Recenzja filmu

Metamorfoza ptaków (2020)
Catarina Vasconcelos

Myśli rozbrykane

Seansowi najbliżej chyba do układania puzzli (z całym, wymagającym cierpliwości, dobrodziejstwem inwentarza). Vasconcelos poskładała swój film z dziesiątek pieczołowicie skomponowanych, często ...
Myśli rozbrykane
Czytanie listów, o których wiadomo, że nie były pisane z myślą o publicznej prezentacji, to czynność nieco podejrzana. Chyba że… – tu pojawia się zwykle szereg usprawiedliwień. W przypadku wieloletniej korespondencji babci i dziadka Catariny Vasconcelos autorzy spisanych słów dawno już nie żyją, a ocalenie listów przed spaleniem i uczynienie ich punktem wyjścia jej debiutanckiego filmu ratuje pamięć o nich. Zapytacie: Czy wskrzeszanie przeszłości wystarcza za uzasadnienie ekranizacji losów pierwszej lepszej z tysięcy portugalskich rodzin? Odpowiadam: Jeśli z tysięcy rodzinnych historii da się wyselekcjonować jedną "Metamorfozę ptaków", lepiej zamknąć dziób i od razu popędzić do kina.

Streszczać fabułę ani myślę. Nie z lęku przed spoilerami, to po prostu historia, jakich w Portugalii wiele. Jak życie, którego się nie przeżyło – bardzo łatwo ją spłycić. Dostajemy niby dokumentalny esej (cóż to w ogóle znaczy?), w którym domysłami na temat swojej familii reżyserka wypełnia luki między zasłyszanymi niegdyś faktami. Dzięki mieszance prawdy i fikcji film ma w sobie coś z epistoły ukrytej w butelce, z legendy snutej dzieciom do poduszki i z wiersza napisanego przez przybyłą z lasu, nieskalaną cywilizacją duszę. Całość napędzana jest czułą nostalgią za dzieciństwem, nieustępującą tęsknotą i dojrzewającą w coś tajemniczego żałobą po matkach-karmicielkach, opiekunkach i przewodniczkach. Nad zamglonym wspomnieniem ojców-marynarzy dominuje tu zresztą rozgrzewająca dziecięce serca bliskość babć i matek. Snuta z czasowego dystansu autobiograficzna saga (tym wszystkim "Metamorfoza ptaków" naprawdę jest!) stanowi tym bardziej zdeterminowaną próbę dotknięcia tego, co przeminęło, i tych, którzy odeszli. Czy próbę udaną?

Odpowiedź całe szczęście jest nieoczywista, a droga do niej nie pokrywa się z utartymi ścieżkami. Seansowi najbliżej chyba do układania puzzli (z całym, wymagającym cierpliwości, dobrodziejstwem inwentarza). Vasconcelos poskładała swój film z dziesiątek pieczołowicie skomponowanych, często nieruchomych, obrazków-ujęć. Choć opowiada o bliskich sobie osobach, fragmentarycznie portretowany człowiek często z jej kadru znika, zastąpiony rodowym artefaktem (artefakcikiem) ze strychu, przekrojonym owocem lub wypatroszoną rybą na kuchennym stole niczym z renesansowych płócien, fotografią czy znaczkiem pocztowym wyjętymi z rodzinnego klasera, piórem, suszką, odbiciem w lustrze, meblem, dziełem sztuki. (Tej sensualnej wagi przydaje obrazowi posłużenie się ziarnistą kamerą 16 mm przy ilustracjach starszych wspomnień, a cyfrą w opowiadaniu o współczesności). Raz człowiek zrównany jest z rośliną, kiedy indziej zmniejszony zostaje do rozmiaru mrówki w panoramie, czasem zaś ograniczony do kawałkującego detalu. W wizualnych refrenach i w relacji obrazu z pozbawionymi dialogów, wspomnieniowymi impresjami snutymi z off-u przez wielu narratorów: dziadka, ojca, babcię czy samą reżyserkę, film nabiera symbolicznych rumieńców.


Vasconcelos stawia więc znak równości między światem ludzi i światem rzeczy, istot żywych i martwych przedmiotów, tworów natury i dzieł człowieka, konkretem a abstrakcją. Patrząc na materię, przywraca życie wspomnieniom; odkrywając historię krewnych, znajduje podobieństwa z tym, co pozornie nieludzkie. W tej optyce człowiek jest tylko skromną częścią większej przyrodniczej całości. Biosfera w obiektywie portugalskiej debiutantki zamienia się w religijną księgę, z której da się czytać i którą da się opisywać życie. Morze nie jest więc tylko morzem, ziemia przypomina matkę, dom równa się korzenie, pamięć jest wspólna dla różnych gatunków, a metafizyka kryje się w przemianie materii. Nie ma tu fatalizmu biegnącej od początku do jednego końca kultury Zachodu; jest raczej nieustająca nadzieja rodem z dawniejszej pierwotności.

Choć zestawienia estetycznych tableau i poetyckich skojarzeń słownych popadają z rzadka w zbytnią dosłowność, mam wrażenie, że większość z 100-minutowego seansu pozwala wyzwolić się z rutyny, która dawno ograniczyła zasięg naszych spojrzeń i przytępiła naszą wrażliwość. Vasconcelos zdradza pomysłowość rasowej poetki i dziewiczość dziecka, gdy w grubaśnych ramach sagowego gatunku pokpiwa sobie z myślowych schematów surrealistyczną fantazją, delikatnym humorem czy paradoksalnym skojarzeniem . Jasne, "Metamorfozie ptaków" chwilami zdarza się też zbliżać niebezpiecznie do banału. Lecz co z tego, skoro zmysłowe bogactwo – ileż tu faktur, zapachów, dźwięków! – odświeża nawet te nieco naiwniejsze linijki tekstu.

Nie ukrywam, że zaledwie dodatkiem jest dla mnie świadomość, że oryginalne dzieło Vasconcelos jest filmem najbardziej portugalskim z możliwych. Narodowe toposy można odhaczać z ołówkiem w dłoni. Historyczno-etyczne zagwozdki portugalskiego kolonializmu? Są; polityka pojawia się, lecz dla mnie, widza z Polski, pojawia się mimochodem, gdzieś między słowami, subtelnie wpleciona w kameralne retrospekcje. Tęsknota za ojczyzną i nostalgizowane dzieciństwo? Jest. Rozpad rodziny, nieobecność ojca i próba porozumienia z nim? Jak najbardziej. Motywy akwatyczne? Nie może być inaczej. Nad całością unosi się też słynna saudade, lecz wszystko to, postawione w niniejszej recenzji jak wół na środku drogi, komponuje się z całością, mieniąc lustrzanymi znaczeniami. Rozbrykane myśli Vasconcelos i jej przodków koniec końców prowokują pytanie: Kiedy daliśmy sobie wmówić, że nasze biografie nie mają w sobie odrobiny poezji?
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
86% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (7 głosów).