Recenzja filmu

Geneza planety małp (2011)
Rupert Wyatt
James Franco
Freida Pinto

"Nie..."

"Planeta Małp" z 1968 roku po dziś dzień uważana jest za klasykę kina sci-fi. Adaptacja powieści Pierre'a Boulle'a wyreżyserowana przez znanego dotychczas raczej z telewizyjnych produkcji ...
"Planeta Małp" z 1968 roku po dziś dzień uważana jest za klasykę kina sci-fi. Adaptacja powieści Pierre'a Boulle'a wyreżyserowana przez znanego dotychczas raczej z telewizyjnych produkcji Franklina J. Schaffnera na stałe wpisała się nie tylko w amerykańską, ale również światową popkulturę. Nakręcono jeszcze cztery kontynuacje i kilka seriali o inteligentnych małpach, lecz żaden z tych obrazów nie dorównywał pierwowzorowi, podobnie jak jego remake z 2001 roku wyreżyserowany przez Tima Burtona. Twórcy "Genezy planety małp " postanowili wrócić do korzeni i pokazać, gdzie owa planeta miała swój początek, zachęcając tym samym do odświeżenia klasyki.

Współczesne San Francisco, Will Rodman (James Franco) wraz ze swoim zespołem pracują nad lekiem, który byłby w stanie leczyć ludzi z uszkodzeniami mózgu, takich jak jego ojciec. Testy przeprowadzane na szympansach dają niewiarygodne efekty, lecz wskutek nieszczęśliwego wypadku kończą się niepowodzeniem. Will adoptuje młodego szympansa, syna małpy, której podawany był eksperymentalny produkt. Wskutek przemian genetycznych Caesar (Andy Serkis), bo tak właśnie ów szympans zostaje nazwany, dysponuje niewiarygodną jak na małpę inteligencją. Z czasem człekokształtny zaczyna buntować się przeciw roli domowego zwierzątka, jaką swoim zdaniem pełni.

Film rozpoczyna się zgodnie ze słowami Hitchcocka, od trzęsienia ziemi. Małpy uciekające przed łapiącymi je ludźmi, cierpiące, skrzywdzone. Zaraz potem pozytywny wynik eksperymentu, czyli wzrost małpiej inteligencji, a następnie jego natychmiastowe niepowodzenie i agresja szympansicy szarżującej na każdego, kto stanie na jej drodze. Taki początek zwiastuje, że w kolejnych scenach, aż do końca zobaczymy wielką międzygatunkową sieczkę. Nic bardziej mylnego, choć reszta przysłowia wielkiego londyńskiego reżysera zdaje się sprawdzać, bo napięcie ciągle rośnie.

Zamiast jednak wybuchów i akcji twórcy postanowili postawić na psychologię i klimat, i chwała im za to, bo efekt jest fantastyczny. Pozwala powoli poznawać człekokształtnego bohatera i oswajać się z jego naturą, sposobem postrzegania świata i psychiką, tak jak on sam oswaja się z otaczającym światem, dzięki czemu dość niespodziewanie otrzymujemy bardzo spójny i klarowny, psychologiczny portret małpy. Obserwowanie przemian, jakie zachodzą w szympansie, sprawia ogromną satysfakcję. Przemiany te następują powoli, "po ludzku", wiarygodnie. Caesar wzbudza w widzu empatię. Podobnie jak inne małpy, które nie są krwiożerczymi bestiami, lecz zdrowo odczuwającymi istotami, z którymi można się utożsamić, jak z prześladowanymi Indianami, czy czarnoskórymi.

Plakaty "Genezy planety małp" powinny ukazać się z dopiskiem "przed seansem koniecznie obejrzeć oryginał z 1968 roku". Bowiem widzowie, którzy już doskonale znają historię opowiedzianą w tym właśnie filmie, a najlepiej również w jego kontynuacjach, wyniosą z kina zdecydowanie najwięcej. W filmie znajduje się bardzo dużo odniesień, smaczków do pierwowzoru, które dodają seansowi nostalgii. Po zapoznaniu się z filmem Schaffnera "Genezę…" odbiera się zupełnie inaczej, bardziej emocjonalnie, zrozumiale. Nie jak kolejny efekciarski obraz, ale spójną cześć wielkiej historii. Porównać to można do seansu najnowszych części "Gwiezdnych Wojen". Gdy oglądało się najpierw filmy z udziałem Harrisona Forda, postrzeganie prequeli zupełnie się zmienia i nabiera sensu. Niestety, większość młodszej publiki nie ma pojęcia o obrazie sprzed niemal 55 lat i zapewne po niego nie sięgnie, a szkoda, bo obraz Wyatta to okazja ku temu wyborna i możliwość na sprawienie sobie niezłej frajdy.

Efekty specjalne robią duże wrażenie, zwłaszcza ze względu na to, że nie są zaprojektowane w trójwymiarze. Miło usiąść w fotelu i obejrzeć w 2D świetną komputerową robotę, co jest ostatnio rzadkością. Aktorstwo być może nie powala, ale trzyma poziom. Zwłaszcza genialny Andy Serkis, po raz kolejny udowadniający, że w technologii motion capture jest prawdziwym mistrzem. Genialnie ukazuje ludzkie uczucie i pragnienia ukryte w szympansim ciele. Z aktorów występujących "we własnej skórze" wyróżnia się John Lithgow. Jako chory na Alzheimera ojciec Willa tworzy postać zagubioną w świecie niczym sam Caesar. James Franco i Freida Pinto to zgrany i pasujący do siebie duet. Na pochwałę zasługuje również reżyseria Ruperta Wyatta, który nie zawiódł zaufania, jakim go obdarzono. Ten młody i niedoświadczony twórca pokazał, że ze świeżym spojrzeniem można stworzyć obraz przynoszący duże zyski, a jednocześnie trzymający poziom artystyczny. Film jest dobrze zmontowany, historia porusza się w czasie bardzo spójnie, płynnie, nie odnosi się wrażenia, że coś pominięto lub wycięto (moje niedawne traumatyczne wspomnienia z "Transformers 3").

"Geneza planety małp" to film przywracający nieco wiary w komercyjne kino, udowadniający, że nawet reboot prequelu klasycznego filmu może być udany. Świetny klimat i zdecydowane postawienie na fabułę przynosi zamierzony efekt i gdy Caesar wypowiada pierwsze słowo, ciarki przechodzą po plecach, a widz jest już całkowicie zagłębiony w tej niezwykłej historii. "Geneza..." to nie tylko efektowne, ale również inteligentne kino sci-fi, co w dzisiejszych czasach się już nie zdarza. Dla widzów znających obraz z 1968 roku będzie świetnym powrotem do przeszłości i dostarczy wielu nostalgicznych chwil, dla reszty powinien być idealnym pretekstem do zapoznania się z klasyką sci-fi.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
90% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (138 głosów).
Udostępnij:
Mając w pamięci niezbyt udany remake "Planety małp" w reżyserii Tima Burtona, byłem pełen obaw, gdy po raz pierwszy usłyszałem o planach nakręcenia kolejnej odsłony ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 58%