Recenzja filmu

20 000 dni na Ziemi (2014)
Jane Pollard
Iain Forsyth
Nick Cave

Nick Cave – dzień z życia kanibala

Cave doskonale wie, jak wielkie ryzyko podejmuje, czyniąc siebie głównym bohaterem tej opowieści. Cały czas balansuje na granicy oddzielającej autorefleksję i narcyzm. Żeby uniknąć kompromitacji ...
W "20 000 dni na Ziemi" Nick Cave samego siebie bierze w cudzysłów i traktuje z ironicznym dystansem. Mimo że obraz Jane Pollard i Iaina Forsytha udaje dokument, dokumentem nie jest – to raczej wielopiętrowy autoironiczny żart, w którym Cave opowiada o związkach życia, pamięci i sztuki.



Pollard i Forsyth zabierają nas w podróż przez dwudziestotysięczny dzień z życia piosenkarza. Kamera towarzyszy mu cały czas – podczas wizyty u psychoterapeuty, podczas spotkania ze starym kumplem i wtedy, gdy wieczorem zasiada z synami przed telewizorem. Przez ekran przewijają się kolejne postaci – jedne prawdziwe, inne – jedynie wyobrażone przez bohatera filmu. Cave jest uzależniony od innych ludzi, to z nich czerpie siłę i inspirację. Nawet swoje małżeństwo opisuje jako relację kanibala i jego ofiary. Dzień po dniu przeżuwa wspólne emocje, by z nich tworzyć sztukę. Kolejne spotkania i kolejne rozmowy są jedynie impulsami stymulującymi twórczość.

"20 000 dni na Ziemi" nie jest opowieścią o muzycznej gwieździe, ale o istocie jego twórczości. Przed kamerą Cave przybliża swoją filozofię sztuki jako próby mitologizowania pamięci. W kolejnych piosenkach Cave zamraża okruchy z przeszłości. Zapamiętane sceny, pozornie nieznaczące wydarzenia i ludzie, których już dawno nie ma w jego życiu, w piosenkach powracają wyniesieni do rangi prywatnego mitu. Muzyka staje się przepustką do świata z przeszłości – każde wykonanie "Deanne" pozwala muzykowi raz jeszcze przez trzy minuty pobyć z piękną dziewczyną, która dawno temu stała się inspiracją dla tej piosenki.



Cave doskonale wie, jak wielkie ryzyko podejmuje, czyniąc siebie głównym bohaterem tej opowieści. Cały czas balansuje na granicy oddzielającej autorefleksję i narcyzm. Żeby uniknąć kompromitacji – bierze siebie samego w cudzysłów i traktuje jak literacką postać. Nie wszystko jest tu realne – w dokumentalną fakturę filmu wplecione zostają ironiczne, wyobrażone rozmowy w samochodzie (z Rayem Winstonem i Kylie Minogue), a scena wizyty w stworzonym przez Cave'a Muzeum Ważnych Dupereli to już nic innego jak pyszny autoironiczny żart.

"20 000 dni na Ziemi" jest filmem przeznaczonym głównie dla fanów Cave’a, ale ma spore szanse, by spodobać się także widzom mniej rozmiłowanym w jego muzyce. Opowiadając historię jednego dnia z życia artysty, Pollard i Forsyth bawią się filmową formą i raz po raz tworzą imponujące sceny. Choćby wtedy, gdy historię pierwszego spotkania Cave'a i jego żony ilustrują dynamicznie zmontowanymi ujęciami gwiazd muzyki, kina i modelingu, które były erotycznymi fantazjami Cave'a (znajdzie się tu miejsce dla Marii Falconetti jako Joanny D’Arc z filmu Dreyera i dla kociaków Playboya). Forsythowi i Pollard udało się bowiem stworzyć film, który dalece wykracza poza ramy dokumentu. Ich "20 000 dni na Ziemi" to opowieść o sztuce, która żywi się światem, ale też opowieść o artyście, w którym narcyzm i autoironia splatają się w uwodzicielską całość.
1 10
Moja ocena:
7
Bartosz Staszczyszyn
Rocznik '83. Krytyk filmowy i literacki, dziennikarz. Ukończył filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Współpracownik "Tygodnika Powszechnego" i miesięcznika "Film". Publikował m.in. w... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
91% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (76 głosów).
Udostępnij: