Recenzja filmu

Młodość (2015)
Paolo Sorrentino
Michael Caine
Harvey Keitel

Boscy

Formalne szaleństwa, od których roi się na ekranie, są poza wszelką krytyką – finezja, z jaką Sorrentino eksploruje pejzaże podświadomości swoich bohaterów, to w końcu jego znak firmowy. ...
Kanonada taka, jakby kino miało się skończyć jutro. Sędziwa legenda muzyki klasycznej i wielki reżyser spisujący kamerą swój testament; hollywoodzki gwiazdor ubolewający nad cynizmem Fabryki Snów i stara diwa, żyjąca dawnym blaskiem; dziki alpinista obserwujący pożądliwie córkę kompozytora i otyły były piłkarz przypominający do złudzenia Diego Maradonę; królowa brytyjska i nastoletnia prostytutka; młodość i starość, miłość i śmierć, impotencja i pożądanie. Jest nawet miss uniwersum, kusząca pensjonariuszy ekskluzywnego, szwajcarskiego kurortu. Są krowy wygrywające na przytroczonych do szyj dzwoneczkach symfonię na cześć życia.
 
Swój pierwszy film od czasu oscarowego "Wielkiego piękna" Paolo Sorrentino nakręcił częściowo w Davos, azylu bohaterów "Czarodziejskiej góry" Tomasza Manna. Trop jest właściwy, to filmowa waga ciężka. Reżyser wprowadza na scenę kolejne postaci, jakby pożenił kino z polifoniczną sztuką: twarze pojawiają się na parę chwil i znikają, co chwilę zmieniamy punkt widzenia, kamera wciąga nas w obłędny taniec. Osią fabuły jest jednak przyjaźń kompozytora Freda (Michael Caine) z reżyserem Mickiem (Harvey Keitel). Ten pierwszy sprzedał miłość za sztukę i jako emerytowany maestro dociera się ze swoją córką i asystentką w jednej osobie (Rachel Weisz). Ten drugi, w towarzystwie paczki młodych scenarzystów i aktorów, stara się dopisać ostatnią scenę do swojego opus magnum i zadać kłam twierdzeniu, że starzy filmowcy nadają się tylko do pawlacza. Problemy, można rzec, klasyczne dla sfer, w których obraca się Sorrentino

Podczas spacerów, kąpieli i zabiegów w spa bohaterowie głównie rozmawiają, zaś z owych rozmów – fantastycznie zresztą napisanych – wyłania się wizja starości jako placu boju z własną pamięcią. Reżyser ustawia bohaterów gdzieś w połowie drogi między pełną mądrości "jesienią życia", którą obiecuje nam popkultura, a rozpadem tkanek i erozją umysłu, którymi straszy tzw. "kino artystyczne". Mężczyźni rozprawiają o trudnościach z sikaniem, robią codzienne zakłady, próbują wyłowić z mroków pamięci dziewczynę, w której razem się podkochiwali. Kamera pokazuje ich pomarszczone ciała, ustawia je w erotycznych relacjach z ciałami młodymi (świetne są zwłaszcza sceny z "przemawiającą dłońmi" masażystką), a przyjaciele żyją, póki żyje w nich sztuka: Fred dyryguje wspomnianymi krowami na pastwisku, zaś Micka – na tej samej polanie – prześladują bohaterki jego filmów: damy dworu, twarde policjantki, umęczone siłaczki klasy robotniczej, zakrwawione "królowe krzyku" rodem z kina grozy. Skojarzenie z "Osiem i pół" Felliniego jest oczywiste i jak nietrudno się domyślić, to dopiero początek korowodu mistrzów, którym Sorrentino składa hołd.
 
Formalne szaleństwa, od których roi się na ekranie, są poza wszelką krytyką – finezja, z jaką Sorrentino eksploruje pejzaże podświadomości swoich bohaterów, to w końcu jego znak firmowy. Wątpliwości budzi natomiast jego artystowska dialektyka, gdy pochyla się sfrustrowany nad wielką filmową machiną z Hollywood. Sceny w rodzaju kiczowatego teledysku pełnego eksplozji i seksu oraz dyskusji o serialowej rewolucji są co prawda puentowane ironią (np. wpisane w konwencję sennego koszmaru), ale trudno oprzeć się wrażeniu, że owa ironia wynika z asekuranctwa. Requiem dla Prawdziwie Wielkiego Kina po prostu nie brzmi szczerze w ustach kogoś, kto z taką frajdą się kinem bawi; kto nawet biografię Giulio Andreottiego potrafi zamienić w rzecz z pogranicza tragifarsy i horroru.

"Młodość"
to kino totalne, co wcale nie oznacza, że spełnione. Nie będę zdziwiony, jeśli historia przyzna mu miejsce wśród arcydzieł, a jednocześnie wiem, że Sorrentino po prostu stać na więcej. Centralna metafora filmu nie wypada zbyt oryginalnie, ale za to trafia w punkt. Oto jeden ze scenarzystów Micka ogląda przez lunetę górskie szczyty, by następnie spojrzeć z drugiej strony przyrządu na stojących obok kolegów. U progu życia wszystko jest na wyciągnięcie ręki, pod koniec zniekształcona perspektywa oddala ludzi i rozmywa pojęcia. Pamięć i ciało to zawodne mechanizmy, więc jedyne, na czym możemy polegać, to emocje – mówi Sorrentino głosem swoich bohaterów; głosem ludzi żałujących, pożądających, kochających i cierpiących. Daj Boże taką starość. 
1 10
Moja ocena:
8
Michał Walkiewicz
Dziennikarz filmowy, redaktor naczelny portalu Filmweb.pl. Absolwent filmoznawstwa UAM, zwycięzca Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2008), laureat dwóch nagród Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
90% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (424 głosy).
Udostępnij:
Sorrentino ze swoimi filmami wpisuje się w nurt tzw. ageing studies. Reżyser zestawia młodość ze starością, ale nie mówi wprost, który stan ciała i ducha jest lepszy. ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 79%
Sądząc po niektórych recenzjach, krytycy obrali stanowisko konfrontacyjne w stosunku do zdobywcy Oscara, w myśl zasady "bij mistrza". Niepotrzebnie. Sorrentino nie musiał ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 91%