bajerów do odblokowania, dostajemy gwarancję zabawy na długie tygodnie – oczywiście pod warunkiem, że fruwanie na wystrzelonej mechanicznej dłoni jest dla Was synonimem zabawy. 

photo.title   

Po zaledwie trzech miesiącach i dwóch grach, Capcom obejmuje prowadzenie w tegorocznym deweloperskim wyścigu. Ich silnik graficzny to prawdziwy potwór, scenarzyści wyrabiają dwieście procent normy, a podejście do nieco przykurzonych, wyeksploatowanych marek budzi mój szczery podziw. "Devil May Cry 5" jest kolejnym, po remake’u "Resident Evil 2", dowodem na to, że recykling starych pomysłów wciąż może być fundamentem nowej wizji artystycznej. To świadectwo wiary w inteligencję gracza; w jego zdolność zrozumienia i zaakceptowania konwencji, w której humor, seks i przemoc wciąż są narracyjnym paliwem. Przygoda Dantego, Nero i V to ogłuszające arcydzieło złego smaku. Piekło i niebo gier wideo.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 79% uznało tę recenzję za pomocną (24 głosy).
Michał Walkiewicz
ocenia tę grę na:
1 10 9/10 rewelacyjna