Recenzja filmu

Kochanice króla (2008)
Justin Chadwick
Natalie Portman
Scarlett Johansson

Playboy, flegma i wiedźma

Gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała. Gdyby Justin Chadwick (reżyser) i Peter Morgan (scenarzysta) nie próbowali skomplikować już i tak zawiłej historii, to nie wyszedłby stek bzdur. ...
Gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała. Gdyby Justin Chadwick (reżyser) i Peter Morgan (scenarzysta) nie próbowali skomplikować już i tak zawiłej historii, to nie wyszedłby stek bzdur. Ale próbowali, a my zostaliśmy uraczeni bezsensowną papką pod wdzięczną nazwą "Kochanice króla", która, wbrew zamierzeniom twórców, nie intryguje, nie wciąga i nie fascynuje.

Najbardziej medialny z królów Anglii, Henryk VIII, po raz kolejny doczekał się przedstawienia w filmie. Tym razem jednak twórcy nie koncentrują się na jego kaprysach czy reformacji kościoła. Oglądamy historię z perspektywy dwóch sióstr Boleyn, Anny i Marii. Gdy Henryk (Eric Bana) nie ma już dłużej siły ani ochoty na ponawianie prób spłodzenia męskiego potomka ze swoją żoną, Katarzyną (Ana Torrent), młode damy Anglii liczą na wolne miejsce w jego łożu. Anna (Natalie Portman), żywa i o ciętym języku, jest przeciwieństwem Marii (Scarlett Johansson) – biernej, poprawnej, uczynnej, czasem odrobinę nieśmiałej. To właśnie Anna dostaje za zadanie zostanie kochanką króla, co ma przynieść jej i całej rodzinie Boleynów zaszczyt. Jednak drobny wypadek, który powoduje, rozsierdza króla – nie patrzy on już na bezczelną Annę, ale zwraca za to uwagę na powolną Marię, świeżo upieczoną mężatkę. Podobają mu się jej szczerość, spokój i bezinteresowność – cechy, których brak jej siostrze. Obdarza Marię swoimi łaskami, co bardzo mocno rani ambicje Anny. Powoduje to konflikt między siostrami, który ciągnie się przez cały film – Anna nie ma zamiaru zrezygnować z wypełnienia swojej misji, bezwzględnie dąży do zdobycia władzy i pozycji, nie licząc się ani trochę ze szczerymi uczuciami Marii do Henryka.

Cały film jest bardzo nieskładny, motywacje bohaterów są niejasne, mnóstwo tu przekłamań historycznych, błędów narracyjnych i niejasności (co się dzieje z urodzonymi przez bohaterki dziećmi? Co dzieje się z mężem Marii, która ponownie staje przed ołtarzem?). Osoby nieznające historii Anglii mogą się pogubić w tych wszystkich zawiłościach. Jednak po chociażby pobieżnym jej przestudiowaniu, można się jedynie zdziwić. Twórcy nagięli ją odpowiednio do swojej wizji, przekręcili fakty dla wzmocnienia dramatyzmu obrazu. Za bardzo nie wiadomo, czy to po prostu zły film historyczny, czy historyczna fikcja.

"Kochanic króla" nie ratuje nawet aktorstwo. Eric Bana jest – nie da się tego nazwać inaczej – drewniany. Gdzie podział się rozogniony władca, jakiego znamy z historii, człowiek o wielkiej charyzmie, szerokich zainteresowaniach i gwałtownym charakterze? Zamiast fascynującego monarchy dostajemy głupca w koronie, którym dziecinnie łatwo jest manipulować, po prostu posiadając biust. Prawdziwy Henryk był kobieciarzem, ale nie była to główna cecha jego charakteru. Postaci są karykaturalne – Anna jest uparta i demoniczna, zaślepiona w dążeniu najpierw do zdobycia Henryka, później do korony, potem do posiadania syna. Maria jest śmieszna i irytująca zarazem, gdy ciągle wybacza siostrze upokorzenia i znosi w milczeniu porzucenie przez ukochanego Henryka. Obraz przypomina w stylistyce telenowelę, gdzie postaci są przerysowane, a każdy sypia z każdym.

Najbardziej irytujący jest fakt, że prawie całe życie Anny zmieszczono w niecałych dwóch godzinach filmu. Wszystkie ważne wydarzenia, rozwód Henryka z Katarzyną, narodziny Elżbiety, rozłam z Kościołem katolickim – wszystko zostało spłycone, skrócone, żeby tylko zmieścić się w czasie. Z niedowierzaniem patrzyłam tylko na ekran, zastanawiając się, czy zdążą ściąć Annę przed napisami. Najdziwniejsze jest to, że scenariusz napisał Brytyjczyk i również obraz został przez Brytyjczyka wyreżyserowany, a jednak niczym nie różni się on od wielkich typowo hollywoodzkich produkcji, które mają tylko nabijać wytwórni kasę, a nie posiadają odrębnego charakteru czy oryginalnego pomysłu. Być może wrażenie to spowodowane jest faktem, że żaden z odtwórców trzech głównych ról nie pochodzi z Wielkiej Brytanii. Bo jak tu kochać angielskiego króla urodzonego w Melbourne?!

Nie ma sensu dalsze wyszukiwanie błędów "Kochanic króla". Film ten nie nadaje się nawet na samotne weekendowe wieczory, gdy człowiek chce się odprężyć. Pozostaje mi tylko polecenie serialu "Dynastia Tudorów", innego dzieła o Henryku VIII, które posiada wszystko, czego zabrakło "Kochanicom...". Mimo iż odtwórcą głównej roli jest Irlandczyk (Jonathan Rhys Meyers).
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
71% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (41 głosów).
Udostępnij:
Film Justina Chadwicka to doskonała produkcja kostiumowa i jako taka prezentuje się bez zarzutów. Z jej historyzmem natomiast można by polemizować. "Kochanice króla" ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 79%
Patrząc na kolorowe plakaty reklamujące "Kochanice króla", trudno sobie wyobrazić, że najnowsza produkcja Justina Chadwicka będzie pozbawiona przekoloryzowania, ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 77%