Recenzja wyd. DVD filmu

Twardy pociąg (2008)
Frank Henenlotter
Charlee Danielson
Anthony Sneed

Hiperseksualna masakra

Frank Henenlotter już swoim debiutanckim "Basket Case" ustalił nową definicję absurdu, ale dwadzieścia sześć lat później zdołał ją poszerzyć, kręcąc "Bad Biology".
Napisanie recenzji "Bad Biology" jest nie lada wyzwaniem. Przypomina pisanie o filmie porno, więc w pierwszym zdaniu tego tekstu pragną ostrzec wrażliwszych czytelników, że padnie tutaj kilka cenzuralnych określeń narządów rozrodczych obojga płci.

O ile filmy klasy "Z" zawsze wymagają specyficznej wrażliwości od widza, o tyle "Bad Biology" przesuwa granicę tak daleko, że produkcje Troma Entertainment wyglądają przy nim jak żywoty świętych. Mam wrażenie, że Frank Henenlotter (twórca jednej z najbardziej nietuzinkowych serii horrorów - "Basket Case") dokonał rzeczy niecodziennej i zdołał zrównoważyć kicz absolutny z interesującą historią o zaburzonym życiu seksualnym, przy której bledną nawet "Wstyd" i "Nimfomanka". Z jednej strony Jennifer i Batz zmagają się z hiperseksualnością - próbują wieść możliwie normalne życie i przeciwstawić się społecznemu wykluczeniu. Z drugiej trudno odczuć ich cierpienie, jeśli jedno ma siedem łechtaczek i rodzi dzieci w dwie godziny po stosunku, a drugie nosi w spodniach żywego penisa. Dla większości z was tyle informacji wystarczy, by zadecydować, czy "Bad Biology" to skrajny idiotyzm, czy komedio-horrorowe dziwactwo o potężnym potencjale rozrywkowym. Ja opowiadam się za drugą opcją.

W żadnym innym filmie nie uświadczycie machiny do masturbacji zajmującej cały pokój, nie zobaczycie resuscytacji penisa albo wpół nagich modelek noszących maski w kształcie wagin i nie zostaniecie zmuszeni do obrania perspektywy z wnętrza pochwy. Demoniczny członek nie jest wprawdzie nowym pomysłem (podobna "postać" pojawiła się już w filmie "Tromeo i Julia", a nawet jest bohaterem utworu "Evil Dick" zespołu Body Count), ale ten z "Bad Biology" jest jakby... poważniejszy, co samo w sobie jest pozbawione sensu. Najwięcej kontrowersji mogą wzbudzić sceny z noworodkami. Dzieci to swego rodzaju świętość w horrorach (chyba, że akurat one zabijają) i niewielu twórców ma wystarczająco wypaczone poczucie smaku, żeby eksponować wyrządzanie krzywdy akurat na nich. Henenlotter nie uznaje jednak żadnych granic. Jego twórczość nie trafi do niedzielnych zwolenników kina grozy, wymaga wieloletniej zaprawy.

Przez ekran przewijają się niemal całkowicie anonimowi aktorzy i aktorki. Gościnne występy zaliczyło kilku raperów zaproszonych przez producenta (także rapera) R.A. the Rugged Mana - pojawiają się m.in. Vinnie Paz z Jedi Mind Tricks oraz J-Zone. Na wyróżnienie zasługują jednak przede wszystkim Charlee Danielson i Anthony Sneed, którzy nie zagrali później już w żadnym innym filmie. Główne role zdają się być wręcza napisane pod nich, co chyba nie jest komplementem... Wyraźnie czują konwencję filmu i nie sądzę, by jakikolwiek profesjonalista mógł stworzyć tak wiarygodne postacie, które z założenia wiarygodne być nie mogą.

"Bad Biology" zawiera dokładnie tyle humoru i nagości, ile powinien zawierać film o takim tytule. Nazywanie go horrorem jest jednak pewnym nadużyciem. Nie znajdziecie tu dreszczy i napięcia, to jedna z tych absurdalnych pozycji pokroju "Morderczej opony", "Zabójczego kondomu" czy "Czarnej owcy", które napędzane są przez zaskakiwanie widzów przekonanych o tym, że "wszystko już było".
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
100% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).