Recenzja filmu Avengers: Wojna bez granic (2018)
Anthony Russo
Joe Russo

Wszystkie ręce na pokład

Rozbuchana formalnie i zarazem zaskakująco intymna "Wojna bez granic" to filmowy ekwiwalent piaskownicy, w której mieszczą się wszystkie zabawki świata. Potrzeba wiele pieniędzy i sporo ...
Filmweb sp. z o.o.
Nie jestem orłem z matematyki, ale nawet ja wiem, że przy osiemnastu filmach, blisko trzydziestu wiodących postaciach, dwudziestoletnim planie biznesowym oraz czternastu miliardach dolarów przychodu, oczekiwania widzów stają się policzalne. Na szczęście bracia Joe i Anthony Russo – reżyserzy, którzy zjedli zęby na niskobudżetowych produkcjach, a w świat blockbusterów wkroczyli razem z drzwiami i framugą – nie od parady są gwiazdami kinowego uniwersum Marvela. Rozbuchana formalnie i zarazem zaskakująco intymna "Wojna bez granic" to filmowy ekwiwalent piaskownicy, w której mieszczą się wszystkie zabawki świata.


Fabuła splata wątki rozwijane na przestrzeni ostatniej dekady, ale spokojna głowa – to (jeszcze) nie "Moda na sukces". Oto czający się dotąd w mrokach kosmosu tyran Thanos (Josh Brolin) przywdziewa robocze ciuchy, podbija kartę i bierze na cel ni mniej, ni więcej jak połowę wszechświata. Wszelkie metafory fizycznego znoju wydają się na miejscu – Thanos traktuje ludobójstwo jak przerzucanie węgla na szychcie, o czym zresztą chętnie mówi, w końcu "ktoś musi przywrócić równowagę w galaktycę". A jako że superbohaterowie wszelkich stanów i zawodów mają bardziej demokratyczne poglądy, rozstrzelony po zakamarkach kosmosu ruch oporu przygotowuje się do obrony. Lepiej późno niż wcale.


Tony Stark najchętniej odłożyłby strój Iron Mana do pawlacza, Hulk przeżywa egzystencjalny kryzys, Kapitan Ameryka porzucił barwy Wuja Sama i zapuścił brodę, a Strażnikom Galaktyki czas upływa na grupowym karaoke. Jednak już w prologu, gdy na zdewastowanej fregacie Asgardczyków pojawia się Thanos, wiemy, że będzie to show jednego aktora oraz kilkunastu fachowców od komputerowej animacji. Choć trudno w to uwierzyć, fioletowy mięśniak z przerośniętą szczęką to skomplikowana i wewnętrznie rozdarta postać, której dylematy nadają ton całej historii. Z racji rodzinnych koneksji i paru fabularnych zawirowań, sporo czasu ekranowego dostają również Gamora (Zoe Saldana) i Thor (Chris Hemsworth). Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się, jak wiele przestrzeni na aktorskie solówki pozostawią temu tercetowi scenarzyści – "Wojna bez granic" jest najlepsza, gdy reżyserzy zdzierają pancerz konwencji, a superbohaterowie obnażają swoje wrażliwe strony.


Chociaż nie każda postać wygrała na loterii, to w myśl przysłowia "od przybytku głowa nie boli" każda ma pięć minut, aby popisać się efektownym ciosem, celną ripostą lub umoralniającą przemową. Chemii nie brakuje: bohaterowie przerzucają się kapitalnymi żartami, zawiązują nieoczywiste sojusze, zaś fakt, że Star Lord i Spider-Man dzielą miłość do popkultury lat 80., na pewno nie ujdzie Waszej uwadze. Co jednak najważniejsze, komediowy aspekt filmu w żaden sposób nie rozrzedza jego fatalistycznej atmosfery. Thanos ma w sobie coś z mściwego, starotestamentowego Boga, w jego planie łatwo dostrzec alegorię totalitaryzmu, natomiast opowieść o poświęceniu jako esencji superbohaterskiej doli przebija się przez ogłuszającą akcję i komedię charakterów. Nieźle jak na dzieło, w którym jakieś dwadzieścia tysięcy facetów w pelerynach walczy o magiczne kamyki.


Jako że "Wojna bez granic" jest praktycznie pozbawiona ekspozycji i od razu rzuca nas w wir akcji, momenty wyciszenia będziecie traktować jak zaskakujący, fabularny kontrapunkt – to chyba największa słabość filmu, w którym sporo energii idzie na oporządzenie całego plutonu herosów. Reszta jest demolką na galaktyczną skalę – nakręconą z taką świadomością filmowego języka, takim wyczuciem cyfrowej przestrzeni i tak imponującą dbałością o detale, że głowa mała. Bracia Russo łączą ruchliwą kamerę z ręki z zamaszystymi panoramami, żonglują punktami widzenia, podkreślają skalę każdego pojedynku, by za chwilę przykleić kamerę do czyichś pleców. Popisowa pod tym względem jest sekwencja w Wakandzie: jest tu i montaż równoległy, i zmiany operatorskich technik, i ciągła zabawa perspektywą. War Machine ostrzeliwujący pole bitwy kaskadą rakiet, Kapitan Ameryka i Czarna Pantera walczący ramię w ramię kilkanaście metrów niżej, Hulkbuster uprawiający zapasy nad modrym strumykiem. A wszyscy w jednej orkiestrze, w tym samym balecie destrukcji.


Jeśli wciąż Was dziwi, że filmy powstałe na styku ekonomicznego planu oraz autentycznej miłości do komiksów mogą budzić podobne emocje, to cóż – chyba za późno na reedukację. Reszcie pozostaje dwie i pół godziny frajdy oraz rok obgryzania paznokci w oczekiwaniu na finał. Jednak bez względu na nasze filmowe preferencje, sukces braci Russo oraz filmowego uniwersum Marvela pozostaje bezsporny. Potrzeba wiele pieniędzy i sporo artystycznej odwagi, by monstrualny kicz zamienił się w popkulturowy katechizm naszych czasów.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 89% uznało tę recenzję za pomocną (804 głosy).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie