Recenzja filmu RoboCop (2014)
José Padilha

Wersja 2.0

Verhoeven był świadom tego, że historia okaleczonego policjanta, który wraca do czynnej służby pod postacią cyborga, z łatwością może osunąć się w niezamierzoną autoparodię. Dlatego z ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa RoboCop (2014)
Jeśli pojawienie się na napisach końcowych "RoboCopa" piosenki "I Fought the Law" ma być próbą zaklęcia rzeczywistości, to jest to próba nieudana. Film Joségo Padilhi nie wymaże z pamięci pierwowzoru Paula Verhoevena tak samo, jak cover w wykonaniu The Clash puścił w zapomnienie oryginał grupy The Crickets. Ale spokojnie. Remake skutecznie zaciera niesmak, jaki pozostawiły po sobie kolejne sequele i seriale, coraz bardziej rozcieńczające pierwotny, ostry jak brzytwa koncept. Ten nowy model jest całkiem dobry.

photo.title

Verhoeven był świadom tego, że historia okaleczonego policjanta, który wraca do czynnej służby pod postacią cyborga, z łatwością może osunąć się w niezamierzoną autoparodię. Dlatego też z premedytacją podkręcił przemoc i humor, wydobywając satyryczny potencjał tego pomysłu. W nowym "RoboCopie" na szczęście satyra również jest obecna (już od pierwszych sekund, w których lew wytwórni MGM nie wydaje z siebie spodziewanego ryku). Padilha – podobnie jak Verhoeven – bierze na celownik media i wielkie korporacje oraz amerykańską paranoiczną potrzebę dozoru, tylko spotęgowaną po 11 września. Choć krytyczny pazur nie jest tu tak ostry jak w oryginale, to właśnie prześmiewcza warstwa filmu jest jego najmocniejszą stroną. Samuel L. Jackson i Jay Baruchel jako spece od – odpowiednio – telewizyjnej i PR-owej propagandy przemycają pierwiastek komediowy i "kradną" film dla siebie.

Satyryczne sceny z konserwatywnym do bólu gwiazdorem telewizji Patem Novakiem (Jackson) to jednak jedynie przerywniki. Perypetie Aleksa Murphy'ego (Joel Kinnaman) rozegrane są już w dużo bardziej zachowawczej tonacji. Padilha – inaczej niż Verhoeven – wybiera drogę melodramatu. Murphy z 1987 musiał odkrywać na powrót, kim jest; Murphy z 2013 budzi się ze śpiączki z nienaruszoną pamięcią i świadomością. W rezultacie Kinnaman kreuje bardziej "ludzką" postać niż emanujący wystudiowaną sztywnością Peter Weller. Nowy RoboCop dużo chętniej pokazuje też twarz. Po to zresztą został stworzony: ma chwycić za serce naród i umożliwić korporacyjnemu bossowi Raymondowi Sellarsowi (Michael Keaton) zwalczenie amerykańskiej "robofobii". To PR-owy chwyt, za którym stoi chęć zarobienia na zautomatyzowaniu krajowych oddziałów policji.

photo.title

Paradoksalnie jednak uczłowieczenie RoboCopa nie procentuje dramaturgicznie. Żona (Abbie Cornish) i syn Murphy'ego ani na chwilę nie kwestionują swojej pozycji jako stereotypowej ostoi rodzinnego ciepła. Sam bohater zaś dobija do brzegu wewnętrznej ewolucji już w połowie filmu: potem walczy jedynie o to, by tam pozostać. Wobec tego na faktycznego protagonistę filmu wyrasta doktor Norton (Gary Oldman), odpowiedzialny za przemianę Murphy’ego w cyberglinę. Zmagając się z etycznymi konsekwencjami swojej pracy, Norton dostarcza nam pełnokrwisty konflikt i pozostaje sercem oraz sumieniem filmu.

Rozterki rozterkami, ale "RoboCop" to przede wszystkim kino akcji. Padilha, twórca "Elitarnych", wydawał się idealnym reżyserem do zainscenizowania ulicznej wojny toczonej przez tytułowego zautomatyzowanego funkcjonariusza. Sceny, w których reżyser – wzorem Neilla Blomkampa – pokrywa gładką cyfrową magię patyną reporterskich, rozbieganych zdjęć, są naprawdę udane. Miejscami jednak ta chropawa forma ustępuje hollywoodzkiemu standardowi: precyzyjnym ujęciom i pastelowej tonacji, które nieco słabiej przegryzają się z tematem. W rezultacie dostajemy coś stylistycznie rozpiętego między "Dystryktem 9" a "Iron Manem". We znaki daje się też kategoria wiekowa PG-13: wokół oryginalnego RoboCopa wyrastały wszędzie krwawe eksplozje – nowy Alex Murphy jedynie ogłusza przeciwników. Najsłabiej wypadają jednak starcia RoboCopa nie z ludźmi, a z innymi robotami. Przyjmują one formę zrealizowanej bez polotu komputerowej zawieruchy. Ale nawet jeśli Padilha – tak jak The Clash – walczy z (hollywoodzkim) prawem i przegrywa, to zachowuje twarz. Rozpycha się w gatunkowej foremce, ile może, a kiedy musi grać według reguł, robi to jak należy.

photo.title

Jest zresztą w filmie jeden moment, który cudem chyba ubiegł uwadze hollywoodzkich uśredniaczy gustu. Mowa oczywiście o scenie, w której Padilha w ewidentnie cronenbergowskim stylu pokazuje nam, ile faktycznie zostało z człowieka w Aleksie Murphym. Ten smaczek prawdziwego body horroru rymuje się z wyeksponowanym w biurze Sellarsa tryptykiem Francisa Bacona, malarza zafascynowanego tematami cierpienia, deformacji, ukrzyżowania. Podpowiada też kierunek, w jakim mógłby pójść Padilha, gdyby chciał – i mógł – bardziej zdecydowanie odciąć się od pierwowzoru. RoboCop jako metafora kalectwa i syndromu stresu pourazowego? Byłoby ciekawie. Ale to, co dostajemy, też jest całkiem sympatyczne: porządny akcyjniak z dobrym tempem i sporą dawką humoru.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (256 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (8)

zobacz wszystkie